JERZY MARCINIAK: Bal z generałem II Korpusu

Żołnierzom Armii Czerwon… (autocenzura) wyzwolicielom Polski 

Pisarz – kierowca autobusów różnych maści i odcieni, to trochę marszałek polny Aleksandr Suworow. Ten drugi wygrał wszystkie bitwy, a ten pierwszy przegrał wszystkie procesy sądowe. Aleksandr Suworow był bardzo brzydki, a Pisarz – kierowca z urodą stał nieźle i w młodości miał spore powodzenia u dziewczyn. Zatem i na tym polu są jak bracia bliźniacy. Złośliwi mówili, że w głowie Suworowa brakowało tylko czterech z pięciu klepek. Życzliwi o Pisarzu – kierowcy mówili tak, że trudno byłoby w ich wypowiedziach dopatrzyć się tej piątej klepki.

Rosyjski marszałek polny był kawalerem wielu zagranicznych orderów. Szczególnie dużo przybyło mu po dokonaniu ludobójstwa mieszkańców Warszawy, które przeszło do historii jako Rzeź Pragi. Miał więc: austriacki Marii Teresy, pruski Czarnego Orła i Czerwonego Orła, bawarski św. Huberta czy św. Łazarza z Jerozolimy. Żonaty Pisarz – kierowca autobusu otrzymał nagrodę na konkursie literackim w Kutnie i dwukrotnie w Zduńskiej Woli. Udzielił też krótkiego wywiadu reporterce Radia Poznań na temat opóźnień pociągów po pierwszej śnieżycy. Zatem na niwie medalowo-odznaczeniowej jest między nimi wyraźny remis. A być może niewielka przewaga literata.

Aleksandr Suworow miał dobre, szlacheckie pochodzenie. Pisarz – kierowca trochę kulał w tej sferze, bo ojciec był księgowym, a matka bufetową w kawiarni, ale babka Julianna Bończa – Romanowska miała szlacheckie korzenie i dobre koligacje. A więc i na tym polu walki Pisarz – kierowca i Aleksandr Suworow byli jak bracia syjamscy.

Rosyjski marszałek polny złapał w późnym wieku chorobę bogini Wenery. Pisarz – kierowca tak długo nie czekał. Pierwszy raz zaraził się w przedszkolu, przy podglądaniu dziewczyn. Drugi raz w starszej grupie przedszkolaków, gdy próbował wejść w życie dorosłe. Trzeci przypadek przydarzył mu się w pierwszej klasie szkoły podstawowej, czwarty w drugiej klasie, piąty w trzeciej. Później szło to wszystko torem podobnym, tylko z większą częstotliwością.

Osoba marszałka polnego Aleksandra Suworowa była żywa w opowieściach rodzinnych Bończa – Romanowskich z uwagi na miasto Kobryń, którego właścicielem był zwycięzcą sześćdziesięciu bitew. W Kobryniu mieszkał Józef Bończa – Romanowski, pierwszy zesłaniec syberyjski z rodziny Pisarza – kierowcy. Po spędzeniu ćwierć wieku nad brzegami Jenisieju, powrócił w okolice Kobrynia i w majątku krewnych zabierał się i zabierał do pisania pamiętników, ale na tym zabieraniu się i zabieraniu doczekał końca swojej ziemskiej wędrówki.

W Kobryniu przed wojną pędziła żywot przez kilka lat i Julianna Bończa – Romanowska z rodziną, czyli i z matką Pisarza – kierowcy autobusu.

Pisarz – kierowca mieszkał w młodości w Sobocie koło Lwówka Śląskiego. Dom był ogromny, czternastopokojowy i dobrze urządzony. Na imieniny babki Julianny Bończa – Romanowskiej przychodzili z kwiatami ziemianie bez ziemi. Rodziny szlacheckie wysiedlone z Kresów po wojnie. Tak jak i rodzina Pisarza – kierowcy.

Zaczynali grzecznie i z manierami, bo to była szlachta herbowa. Jedli dobrze i popisywali się biegłą francuszczyzną, bo mieli guwernantki. Mówili biegle po rosyjsku, bo ich przodkowie byli poddanymi Cara Rosyjskiego. Na rękach mieli herbowe pierścienie, które zakładali tylko od czasu do czasu a niektóre z kobiet drogie, złote bransolety i sznury pereł w dekoltach. Na stole stało zawsze kilka filiżanek ze starej porcelany. Mówiono dosyć cicho, bo podsłuchujących nie brakowało. Po takich imieninach rewizje w domu Pisarza – kierowcy rzadkością nie były.

