woman-3640935_1920

Uciekając od ponurej rzeczywistości przenoszę się myślami do wczesnego dzieciństwa. W warszawskiej kamienicy gdzie się wychowałam mieszkała tylko jedna dziewczynka w moim wieku, Ania, i to ona zo­stała mo­­ją najbliż­sza przyjaciółką.

Rodzina jej wprowadziła się nieco później niż my i zajęła po­do­­b­ne do na­sze­go mieszkanie leżące piętro wyżej. Było lato 1947 roku, miałam wtedy trochę po­nad 3 lata a Ania skończyła już 4. Jej siostra była o kilka lat starsza. W tym wieku różnica wieku jest istotna. Siostra nie zadawała się z maluchami i Ania, podobnie jak ja, sprag­niona była towarzystwa rówieśników. Nie pamiętam pierwszego momentu naszego poznania ale Ania twier­dzi, że odbyło się na balkonie. Podobno przedstawiłam się jej dziecinnym zdrob­nie­niem jako Dzi­dzia Pianosia. Ani balkon był wąski i umożliwiał wgląd na nasz nieco szer­­szy taras. Później, gdy już przyjaźń zakwitła na dobre, wyko­rzystywałyśmy balkony do transportu za­bawek i listów w uwiązanym na sznurku koszyczku. Ania zachowała ten pamiątko­wy ko­szyczek do dziś.

Rodzina Ani była musiała być przed wojną dużo zamożniejsza od naszej. Udało się im ocalić wiele eleganckich, staroświeckich sprzętów, srebra rodzinne i kilka cennych obrazów. Stano­wiły ogromny kontrast z naszym prostym, wręcz spartańskim umeblo­waniem. W dużym po­koju kon­ku­rowały o miejsce wielki kredens z ciemnego drewna, pluszowa kanapa zwana oto­maną, se­kreta­rzyk z masą tajemnych szufladek i skrytek, pianino oraz fortepian. A po środ­ku kró­lował owalny stół jadalny przykryty aksamitnym obrusem. Znalazło się jesz­cze miej­s­ce na po­stu­ment z dorodną paprocią i na staromodny patefon na korbkę z miedzianą tubą. Nale­żą­ce do patefonu bakelitowe płyty miały klasyczny napis Your master voice. W rucho­mym ra­mieniu patefonu należało co pewien czas zmieniać tępiące się igły. Kiedy rezerwowe igły z małego pudełeczka się skończyły  patefon zamilkł na zawsze. Ścianę nad kredensem zdobił zegar z wahadłem wybijający godziny i kwadranse, a nad pianinem wisiały miniatu­ro­we por­­trety pięknych dam w owalnych ramkach. W leżącym w głębi pokoju  rodzice Ani mieli sy­pialnię. Wielka szafa ustawiona w nogach małżeń­skie­go łoża, w poprzek pokoju,, za­pewnia­ła im nieco intymności. W tym pokoju spała również Ania i tam miała swoje zabawki. Spędzi­łyś­my w nim wiele godzin. Zabawki Ani były rów­nież przed­wojenne. Najpię­k­niejsza z nich to wspaniały domek dla lalek. Składał się z wie­lu pokoi ume­­blowanych miniaturowymi antykami. Na wyściełanych kanapkach i fo­te­likach siedziały la­le­cz­ki w sty­lowych strojach. Patrzyłam również z podziwem i lekką zaz­droś­cią na spa­cerowy wózek dla lalek będący miniaturą prawdziwego wózka, z siedzeniem obitym bordową skórą, regulowanym oparciem i kołami z gumowymi oponami. Moich rodziców nie stać by­ło wtedy na drogie zabawki, ale kiedy w końcu doprosiłam się własnego wózka była to drew­niana, to­porna konstrukcja z drewnianymi kołami bez opon, które stu­ko­tały głośno pod­czas jazdy. Kie­­dy upa­rłam się żeby wziąć lalkę w wóz­ku na spacer, mama i jej towa­rzyszka na­rze­kały całą drogę na hałas. Był to pierwszy i ostatni wspólny spacer z wóz­kiem.

Zabawki nie zawsze były nam z Anią potrzebne. Często wystarczała wy­obraźnia. Za­marznięta rynna z soplami zamieniała się w pałac Królowej Śniegu. Ciemny kąt w pokoju przemieniał się w gro­­tę, gdzie my, mieszkanki lasu, chroniłyśmy się przed atakiem niedźwiedzi. Godzi­na­mi po­trafiłyś­my wyobrażać sobie, że jesteśmy dorosłymi, bardzo bogatymi mężatkami i prze­ści­­­ga­łyśmy się w wymyślaniu coraz to nowych ekskluzywnych ekstrawagancji. Dwa imiona męskie, Fry­deryk i Hen­ryk, po­do­­­­ba­ły się nam wtedy najbardziej. Konkurowałyśmy ze sobą, która jako pierwsza wybierze na męża faworyta Fryderyka. Druga musiała zadowolić się Henrykiem. Posiadałyśmy eleganckie li­mu­zyny i futra, które wymieniałyśmy na nowe jeśli wy­padł z nich jeden włosek.

Nie miałyśmy telefonów więc stosowałyśmy z Anią własny sposób komunikowania się z sobą na odległość. Stukałyśmy w kaloryfery w rytmie hymnu „Jeszcze Polska nie zginęła”. Słysząc ten sygnał wybiegałyśmy na balkon, gdzie mogłyśmy swobodnie rozmawiać. Kiedy chorowałyśmy listy zastępowały rozmowę. Moja mama dezynfekowała listy Ani żelazkiem. Aby utrzymać ich treść w tajemnicy używałyśmy szyfru opartego na alfabecie fenickim, z którym zapoznałam się w pewnej popularnonaukowej książce dla młodzieży.

Czasem by­łam zapraszana do Ani na poczęstunek. Jej mama pie­kła smakowite bezy, które po­­­­­dawała z bitą śmietaną i konfiturą wiśniową domowej robo­ty. Kiedy już wyjechałam za granicę przysyłała mi bezy w paczkach.

Przez wiele lat kontakty nasze były sporadyczne; listy, telefony, rzadziej odwiedziny. Ale Bałtyk, który nas dzieli nie osłabił naszej więzi i tak jest do dziś. Dzielimy się radościami i wspieramy się w niedoli. Ania stała się dla mnie substytutem siostry, któ­rej nig­­dy nie miałam. Jest mi siostrą nie z więzów krwi tylko z więzów serca.

Teresa Urban

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer