ANDREJ SZMILICHOWSKI: Cnota na dystans

Potrzeba zapisywania myśli jest zjawiskiem cennym, lecz niełatwym. Parę godzin temu, w środku nocy, śniłem i mówiłem sobie – Jak wstaniesz zaraz zapisz, bo to ważne. A teraz siedzę, nic nie pisze i tylko się zastanawiam, komu to wszystko potrzebne? Przecież nie wiem i nigdy się nie dowiem, jak wychyli się wahadło.

W każdym człowieku tkwią wspomnienia podbarwione iluzją zmarnowanych możliwości. Zachód, do którego uciekłem ze wschodu, nie jest od dawna tym zachodem, o którym śniłem będąc na wschodzie. Pomijając już, że opuszczony wschód nie jest nawet w przybliżeniu tamtym wschodem, bo stał się zachodem i to jeszcze jak! Zachód zaś, który tak bardzo pragnąłem konsumować, znikł przysłonięty zachodem w innym zupełnie gatunku niż ten, do którego wiodły mnie (ze wschodu) marzenia.

Summa summarum, ogarnięty niepokojem zacząłem nieomal tęsknić do wschodu i może bym nawet zdecydował się wrócić tamże, gdyby nie publiczne darcie szat, że jest okropnie, beznadziejnie, kraj zawisł nad przepaścią… Ogromnie łatwo zapada się na typową polską chorobę, paranoję.

Świat w dzisiejszym kształcie (i moich oczach) nie ma szansy na dłuższe istnienie. A zatem należy wymyśleć świat nowy i wypełnić go marzeniami. Oto kapsułka z moją wizją: Marzę, żeby młodzi, inteligentni, piękni, mądrzy Polacy i Polki, zaczęli polegać na sobie i nie oglądać się wstecz, bo nie ma, na co patrzeć.

Przyszedł mi do głowy pewien ciąg myślowy, a mianowicie: Czy zazdrość to występek? Tak! A więc grzech? Tak! Czym w takim razie jest cnota? Wedle przyjętej terminologii – grzech to zło. Jego przeciwwagę, dobro, utarło się nazywać cnotą.

Tu pojawia się interesująca koegzystencja. Ludzie grzeszą nie z miłości do zła, a z niechęci do cnoty, albowiem cnota w przeciwieństwie do grzechu, nudna jest jak flaki z olejem! Mało tego, jest nielojalna, bowiem cnota czuje się w obowiązku kablować. Donosi na wszystko, co nie jest nią w szlachetnym przekonaniu, że ma do tego prawo. Mało tego, wdziewa profesorskie szaty i próbuje kolejnych trików, stara się budzić poczucie winy, buduje strefy wpływów i marzy o sprowadzeniu każdego ludzkiego istnienia, do poziomu przewidywalnej przeciętności. Cnota niechętna jest osobowości, a szczególnie wszelakim objawom talentu.

Jak się bronić, jak zapobiec nielojalnym zakusom cnoty? Najlepiej nie dawać jej zbyt dużo możliwości manewru i bronić się jak przed ogniem, gdy otwiera walizę z wyrzutami sumienia. To są jej wyrzuty, nie Twoje! Pragniesz spędzić interesujące życie? Trzymaj żarłoczne szczęki cnoty na dystans!

Człowiek nie może istnieć, w każdym razie trudno by było znaleźć powód, dla którego miałby godzić się na pozbawienie odrębności, bowiem rodzi się, żyje i umiera w zderzeniu. Zderzeniu z odrębnością natury, rzeczy, ciała, duszy. To mówi, że człowiek ma obowiązek narzucać się światu, walczyć o swoje, hałasować, ciągnąć Boga za rękaw! Żadną z tych cech nie dysponuje pasywna, tchórzliwa i chlipiąca w ów czcigodny rękaw cnota.

Istnieje uzasadnione podejrzenie, że napawający się dumą z posiadanej inteligencji człowiek, zajmuje się większość swego życia produkcją szaleństw. Wędruje po świecie sprawiając wrażenie pełnego pychy obłąkanego, który to, co jest prawdą o jego istnieniu, nie rozumie.

Dlaczego szczęście i rozkosz stają się w pełni zrozumiałe dopiero wtedy, gdy miną? Dlaczego prawda, którą serce przechwytuje a inteligencja rozumie, jest mniej wyrazista od prawdy, którą żywią się zmysły? Czy można utożsamiać szczęście, a więc marzenia, z rozkoszą, czyli dziełem? Marcel Proust musiał wiedzieć coś więcej, pisząc o pogoni za straconym czasem.

Literatura przekonuje od długich stuleci – poeci są wybitnymi w tym względzie specjalistami – że nie ma mocniejszego i bardziej intensywnego stanu ponad ten, co spotyka kobietę i mężczyznę.

Człowiek od niepamiętnych czasów mierzy się z jednej strony z utopijnymi hamulcami narzucanymi przez religię, z drugiej z pragnieniami fauna, z pożądaniem.

Pożądanie i nic ponad to? O nie! Człowiek, istota piękna i mądra, wzbogacił pożądanie o miłość. Miłość kobiety zespawana na wieki z miłością mężczyzny. Zmysłowość i pożądanie tworzące miłość, a ta tkliwość. Zmysłowość, pożądanie, miłość, tkliwość, oto napięcia duszy równie często występujące w charakterze sprzymierzeńców, co antagonistów.

Dla jednych zbliżenie jest nierozłącznie związane z przywiązaniem, z czułością, dla innych zaspokojeniem potrzeb płci. Ekstrema skupionych pod drugim sztandarem zasila szeregi erotomanów, jakże dumnych ze swoich wyczynów a w rzeczywistości tchórzy. Erotoman nie potrafi sprostać uczuciom, boi się ich i ucieka w seks.

Miłość usprawiedliwia pożądanie. Pożądanie nie zawsze znajduje miejsce dla miłości. Czy potrafią istnieć samodzielnie? Tak, ale obie strony na tym tracą.

Czy zmysłowość potrafi obudzić tkliwość? Trudno powiedzieć, ale zapewne tak, choć tkliwość wyzwala się z trudem tam, gdzie królują zmysły. Uczucia podlegają różnym impulsom i nie mają żadnych reguł. Platonicznemu światu westchnień brak wystarczającej mocy, by stanąć w szranki ze zmysłami. Nawet najbardziej uduchowiony człowiek, podlega instynktom a te są zróżnicowane. Mężczyzna trzymający w ramionach kobietę bardzo się różni od mężczyzny, który tego pragnie.

Czy mężczyzna odczuwa pieszczotę z równą tkliwością jak kobieta? Hmmm… Tkliwość, niesłychanie ważna w świecie kobiety, napotyka poważne przeszkody w świecie zaborcy. Szkoda, ponieważ każde miłosne słówko, każdy gest, każde dotknięcie i pełne zachwytu spojrzenie, są skrzętnie notowane. Tak otwierają się bramy zbliżeń, tak powstają trakty pozwalające dotrzeć do granic zapamiętania.

Pożądanie toruje drogę pieszczotom, pieszczoty koją lęk i budują zręby upojenia. Są rodzajem subtelnego przebłagiwania i tak powstaje intymny świat, w którym słowa brzmią jak urywki modlitw szeptanych do ucha Boga.

W tej oszałamiające grze, gdy przycicha, odnajduje swoje miejsce błogość. Błogość tak głęboko doskonała, że w istocie niedorzeczna, bowiem zawiera czystą bezosobowość a ta stanowi niebezpieczeństwo dla woli. Przypomnijmy sobie zniewalający śpiew syren, który nieomal powalił Argonautów.

Noc ciemna, cisza głęboka, bezkresny mrok usiany gwiazdami, słowa jak zapałki rzucane w ciemność. Niema przestrzeni, niema głębi, przypadkowe słowa nie wypełniają oczekiwań. Świat jak mała rozjaśniona pieczara, wypełniony duszami, twarzami, ciałami. Fala unosi się, opada, unosi, opada.

A zza okna nadbiega z tupotem współczesny i realny do bólu świat. Cwałuje życie szybkie, triumfalne, wypełnione gadżetami, życie zamiast i pomimo wszystko. Surogat, w którym brak miejsca i czasu by ciągnąć za sobą te idiotyczne i nikomu niepotrzebne mgły romantyzmu! Precz! Niech ktoś ściągnie z drogi tego trupa!

Troszczyć się o miłość? No cóż, ewentualnie można, dlaczegóżby nie, ale to takie banalne! Poza tym, kto ma dzisiaj na to czas? Nie zapominaj, że jesteś człowiekiem współczesnym i masz żyć szybko! Wskakuj na platformę i pędź!

To pozór, że potrafimy rozsupłać szyfry życia. Tym bardzie, że kultura nie niesie z sobą tego obowiązku (przywileju?). Paradoks polega na tym, że kultura ma swoje hierarchie, swój język, swoją odporność na działanie czasu, które nie zawsze zgodne są z ludzkimi oczekiwaniami, ale bez nich człowiek nie może istnieć. Kultura przypomina trochę platońskiego konia, który niepowstrzymywanie tratuje wszystko, co napotka.

Dlatego wiara jest w odwrocie? Najkrótsza z możliwych odpowiedzi brzmi – Ponieważ religia utraciła związek z kulturą. Zastąpiła ją skamieniałymi formami językowymi, rozdętym obrządkiem, nierzeczywistymi szatami, odejściem od mistycyzmu. Wierze, jako takiej, nic nie brakowało i nie brakuje, to funkcjonariusze religii stanowią problem.

Współczesność podparta elektronicznymi cudeńkami wzbudza wiele zachwytu. Googiel wzniósł się do poziomu wszechwiedzącego Boga. Czy nie zachowujemy się trochę naiwnie? Jakbyśmy nie rozumieli, że to tylko marchewka, kamuflaż maskujący grę, której twórców jak i celów nie znamy?

Człowiekiem tak łatwo sterować! Sezonową subkulturę, bazującą na technice i nonszalancji wszystkiego, co inne, nazywa z dumą autokreacją, choć gołym okiem widać, że życie staje się z dnia na dzień bardziej i bardzie, do mdłości, standardowe!

Boga można oczywiście wyrzucić za burtę, nic prostszego. Ale nie zapominajmy, jaki los spotkał Prometeusza, gdy ten zapragnął być równy bogom.

Przypomina się somnambuliczny polonez o brzasku z „Wesela”. Oto ona, zapatrzona w siebie współczesność, niezauważająca, że wahadło się wychyliło. Świat tej planety zmienia skórę.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar