Posiani przez wiatr

Nie jestem realistą. Nie jestem nim. Moją ambicją nie jest opisywanie świata takim, jakim większości wydaje się być. Nie przeczę rzecz jasna, iż Wiedeń jest i leży w Wiedniu, że istnieje Sztokholm, wsie na Kaszubach, Wyspy Wielkanocne. Mój nie-realizm polega nie na zaprzeczeniu oczywistościom, tylko na ich rozwinięciu, na zaglądaniu za boski horyzont, jeśli można tak odważnie powiedzieć.

Wszystko, co uważamy za oczywiste, naturalnie istnieje. Tak jak i czas, do którego przywiązujemy przesadnie wielką wagę. Podobnie dzieje się z logiką i celowością działań, jak także z naszymi pomysłami na życie: bogacenie się i urządzanie siebie, albo i kogoś. (Już ja go urządzę!).

To wszystko istnieje, ale nie jest ani jedyne, ani najważniejsze. To są tylko rachuby, prześlepienia, złudzenia, ironie wskazujące na pozorność „tego wszystkiego”, tylko… Tylko, że realista takiego odwrócenia proporcji nigdy by nie kupił. Tak jakby nie przystał na akceptację idei czasów i światów równoległych, albo zaświatów, z którymi można by notabene się porozumiewać.

A to jest możliwe. Zawsze istniała i istnieje nadal możliwość porozumienia między czasami, światami, epokami. Mam na myśli porozumienie między rozumnymi istnieniami – jakiej by nie były – fizycznej czy duchowej „konsystencji”. Polacy w zaświatach rozmawiają z Indianami bez problemów językowych, kontaktują się z XV-wiecznymi góralami, choć w realnym języku nic a nic by z dzisiejszej polszczyzny nie zrozumieli. Wszyscy wszystko pojmują, bo taki jest mega porządek tego, byłych i przyszłych światów.

Niestety, prawda, codzienna brutalna prawda, inna jest, nie jesteśmy w stanie jej zmienić, ani uniknąć. Historia ma w porządku dziennym i na stałe wpisane tortury, rzezie, bomby, samobójstwa, w ogóle cierpienie. Ale jednak góruje nad tym wszystkim – i ja w to wierzę – przekonanie, które z trudem, ale jednak się przebija: Wpisane w człowieka poczucie dobra.

No i pięknie. Pan Bóg stwarza, wciąż i wciąż stwarza, dziewczynę i chłopaka. A po każdym przeanieleniu następuje przeczłowieczenie i da capo: jabłko, wąż, Ewa, Adam…

Gdybyż to była prawda! Ale nie jest. Fantazja, albo coś w rodzaju nieudolnego raczej poszukiwania. Albowiem zaprawdę powiadam wam, tak jak nie było początku, tak żadnego końca nie będzie, jest tylko stały przepływ dobrych energii. Dobrych! Nawet z Piekła, jeśli tam trafisz, można się wydostać.

A śmierć? Cóż śmierć? Jest tylko zaledwie jedną z wielu form emigracji, gdzie – jak wierzył wielki Emanuel Swedenborg – zaprząta wiele naszej uwagi to, co pozostawiliśmy „na ziemi”.

Świat jest w gruncie rzeczy jasny, przejrzysty, łagodny i pełen dobrych chęci porozumienia. Jest w nim mądrość, jest dobro, jest dużo humoru. W ogóle jest świetnie, byle tylko przy pojednaniu była zachowana odpowiednia kolejność. Po pierwsze z samym sobą, następnie z bliźnim, potem ze śmiercią i zaświatem, a na końcu, jeśli ktoś ma taką potrzebę, także z Bogiem.

Czy możliwe, że wszystko, życie, zmyślone jest? Trudno powiedzieć, ale chyba tak. Życie może być snem, który śnimy. Śnimy, aż w końcu wyśnimy do końca nie zastanawiając się, czy miało jakiś sens. Posiani przez wiatr, zebrani przez wiatr. Taki jest człowiek, poprzez wieki wieków dumny, że żyje przez chwilę. Piękne słowa Alberta Camus niestety niewiele nam wyjaśniają, ale dają choć przez chwilę szerszy oddech. Pytanie: czy stać nas na cokolwiek więcej?

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar