Ania
Uciekając od ponurej rzeczywistości przenoszę się myślami do wczesnego dzieciństwa. W warszawskiej kamienicy gdzie się wychowałam mieszkała tylko jedna dziewczynka w moim wieku, Ania, i to ona została moją najbliższa przyjaciółką.
Rodzina jej wprowadziła się nieco później niż my i zajęła podobne do naszego mieszkanie leżące piętro wyżej. Było lato 1947 roku, miałam wtedy trochę ponad 3 lata a Ania skończyła już 4. Jej siostra była o kilka lat starsza. W tym wieku różnica wieku jest istotna. Siostra nie zadawała się z maluchami i Ania, podobnie jak ja, spragniona była towarzystwa rówieśników. Nie pamiętam pierwszego momentu naszego poznania ale Ania twierdzi, że odbyło się na balkonie. Podobno przedstawiłam się jej dziecinnym zdrobnieniem jako Dzidzia Pianosia. Ani balkon był wąski i umożliwiał wgląd na nasz nieco szerszy taras. Później, gdy już przyjaźń zakwitła na dobre, wykorzystywałyśmy balkony do transportu zabawek i listów w uwiązanym na sznurku koszyczku. Ania zachowała ten pamiątkowy koszyczek do dziś.
Rodzina Ani była musiała być przed wojną dużo zamożniejsza od naszej. Udało się im ocalić wiele eleganckich, staroświeckich sprzętów, srebra rodzinne i kilka cennych obrazów. Stanowiły ogromny kontrast z naszym prostym, wręcz spartańskim umeblowaniem. W dużym pokoju konkurowały o miejsce wielki kredens z ciemnego drewna, pluszowa kanapa zwana otomaną, sekretarzyk z masą tajemnych szufladek i skrytek, pianino oraz fortepian. A po środku królował owalny stół jadalny przykryty aksamitnym obrusem. Znalazło się jeszcze miejsce na postument z dorodną paprocią i na staromodny patefon na korbkę z miedzianą tubą. Należące do patefonu bakelitowe płyty miały klasyczny napis Your master voice. W ruchomym ramieniu patefonu należało co pewien czas zmieniać tępiące się igły. Kiedy rezerwowe igły z małego pudełeczka się skończyły patefon zamilkł na zawsze. Ścianę nad kredensem zdobił zegar z wahadłem wybijający godziny i kwadranse, a nad pianinem wisiały miniaturowe portrety pięknych dam w owalnych ramkach. W leżącym w głębi pokoju rodzice Ani mieli sypialnię. Wielka szafa ustawiona w nogach małżeńskiego łoża, w poprzek pokoju,, zapewniała im nieco intymności. W tym pokoju spała również Ania i tam miała swoje zabawki. Spędziłyśmy w nim wiele godzin. Zabawki Ani były również przedwojenne. Najpiękniejsza z nich to wspaniały domek dla lalek. Składał się z wielu pokoi umeblowanych miniaturowymi antykami. Na wyściełanych kanapkach i fotelikach siedziały laleczki w stylowych strojach. Patrzyłam również z podziwem i lekką zazdrością na spacerowy wózek dla lalek będący miniaturą prawdziwego wózka, z siedzeniem obitym bordową skórą, regulowanym oparciem i kołami z gumowymi oponami. Moich rodziców nie stać było wtedy na drogie zabawki, ale kiedy w końcu doprosiłam się własnego wózka była to drewniana, toporna konstrukcja z drewnianymi kołami bez opon, które stukotały głośno podczas jazdy. Kiedy uparłam się żeby wziąć lalkę w wózku na spacer, mama i jej towarzyszka narzekały całą drogę na hałas. Był to pierwszy i ostatni wspólny spacer z wózkiem.
Zabawki nie zawsze były nam z Anią potrzebne. Często wystarczała wyobraźnia. Zamarznięta rynna z soplami zamieniała się w pałac Królowej Śniegu. Ciemny kąt w pokoju przemieniał się w grotę, gdzie my, mieszkanki lasu, chroniłyśmy się przed atakiem niedźwiedzi. Godzinami potrafiłyśmy wyobrażać sobie, że jesteśmy dorosłymi, bardzo bogatymi mężatkami i prześcigałyśmy się w wymyślaniu coraz to nowych ekskluzywnych ekstrawagancji. Dwa imiona męskie, Fryderyk i Henryk, podobały się nam wtedy najbardziej. Konkurowałyśmy ze sobą, która jako pierwsza wybierze na męża faworyta Fryderyka. Druga musiała zadowolić się Henrykiem. Posiadałyśmy eleganckie limuzyny i futra, które wymieniałyśmy na nowe jeśli wypadł z nich jeden włosek.
Nie miałyśmy telefonów więc stosowałyśmy z Anią własny sposób komunikowania się z sobą na odległość. Stukałyśmy w kaloryfery w rytmie hymnu „Jeszcze Polska nie zginęła”. Słysząc ten sygnał wybiegałyśmy na balkon, gdzie mogłyśmy swobodnie rozmawiać. Kiedy chorowałyśmy listy zastępowały rozmowę. Moja mama dezynfekowała listy Ani żelazkiem. Aby utrzymać ich treść w tajemnicy używałyśmy szyfru opartego na alfabecie fenickim, z którym zapoznałam się w pewnej popularnonaukowej książce dla młodzieży.
Czasem byłam zapraszana do Ani na poczęstunek. Jej mama piekła smakowite bezy, które podawała z bitą śmietaną i konfiturą wiśniową domowej roboty. Kiedy już wyjechałam za granicę przysyłała mi bezy w paczkach.
Przez wiele lat kontakty nasze były sporadyczne; listy, telefony, rzadziej odwiedziny. Ale Bałtyk, który nas dzieli nie osłabił naszej więzi i tak jest do dziś. Dzielimy się radościami i wspieramy się w niedoli. Ania stała się dla mnie substytutem siostry, której nigdy nie miałam. Jest mi siostrą nie z więzów krwi tylko z więzów serca.
Teresa Urban
