Czym jest szczęście?

Dyskutowaliśmy w gronie znajomych o naszych ludzkich zachowaniach, w szczególności o stałym i usilnym dążeniu do szczęścia. Szczęścia, które mamy osiągnąć w świecie, gdzie kolorowe czasopisma decydują za nas, jak mamy wyglądać i w co się ubierać, a media karmią nas papką gotowych opinii przyprawioną do smaku galaretką atrakcyjnych argumentów. W świecie, gdzie to, co powiedział X, co uważa Y czy jakie zdanie na ten sam temat ma Z, staje się orkanem zwalczających się poglądów, nie dziwne więc, że chwilami czujemy się jakby nieco… zagubieni.

Fakt, że miliony pokoleń przed obecnym zamieszkiwało naszą planetę, czyni łatwiejszym zrozumienie, że wszystkie pytania doczekały się odpowiedzi. Nie wiadomo tylko, kto dysponuje pełnym zestawem rozwiązań: Nasi nauczyciele, Cosmopolitan, Bóg czy może mój kot?

Pozwolę sobie na zdecydowanie odważne i obrazoburcze wręcz stwierdzenie: Rozwiązania, odpowiedzi są ogólnie dostępne. Znamy je wszyscy. Ty je znasz, ja znam, że nie wspomnę o kocie.

A więc czym jest szczęście? Jeden z filozofów określił je mianem „produktu ubocznego” powstającego w sytuacji, gdy ktoś poprawnie i z satysfakcją wykonuje jakąś czynność lub spełnia powierzoną mu rolę. Może to być oddanie okazywane współmałżonkowi, bycie dobrym pracownikiem czy pilnym uczniem. Szkopuł tylko w dokonaniu oceny, kiedy jesteśmy wystarczająco dobrzy? Skąd ma się wiedzieć, kiedy jest się oddanym małżonkiem, doskonałym pracownikiem, pilnym uczniem? Niestety droga do osiągnięcia tej wiedzy bywa długa, bolesna i okupiona sporą dozą stresu, jako że szczęście nie jest jedynym „produktem ubocznym” w procesie spełniania własnych ambicji. Zdarza się, że oddanie okazywane przez partnera brane jest za oczywistość, woli doskonałego wykonywania pracy przeciwstawia się zmęczone ciało, a pilny uczeń doświadcza nerwowej zapaści i rozgląda się za pociechą w niekoniecznie dozwolonych preparatach.

Jednocześnie naukowcy po bezsennych nocach spędzonych w laboratoriach donoszą nam z dumą, że szczęście to nic innego, tylko szczególne hormony, tak zwane endorfiny uwalniane w organizmie wskutek działania określonych bodźców. Czy tylko mnie przechodzą ciarki, kiedy słyszę podobne słowa?

(Zgadzam się na zarzut postradania zmysłów, można mnie oskarżyć o bujanie w obłokach, można odrzucić precz czytany właśnie tekst i przynieść z półki encyklopedię… ja jednak odmawiam dania wiary naukowcom. Nie przyjmuję do wiadomości zmiany adresu szczęścia, którym dotąd było serce, a teraz mają być miejsca styku zakończeń aksonów błony presynaptycznej z postsynaptyczną, czyli synapsy.)

Mimo trwających wieki usilnych dążeń filozofów do ustalenia definicji szczęścia, jedyne, co udało się im ustalić, to to, że nie da się go zdefiniować. Moje własne studia, rozmyślania i poszukiwania też spełzły na niczym, więc nie mając wyboru, muszę zaakceptować wnioski filozofów. Szczęście wydaje się tak wysoce indywidualnym fenomenem, że wszelkie próby jego systematyzacji muszą kończyć się fiaskiem.

W filmach, w książkach, w baśniach szczęście przedstawiane bywa tak romantycznie, a jego aspekty wyolbrzymiane zostają do takich rozmiarów, że często wydaje się ono nieosiągalne. Codziennie słyszy się wyrażenie ”happily ever after”, które przez częste powtarzanie wprogramowane zostało do naszej świadomości. Czy wobec tego nieuzasadnionym jest moje zdziwienie ilością rozwodów osiągających szczyty statystycznych notowań? Myślałam nad tym wiele, dochodząc do wniosku, że to prawdopodobnie tutaj leży pies pogrzebany. Odnoszę wrażenie, że szczęście nie jest stanem permanentnym trwającym od pewnego momentu do końca życia i na zawsze; nie istnieje próg, po przekroczeniu którego rozpościera się rajski ogród, happyland. Przeciwnie, szczęście pojawia się w małych porcjach wskutek najbardziej niepozornych, szarocodziennych zdarzeń; jest obecne wokół nas, w powietrzu, którym oddychamy i przestrzeni, w której żyjemy. Dowcip leży w tym, by je dostrzec, poczuć jego obecność, umieć otworzyć się na nie i przyjąć do serca jak swoje.

Kończąc, drogi Czytelniku, chciałabym zacytować jedno zdanie z mojego własnego podręcznika życia z podanymi na końcu rozwiązaniami zadań.

Na temat szczęścia można tam przeczytać, że nie przychodzi ono do człowieka na podobieństwo szerokiej fali rozlewającej się na piaszczystej plaży; nie – szczęście bierze nas w swe ramiona w chwili, kiedy decydujemy się na uczynienie go widocznym.

Bella Papadopoulou Dobrowolska

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w styczniu 2014 roku

Lämna ett svar