ANDRZEJ OLKIEWICZ: Palacz Karl Edvin Ekelin wyłania się z cienia…

Zaduszki. Odwiedzam cmentarz w Orłowie, pięć kilometrów na południe od Gdyni. Tysiące świateł migocze w ciemności. Podchodzę do wysokiego kamienia nagrobnego, przystaję i dumam, jak niegdyś w dzieciństwie, kiedy to pragnąłem odgadnąć, co się kryje pod egzotycznymi nazwiskami wyrytymi na kamieniu. Obecnie już wiem, że pod nagrobkiem spoczywają marynarze ze szwedzkich statków. Większość z nich pochowano tutaj w latach trzydziestych ubiegłego wieku.

Również na grobie szwedzkich marynarzy palą się znicze. Może ci, co zapalili obcym świeczki, dobrze wiedzą, co znaczy osamotnienie? Być może ich bliskich także pochowano gdzieś daleko?

Przez kilka lat szukałem śladów po ludziach, których nazwiska wykuto w kamieniu, chcąc wiedzieć, kim byli i jak żyli. Podczas moich poszukiwań w różnych archiwach natrafiłem na marynarza, którego poznałem, częściowo również dzięki rozmowom z potomkami zmarłych, bliżej niż innych.

Spoza faktów i wytworów wyobraźni, spośród tańczących płomieni i cieni, wyłania się palacz Karl Edvin Ekelin – tak jak mógłby on wyglądać dziewięćdziesiąt lat temu. Cóż szkodzi puścić wodze fantazji? Przecież wszystko mogło wyglądać na przykład tak oto:

Nie, nie ma co dłużej tu sterczeć, stwierdza w myślach Edvin, po czym wstaje i kieruje się do drzwi knajpy. Wychodzi, nucąc pod nosem melodię popularnego przeboju, rozbrzmiewającego w portowej spelunie.

“Don´t know what´s coming tomorrow
Maybe it´s trouble and sorrow
But we´ll travel the road
Sharing our load
Side by side”.

Zamyka za sobą drzwi zadymionego lokalu. Deszcz siecze go ostro w twarz. Muzyka i schrypnięty głos śpiewaka cichną, porwane wiatrem. Żar papierosa rozbłyska i gaśnie. Edvin wciska silniej cyklistówkę na głowę i kieruje kroki błotnistą drogą w stronę portu i statku. Gdzie do diabła podział się Dick? Opuszczając statek obiecali sobie przecież trzymać się razem. Ale, co tam obietnice, skoro Dick jest właśnie taki, jaki jest. W Antwerpii, gdzie byli ostatnio, o mały włos zadźgano by go nożem, gdyby on, Edvin, nie przyszedł mu z pomocą! Teraz też ulotnił się niepostrzeżenie z knajpy – najpewniej z tą piersiastą blondyną. Oby tylko wrócił cały i zdrowy z tej wyprawy. W Gdyni, która w ciągu kilku lat z małej rybackiej osady przeistoczyła się w największy port bałtycki, roi się od zasadzek: wódka, dziwki, cwaniacy, różne typy spod ciemnej gwiazdy – wszystko to tylko czyha, by pochwycić biednych marynarzy w swe szpony…

Edvin już po raz tysięczny roztrząsa problem ewentualnego ożenku i porzucenia marynarskiego żywota. Ale cóż on będzie robił na lądzie? W Szwecji straszy przecież bezrobocie! I tak może się uważać za szczęśliwca, że w ogóle trafiła mu się robota na tej starej łajbie z Landskrony. A już tym bardziej po tym, co przecierpiał w zeszłym roku w Brazylii, kiedy to dopadła go jakaś choroba i musiano zostawić go tam na łasce losu. Ależ on się wtedy nachorował! Tydzień przeleżał w szpitalu w Santos, a potem pętał się bez grosza przy duszy, nie mogąc znaleźć żadnego statku, na który mógłby się zaciągnąć. Zrozpaczony i zdesperowany zwrócił się w końcu do konsulatu, gdzie wybłagał pożyczkę na bilet do kraju. Dobrze, że chociaż książeczkę żeglarską miał w porządku, na dowód, że jest sumiennym marynarzem.

Podróż w roli pasażera na m/s Kronprinsessan Margareta sporo go kosztowała, najważniejsze jednak, że wrócił wreszcie do domu. Teraz boryka się ze spłatą długu. Ciekawe, jak długo jeszcze potrwa spłacanie państwu 177 koron i 44 öre? Zwrócił już 45 koron. Niełatwo jednak odciągać dług z tych marnych groszy, które zarabia. A przecież starej matce w Gammelstorp też trzeba jakoś pomóc. Nie miała biedaczka w życiu łatwo, oj, nie miała! Pozostawiona sama sobie, z trójką dzieci, nieźle się musiała natyrać, by związać koniec z końcem. Dzień w dzień, w słocie i spiekocie, wędrowała o świcie sześć kilometrów do pracy w fabryce cygar w Sölvesborg. Swego ojca, cieśli, prawie już nie pamięta. Wyruszył na morze, gdy Edvin miał 11 lat, zszedł ze statku w Ameryce i tyle go widziano, słuch po nim zaginął. Kiedyś, będąc w Ameryce, próbował znaleźć ojca – ale jak odnaleźć igłę w stogu siana?

Brr, co za ziąb! Parszywa bałtycka pogoda! Przydałaby mu się cieplejsza kurtka niż ta, wiatrem podszyta, która okrywa mu grzbiet. Szczęście, że jest palaczem. Tym na pokładzie jest dziesięć razy gorzej, a i tak lepszych ubrań nie mają, biedacy. Choć żywot palacza też nie zawsze godny jest pozazdroszczenia. Jak choćby w tropikach, gdy temperatura w kotłowni przekracza 60 stopni, a tu wrzucaj człowieku węgiel – łopatę za łopatą – do ciągle nienasyconego, rozżarzonego paleniska, bo inaczej spadnie ciśnienie pary! Albo gdy się wykrusza rozpalony żużel z rusztu i wygarnia na podłogę, a od palących wyziewów mało ci płuc nie rozedmie – szlag by trafił takie psie życie! Edvin klnie siarczyście i głośno. Nie dziw, że coraz częściej męczą go duszności. To wcale nie takie rzadkie w jego zawodzie. Prędzej czy później dno morskie zostanie pewnie jego grobem, myśli rozgoryczony.
Czarne myśli nie chcą go opuścić; ma już 28 lat, a miał ledwie 15, gdy się zaciągnął na swój pierwszy statek. Było to w Karlskronie, a on sam świeżo po konfirmacji, bo wcześniej nie byłoby mu wolno. Całe życie pracował – już jako mały chłopiec. Trzeba było pomóc w domu, więc brał każdą robotę, jaka mu się nawinęła. Niejeden raz zasnął w szkole ze zmęczenia.

No, wreszcie widać statek! Wachtowy przy trapie na pewno ma w kambuzie gorącą herbatę – myśli z zadowoleniem Edvin, rad, że zaraz będzie się mógł ogrzać.

Drogę na statek zagradzają mu nagle wagony z węglem, schodzi więc z torów, którymi szedł dotychczas i zaczyna iść krawędzią nadbrzeża. Stąd widać już czarną sylwetkę statku i jego przyćmione mgłą światła. Łajba jest już głęboko zanurzona, mruczy pod nosem, jeszcze jeden dzień ładowania i powinno starczyć. Zbliża się do rufy Excelsiora, nie zauważa rozsypany na nadbrzeżu węgiel, poślizguje się, potyka, traci równowagę i – sam nie wiedząc, jak to się stało – wpada do wody. Wiatr porywa jego krzyk i już po krótkiej chwili czarna woda gdyńskiego portu bierze go w swe objęcia.

28 listopada 1932 roku kapitan s/s Excelsiora, E. A. Ingvarsson, przesłał raport szwedzkiemu konsulatowi oraz władzom polskim informując, że palacz Karl Edvin Ekelin zaginął bez wieści – niewykluczone, że utonął – w nocy z 27 na 28 listopada.

Tegoż samego popołudnia kapitan wydał rozkaz odcumowania statku i parowiec Excelsior wypłynął z gdyńskiego portu na wzburzone sine wody Zatoki Gdańskiej.

W końcu marca 1933 roku znaleziono w gdyńskim porcie ciało Edvina Ekelina, a pierwszego kwietnia szwedzki kapelan morski, Daniel Cederberg, pochował zmarłego na ówczesnym protestanckim cmentarzu przy kościele Świętej Barbary w Małym Kacku – obecnie Matki Boskiej Bolesnej w Orłowie. Karl Edwin Ekelin był siódmym marynarzem, który znalazł swój wieczny spoczynek w tym oto miejscu.

Andrzej Olkiewicz

Lämna ett svar