Śpiewano też stare pieśni kresowe. Po północy śpiew zanikał i wschodziła polityka.

– Jula nie gniewaj się, ale Kresy utraciliśmy przez teścia twojego krewnego! Racja, jakby k… szedł razem z Ruskimi, to Stalin nie odebrałby naszych ziem na wschodzie, albo wziąłby mniej! Racja, Lwów to na pewno by zostawił, a mój majątek niemalże graniczył z obszarem miasta! Moim przodkiem był biskup prawosławny Ukrainy, dziadek rozbudował rodowy pałac, osiem kolumn było z przodu, a ja teraz k… mam dwie izby i wychodek za stodołą! Twój kuzyn zamiast żonę Rydza – Śmigłego, to powinien teścia zarżnąć!

Wtedy babka wkraczała do dyskusji. Dalekiego kuzyna, zięcia dowódcy II Korpusu, nazywała zazwyczaj zdrobniale i pieszczotliwie: Bernardynem.

– Bernardyna widziałam dwa razy na oczy, bo to inna linia Romanowskich!

I, żeby nikt nie miał wątpliwości, że tak naprawdę było, to waliła pięścią w stół aż porcelanowe filiżanki drżały.

W tę rozbudowę pałacu przez potomka biskupa prawosławnego, do końca chyba nie wierzyła, bo nieraz nadmieniała; nie osiem kolumn, ale dziewięć, bo jak dobrze popodglądał dziewczyny na folwarku, to mógł jeszcze własną kolumnę dorzucić.

Goście nie zawsze ustępowali, tylko argumentowali po swojemu i przeważnie dawali głos jeszcze lepiej, że drżały i filiżanki i szyby.

– Aleksandr Suworow puszczał żołnierzy do ataku na bagnety i oni ginęli, ale dla Ojczyzny, a nasi we Włoszech ginęli dla Amerykanów i Anglików!… I dla kasy dla dowódców!… Jak nie wierzysz w kolumny, to jedź tam i sama policz!… Aleksandr Suworow naszych żołnierzy nie puściłby na zdobywanie klasztoru, który Niemcy i tak zamierzali opuścić z braku amunicji do obrony!… Takich mieliśmy dowódców, że najpierw przegrali wojnę, a później jeszcze sromotniej przegrali pokój!… Aleksandr Suworow wstawił się za powstańcem Zygmuntem Sierakowskim jak go mieli wieszać, bo był uczciwy… Ja mam to samo nazwisko co żona Kazimierza Sosnkowskiego i ona mówiła w telewizji, że ten atak trzeba było inaczej rozegrać!… Aleksandr Suworow walczył we włoskich górach, w szwajcarskich Alpach, ale to wszystko dobrze rozgrywał!… Jaki dowódca puszcza żołnierzy na pewną śmierć!

I pięściami w stół.

Jednym z zięciów Julianny Bończa – Romanowskiej był Bolesław Antoniszyn. Polski patriota, mimo, że nie miał w żyłach kropli krwi polskiej. Jego ojcem był Ukrainiec z polskim obywatelstwem, przedwojenny komendant Policji w Czerkasach, który na początku wojny został aresztowany przez NKWD i ślad po nim zaginął. Matką Austriaczka Wanda Kröl, córka pianistki i kapitana wojsk austriackich stacjonujących w Krakowie, zamordowanego w niewyjaśnionych okolicznościach. Idąc dalej w dół, to trzeba nadmienić, że Wanda była wnuczką majora wojsk austriackich i prawnuczką kapelmistrza austriackiej orkiestry pułkowej.

Numer ewidencyjny Bolesława Antoniszyna w 3 Dywizji Strzelców Karpackich w II Korpusie był: 1919/8 kpr. pchr. park. mat. Pod Monte Cassino został ciężko ranny, ale po kilku miesiącach doszedł trochę do siebie. Przynajmniej na tyle, żeby w Watykanie wziąć ślub. O tym słynnym zwycięstwie II Korpusu mówił: Wielka Klęska. Przyrównywał ją nieraz do Wyprawy Włoskiej Aleksandra Suworowa i jego wykąpaniu się w fontannie we Florencji czy Weronie. Mówił wtedy: My kąpaliśmy się we własnej krwi.

Po demobilizacji pozostał w Anglii i nie krył rozgoryczenia, gdy patrzył na Defilady Zwycięstwa idące ulicami Londynu, na które nie zapraszano Polskich Żołnierzy. Prawdopodobnie w nagrodę za walkę o Monte Cassino.

W przekazach rodzinnych Pisarza – kierowcy zachowały się relacje z  rozmowy Bolesława Antoniszyna z byłym dowódcą II Korpusu, odbytej w Londynie. Żonie zrelacjonował ją krótko: nic mu nie powiedziałem, bo za dużo naszych zginęło. Zaraz po tej rozmowie postanowił opuścić Anglię i korzystając z pomocy krewnego teściowej, który był zięciem tego kogo był, wyjechał do Kanady.

W dziesięć lat po zakończeniu wojny dowódca II Korpusu, generał… (autocenzura) był w Sztokholmie na zaproszenie Rady Uchodźstwa Polskiego. Miał inną religię, ale uczestniczył w mszy katolickiej, gdzie wystąpił z długim, patriotycznym przemówieniem, w którym praktycznie nic nie powiedział. Później był uroczysty obiad, gdzie również długo mówił, ale w przeciwieństwie do pierwszego wystąpienia, powiedział jeszcze mniej. Na koniec jego pobytu zorganizowano wytworny bal. Obok niego tańczył ostatni ambasador II RP w Sztokholmie Henryk Sokolnicki; przedwojenny dyplomata i powojenny korespondent paryskiej Kultury Norbert Żaba, generał II RP Zdzisław Przyjałkowski, córka dyrygenta Emila Młynarskiego czy minister Wiesław Patek. A także przedwojenny prawnik z Poznania, uniwersytecki kolega dyrektora Rozgłośni… (autocenzura). Między tańcami dużo rozmawiano i generał po raz kolejny dużo opowiadał, czyli milczał. Tematami była i Marta Rydz-Śmigły, i jego pierwszy zięć, kasa z USA i Rozgłośnia Radiowa… (autocenzura), której dyrektor podczas pobytu w Sztokholmie chadzał krętymi ścieżkami, a po wojnie był posądzany o współpracę z… (autocenzura). Pytań było dużo, więc generał w odpowiedzi łapczywie pił czerwone wino, by nasmarować dobrze gardło i mieć jeszcze lepsze milczenie.

Politycy z uznaniem odnosili się do jego elokwencji, że nie zaprzeczał, tylko swoim milczeniem wygarnął niewygodną prawdę. Nad ranem jeden z polityków zapytał, dlaczego nie wyzwalał Polski z Armią Czerwoną, tylko wyprowadził wojsko do Iranu i generał… (autocenzura) zrobił się tak czerwony na twarzy, że czerwone wino, które popijał, było jakby koloru białego. Ta inna forma redagowania odpowiedzi też była zrozumiała dla niektórych, bo twierdzili, że jak dobrze popije, to i do Generalnego Błędu się przyzna.

Pisarz-kierowca, absolwent prawa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, przyjaźnił się przez wiele lat ze starszym kolegą uniwersyteckim. Po mszy w kościele katolickim w Lund, pili razem kawę w sali parafialnej, a na dziewięćdziesiąte urodziny starszego kolegi, Pisarz-kierowca był podczaszym, chodził po sali i nalewał wino do kieliszków.

Przedwojenny prawnik o balu w Sztokholmie wypowiadał się poważnie i rzeczowo; w PRL-u uważano obronę Stalingradu i bitwę pod Kurskiem za główne przyczyny klęski Niemiec, w demokratycznej Polsce przyjęto pogląd, że wyprowadzenie wojska do Iranu i podróż kurierska… (autocenzura) przesądziły o kapitulacji III Rzeszy a niewykluczone, że niedługo bal w Sztokholmie, wydany dziesięć lat po wojnie, będzie uważany za decydujący o jej rozstrzygnięciu.

Uczestniczka balu, córka przedwojennego starosty powiatu lidzkiego twierdziła, że polkę i mazura generał tańczył dobrze.

Daleki krewny babki Pisarza – kierowcy, nazywany przez nią Bernardynem lub Beniem, był blisko, a od czasu do czasu i bardzo blisko zaprzyjaźniony z żoną Edwarda Rydza – Śmigłego. Po wybuchu wojny marszałkowa wywiozła z Polski Wielki Majątek oraz… Wielką Wiedzę. Osiedliła się w Monte Carlo, niedaleko słynnego kasyna. Bernardyn vel Benio od czasu do czasu pożyczał od niej kasę. I raz ją oddawał, a nieraz niekoniecznie spłacał swoje zobowiązania. Ona sprzedawała i sprzedawała majątek wywieziony z Polski i żyła na wysokiej stopie. Grała w kasynie, od mężczyzn nie stroniła, ale fortuna topniała i topniała.

I jak wynikało z milczenia Bernardyna vel Benia, coraz bardziej była zainteresowana, by dostać coś z zasobów dolarowych zdeponowanych na przyczepie ciężarówki. Wypłaconych przez Amerykanów jako rekompensata za zrobienie z Polskich Żołnierzy mięsa armatniego przy zdobywaniu klasztoru oraz na utrzymywanie w Polsce podziemia zbrojnego, które i tak nie miało szans na jakikolwiek sukces.

Ci z Londynu, co trzymali na emigracji kasę, nie za bardzo chcieli się z nią dzielić. A do tego coraz częściej szeptali, że po wyprzedaży Wielkiego Majątku, może zacząć wyprzedawać Wielką Wiedzę. I było to wielu politykom nie na rękę.

Bernardyn vel Benio utrzymywał w Wielkiej Brytanii z córką Julianny Bończa – Romanowskiej niewielkie kontakty, bo było między nimi dalekie pokrewieństwo. I z jego głębokiego milczenia wynikało, że co nieco z krążącej po Europie ciężarówki – dolarówki, poszło do Francji. Cel przekazu oraz adresat nie zostali dokładnie określeni, więc sprawozdania finansowego też nie sporządzono.

Według milczenia Bernardyna, główne pozycje po stronie wydatków, to; namówienie oprychów, poćwiartowanie Marty Rydz – Śmigły, wsadzenie Benia do więzienia, wydobycie go z więzienia i przewiezienie do Anglii.

Na terenie Zjednoczonego Królestwa Bernardyn vel Benio milczał. Pary z ust nie puszczał i z tych jego zaciśniętych warg miało wynikać, że generał Włodzimierz Ostoja – Zagórski wiedział bardzo dużo, więc wykąpano go w łaźni „Pod Messalką”, poćwiartowano i utopiono w Wiśle, marszałkowa Marta Rydz – Śmigły miała wiedzę, więc poćwiartowano ją i utopiono w strumyku, zatem on Bernard Romanowski nic nie wie i nigdy nic wiedział nie będzie.

Bernardyn vel Benio milczał i milczał, więc członkowie Rady Trzech postanowili zakończyć sprawę z Monte Carlo i wyprawili go z kasą do Kanady. Po stronie zysków zanotowali; osobiste polityczne ambicje i porachunki, wstrzymanie wyprzedaży Wielkiej Wiedzy oraz odsunięcie pewnych osób od ciężarówki – dolarówki.

Krewny babki Pisarza- kierowcy zachowywał się wzorowo i w Kanadzie. Trzymał język za zębami i głęboko milczał. Gdy prowadził audycje w tamtejszym radiu, to posługiwał się wyłącznie językiem migowym.

Na początku dwudziestego pierwszego wieku Pisarz – kierowca pojechał do Kanady. Starał się tam pracować w zawodzie kierowcy, ale zewsząd dostał odmowy, bo wszyscy rozmówcy byli dobrymi psychologami. Spotkał się z ciotką, córką Julianny Bończa – Romanowskiej i co nieco dowiedział na ten temat, co nieco na inny, a i odrobię na jeszcze inny.

Ciotka miała przeszło dziewięćdziesiąt lat i myliła fakty. Jednych wydarzeń nie była pewna, a co do drugich miała duże wątpliwości. Z trzecimi i kolejnymi wydarzeniami historycznymi było bardzo podobnie. Jednego była pewna i wielokrotnie to powtarzała:

– Tobie nie można powiedzieć żadnej tajemnicy, bo zaraz wszystko wygadasz albo o tym napiszesz, a do tego jeszcze to ubarwisz, jeszcze nazmyślasz, że w proste prawdy nikt później nie uwierzy.

Pisarz – kierowca przytaknął jej trochę głową.

– Mój prapradziadek pracował w majątku Aleksandra Suworowa i miał o nim dobre zdanie, po Rzezi Pragi znienawidził go i wyjechał na Ukrainę, my byliśmy żołnierzami II Korpusu i… i później wyjechaliśmy z Anglii.

Popatrzyła pustym wzrokiem na Pisarza – kierowcę i pokręciła zaprzeczająco głową, jakby sama sobie nie wierzyła.

Pisarz – kierowca co nieco wywnioskował z jej półsłówek czy ćwierci zdań, odrobinę z jej milczenia czy mimiki twarzy i w sumie zebrał trochę faktów. Napisał tam na gorąco co nieco oraz nieco co i jak w Polsce będzie kiedyś można mówić prawdę o… (autocenzura), to co nieco opublikuje o tym. I o owym.

Pisarz – kierowca to na pewno wierne odbicie Aleksandra Suworowa. Tamten nie przegrał żadnej bitwy, bo miał przynajmniej jedną klepkę w głowie. Pisarz – kierowca przegrywa wszystko, gdyż z klepkami nie ma tak dobrze. To opowiadanie, sugerujące drobne zadrapania na twarzy… (autocenzura), to też będzie literacka Klęska nad Klęskami.

Pół wieku od ostatnich, hucznych imienin babki Julianny Bończa – Romanowskiej, Pisarz – kierowca autobusu pojechał do swojej wsi. Chciał wrócić do czasów wczesnego dzieciństwa, by rozpocząć na nowo dorosłe życie. Kończył się schyłek nocy, a świt jakby nie miał zamiaru podnieść się z pościeli. Po wieczornej burzy drogę zaścielały zeschłe gałęzie starych drzew i roztrzaskane dachówki z wiekowych dachów. W sadzie obok pnia starej jabłoni leżała odłamana duża gałąź. I jak dawniej, w wysokich topolach nad strumykiem szeleścił wiatr. Na swoim kamieniu siedział staruszek i pozdrawiał gestami przechodniów. Ręką poruszał wolniej niż kiedyś i nie uśmiechał się tak przyjacielsko, bo prawdopodobnie od dawna już nie żył. Duży dom stał na swoim miejscu i wyraźnie czekał na Pisarza – kierowcę.

Właściciel domu musiał spodziewać się gościa, bo czekał z naftową lampą na progu kamiennych schodów. Przywitali się w milczeniu i Pisarz – kierowca wszedł do jadalni. Na środku, jak i pół wieku temu, stał dębowy stół z rzeźbionymi nogami. Przed krzesłem Julianny Bończa – Romanowskiej stała niedopita herbata w porcelanowej filiżance. I nadal widać było niewielkie wgłębienia blatu w miejscu w które biła pięścią. Po drugiej stronie, przy krześle na którym siedział krewny biskupa prawosławnego Ukrainy, te wgłębienia były większe. On stracił duży majątek na Kresach, więc i reagował mocniej.

Nadal cicho drżały szyby w oknach. Jakby nie chciały wyciszyć się po tych głośnych, chwilami rozpaczliwych krzykach ziemian sprzed pół wieku.

Pisarz – kierowca autobusu, jako najstarszy artysta w rodzinie, usiadł u węzgłowia stołu i zaczął patrzyć w to puste miejsce na ścianie, gdzie kiedyś wisiał portret jego babki.

Nad ranem cicho wyszedł z domu.

Jerzy Marciniak

Fragment książki przygotowywanej do druku.
JERZY MARCINIAK: Operator komputerów przemysłowych. Urodził się 5 listopada 1950 roku w Lwówku Śląskim. Syn Tadeusza i Janiny z domu Łysiak. 1971-1976 studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, 1978-1979 studia na Wydziale Filozofii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, 1980-1982 aplikacja w Sądzie Wojewódzkim w Poznaniu. 1976-1977 pracuje w Zespole Radców Prawnych w Kaliszu, 1980-1981 w Urzędzie Gimny w Zelazkowie, 1982-1984 w Urzędzie Wojewódzkim w Kaliszu. Od 1984 roku mieszka w Szwecji. W Szwecji ukończył Podyplomowe Studium Reklamy i Marketingu. Autor powieści, opowiadań, słuchowisk i sztuk teatralnych. M.in. powieści „Piękna Grażyna” (Warszawa-Lund 2001). Jest laureatem wielu nagród w licznych konkursach literackich m.in.: konkursu na sztukę w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i w Teatrze Ateneum w Warszawie, konkursu im. S. Grochowiaka w Lesznie; konkursów prozatorskich: „O inny głos” w Warszawie, im. A. Polewki w Krakowie, im. W. Reymonta w Płocku, I Regionalnego Konkursu Literackiego w Kutnie, im. J. Szaniawskiego w Zduńskiej Woli (dwukrotnie), „Na polonijnym szlaku” w Rzeszowie. Publikował w prasie polonijnej w Szwecji, Norwegii i Kanadzie, także prasie krajowej m.in. Dekadzie Literackiej. Mieszka w Lund.

 

Lämna ett svar