ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Pstryk!

Słowa, którym laicy przytakną a katolicy się oburzą, brzmią: Polski katolik żyje w dwóch światach, w jednym klęka, w drugim oszukuje. Katolicki „wierny” jest w jakimś sensie rozpieszczany, co by złego nie uczynił, czego nagannego się nie dopuścił, wystarczy że wyzna grzech, odbędzie symboliczną pokutę i już może, w charakterze niewinnego dziecięcia, wszystko zaczynać od początku.

Zdaję sobie sprawę, że to uproszczenie. Jednak taką możliwość dają człowiekowi również inne religie oraz przeróżni psychoterapeuci, ale coś w tym jest. System kształtuje w zakamarkach katolickiej świadomości postawę rozpieszczonego dziecka. Wie, że wszystko zostanie mu wybaczone, nie musi nieść na swoich barkach „krużganka” wiary (trawestuję słowa pewnego „kaganka faszyzmu”) i odpowiedzialności za własne życie a bywa, że i życie innych.

Polski katolicyzm hamuje myślenie. W procesie odnowy wierny wie, że popełnił błąd/grzech, ale okazuje skruchę i przyrzeka poprawę, a wtedy następuje Pstryk!, i metafizyczna gumka wyciera mu wszystkie grzechy. Gdyby życie duchowe istotnie tak funkcjonowało, byłoby nieznośnie proste i obrzydliwie niesprawiedliwe.

Może człowiek jest rodzajem Feniksa? Istotą wciąż odradzającą się i odbudowującą na własnych zgliszczach? Sam siebie ulepia z wahań, porażek i zwycięstw, sam idzie przez krajobrazy jasności i ciemności, sam marznie na szczytach, dusi się w głębinach i nic z tego czego dokona nie zostanie mu zapomniane? Boska energia stawia przed nim jasno świecącą Latarnię Możliwości, a czy ją widzi i w jakim stopniu rozumie, zależy już od niego samego?

Pisząc na początku „klęka i oszukuje”, surowo osądziłem katolika, choć w rzeczy samej nie myślę o nim w tych kategoriach. Życie, katolika czy nie katolika, zmienia się i ewoluuje w różne strony. Prowadzi drogą doświadczalną rysując życiorysy wierzących i niewierzących, bez dokonywania ocen. Pilnuje ono jednak (życie) rzeczy podstawowej i najistotniejszej: Żadnych ulg! Żadnego odpuszczania! Co zrobiłeś, to twoje! Na dobre i na złe!

Taka po krótce widzę katolicką „stronę medalu”. Drugą jest ezoteryka, wiedza przekazywana przez różnych guru, warsztaty ezoteryczne, kursy i tak dalej. Tą drogę trudno zweryfikować, gdyż opiera się na indywidualnych duchowych przeżyciach. Osobiście nie oczekuję od ezoteryki wyjaśnień, zapewnień, w ogóle niczego nie oczekuję. Chciałbym tylko, jeśli to możliwe, uzyskać pomoc w budowaniu poczucie bezpieczeństwa. Tego mi brak najbardziej. Pragnąłbym bardzo uzyskać pewne informacje o charakterze i znaku sił, do których się zwracam.

Czym jest ezoteryka? Jest rodzajem wiedzy, bardziej lub mniej sprawnego i trudnego do uchwycenia, ale realnie istniejącego instrumentu. Mam tylko nadzieję, że nie jest utajoną mądrością, a miejscem gdzie mogę swobodnie razem z moją podświadomością funkcjonować. Gdzie nic nie stoi na przeszkodzie, abym mógł bezpiecznie odwracać kolejne strony księgi istnienia.

W dziedzinie ezoteryki najbardziej przemawiają do mnie konkretne fakty. To znaczy uzdrowiciele z potwierdzoną listą osiągnięć. Mistrzowie Dalekiego  Wschodu jakoś mniej, wyciąganie wprost z powietrza złotych pierścieni, trąci trochę szarlatanerią. Nie przekonują mnie w pełni również channelligowcy, ekstrasensi, prowadzący dialogi z aniołami. Nie przekonują mnie, ale niczego nie odrzucam.

Mam wrażenie, że świat wirtualny składa się z chaotycznych oceanów myśli i myślokształtów. Twoich, moich, obcych, transferycznych, jak również całej masy wszystkiego innego, o czym nie mam bladego pojęcia ani potrafię nazwać. Chwilami myślę, że nieustannie dostępny kontakt (bez lub z nikłym udziałem mojej świadomości) z myślami swoimi i – co podejrzewam, również nie swoimi, powoduje zderzenia znaczeń i stąd się między innymi bierze chaos w głowie. Czy te obce mogą być myślami przez kogoś zgubionymi? Może są dopiero przygotowywane do pomyślenia i się autorom zgubiły? Może formułowane są przez istoty z innych, mało nam/mi przyjaznych rzeczywistości? Co by nie powiedzieć, nikt nie wie nic „na pewno”, nawet sakramentalny Anioł Stróż może być farbowanym lisem!

Jeżeli wierzę komuś na Ziemi, to moim dzieciom, a duchowo najbliżej mi do Tybetańczyka Dalaj Lamy. Uściślając, nie tyle osobie wierzę, co językowi, sformułowań jakich używa i aurze wokół Niego. Wierzę spokojowi godnej przestrzeni, z której płyną proste, ciepłe, życzliwe słowa. Mam przeczucie, a ja uważnie przysłuchuję się przeczuciom, że stoi za Nim coś potężnego, jakaś nie do wyobrażenia, a pomimo tego przystępna wiedza, bo ją rozumiem.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar