Klejnot na śmietniku (5)

Hotel w Varanasi położony był centralnie. Portier w uniformie salutował nam przy wejściu zamiast rytualnie się skłonić ze złożonymi dłońmi i powitać słowem namaste. Schemat czasowy nie był napięty, mieliśmy czas, aby na własną rękę zapoznać się z otoczeniem. Na ulicy natychmiast otoczyła nas natrętna grupa wyrostków z zamiarem potencjalnego zarobku przy pokazywaniu nam miasta. Nie sposób było się ich pozbyć.

Mimo kilku luksusowych hoteli ulica nie miała nawierzchni. Pokryta była udeptaną, miejscami zakurzoną a miejscami rozmokłą gliną udekorowaną odpadami i stosami śmieci. Skręciliśmy w boczną uliczkę i tam, w rowie, ujrzeliśmy wiele porzuconych miseczek z wypalanej gliny. Podniosłam kilka. Jedna z nich miała na dnie wyrytą swastykę. Ten stary, indyjski symbol szczęścia zbrukali naziści przekształcając go w symbol zła. Miseczki stanowiły pozytywny element w deprymującej indyjskiej rzeczywistości. Produkowane w ogromnych ilościach, sprzedawane po cztery sztuki za rupię, używane są jednorazowo zamiast plastikowych kubeczków. Były wyraźnym ukłonem w stronę środowiska. Zanim zmęczeni dotarliśmy do hotelu, aby odświeżyć się w basenie minęliśmy opuszczony placyk z niewielkim budynkiem z popękanego betonu. W jego mrocznym wnętrzu na gnijących odpadach tłoczyły się krowy. Obok wisiał ręcznie malowany szyld z napisem Cyber cafe.

W Varanasi czekały na nas przeżycia wielkiego kalibru, spotkanie z rzeką Ganges, Mother Ganga. Jeszcze w autokarze przewodniczka próbowała wtajemniczyć nas w misterium hinduizmu z trzema najważniejszymi bóstwami: Brahma – stworzycielem, Vishnu – opiekunem i Shiva – niszczycielem, cokolwiek miałoby to oznaczać. Poza tym istnieje kilka tysięcy pomniejszych bóstw. Nie sposób było je zapamiętać. Przewodniczka wyznała, że po 10 latach pobytu w Indiach nie może dostrzec w tym logiki. – Lepiej się w to nie zagłębiać.

Nazwa Varanasi pochodzi od dwóch rzek, dopływów Gangesu, Varana i Asi, które łączą się w pobliżu miasta. Varanasi znane jest również pod nazwą Benares, łatwiejszą do wymówienia dla Anglików. W porównaniu z innymi miastami nie było ono ani bardziej czyste czy schludne, ale posiadało pewne wewnętrzne piękno i duchowość. Ganges ujrzeliśmy po raz pierwszy o zmroku. Jechaliśmy rikszą szeroką ulicą co raz silniej oświetloną i ozdobioną im bliżej było do rzeki. Jej brzeg wraz z kamiennymi stopniami, ghats, prowadzącymi do wody skąpane były w blasku świateł. Na występach murów siedzieli żebracy, brodaci starcy z ciemnymi, pooranymi twarzami w śnieżnobiałych szatach i zawojach na głowach. Z łagodnym uśmiechem wyciągali wypolerowane miseczki żebracze. Nie mieli nic wspólnego z żebrakami w mieście. Ci mieli za zadanie dać okazję ludziom do okazania szczodrości. Jałmużna polepsza własną karmę. Stajemy się lepszymi. Wielu Hindusów rzucało im po monecie. Kiedy wsiedliśmy na jedną z licznych, drewnianych łodzi tłoczących się przy brzegu, ujrzeliśmy oświetloną estradę, gdzie odbywała się religijna ceremonia. W tle rysowały się ciężkie sylwetki kamiennych budowli. Płynęliśmy wolno na północ w kierunku miejsca kremacji.

Każdy z nas otrzymał przybrany kwiatami lampion, który należało puścić na wodę by okazać pamięć o bliskich zmarłych, a może jako ofiarę dla bóstw. Wkrótce ujrzeliśmy kilka płonących stosów. Wierzy się, że płomień oczyszcza zmarłego z grzechów. Wśród popiołu gromadzili się mężczyźni. Kobietom nie wolno być świadkami kremacji. Zauważyliśmy stosy drewna ułożone schludnie wzdłuż fasad domostw. W drodze do rzeki, w wielu punktach sprzedawano drewno, ale nie podejrzewaliśmy w jakim celu. Lasy w Indiach powoli znikają, wkrótce może zabraknąć drewna. Nowo wybudowane elektryczne krematorium jest niepopularne. Wszyscy chcą być kremowani w tradycyjny sposób. Pojedyncza kremacja wymaga około 250 kg drewna i trwa 2-3 godziny. Drewno jest drogie, a najdroższe jest to sandałowe i tylko najbogatszych na nie stać. Ubożsi stosują mniej szlachetne odmiany z niewielką domieszką drzewa sandałowego. Rodziny płacą wedle możliwości, ubogich kremują często za symboliczną opłatą. Popiołu nikt nie zbiera, po pewnym czasie spływa on do rzeki, ale jest przedtem przesiewany; czasem znajduje się cenny pierścień czy inne drogocenności, które przechodzą na własność kremującego personelu jako ekstra bonus. Kremacyjne ogniska robiły ponure wrażenie, ale ceremonie na swój smutny sposób były godnym i pamiętnym przeżyciem. Wrażenie niszczyły jednak wałęsające się, wychudłe psy. Czyżby z głodu szukały niedopalonych szczątków?

Następnego ranka udaliśmy się nad Ganges, aby zobaczyć kąpiących się Hindusów. Robią to przed wschodem słońca. Ciemne sylwetki widoczne były na tle nieco jaśniejszej wody. Mężczyźni kąpali się z nagimi torsami, kobiety całkowicie ubrane Jedni stali zanurzeni do pasa ostrożnie zwilżając głowy, inni zanurzali się całkowicie, kilku chłopców przepłynęło parę metrów. Byli i tacy, którzy zanurzali się kilkakrotnie razem z głową. To robi się dla rodziny. Tak jakby wszyscy jej członkowie dokonywali kąpieli.  Święta rzeka Ganges oczyszcza z grzechów popełnionych zarówno w obecnym życiu jak i w poprzednich. Kąpiel zbliża nas do nirvany, stanu absolutnego spokoju, bez nowych narodzin. Łatwo zrozumieć, że bieda, nieszczęścia i upodlenie to wystarczające powody aby pragnąć jak najszybciej osiągnąć nirvanę. Ponownie wsiedliśmy na łódź aby pod prąd popłynąć w stronę południowego miejsca kremacji. W słabym świetle poranka widoczne były nadrzeczne budowle tworzące nieregularny wał, dawny pałac maharadży, klasztory, świątynie i przytułek, gdzie starzy i chorzy oczekiwali na śmierć. Wszyscy marzą aby umrzeć nad Gangesem. W wystawnym domu mieszkał zamożny szef kremacji, mimo iż należał do najniższej kasty niedotykalnych. Łódź minęła wiele ghats i dopłynęła do południowego miejsca kremacji gdzie płonęły stosy. Przy wschodzącym słońcu ujrzeliśmy drugi, niezabudowany brzeg z wyjątkiem kilku herbaciarni. Nikt nie chce tam mieszkać ani tym bardziej umrzeć, ponieważ według wierzeń może narodzić się jako osioł. Teraz widać było wyraźnie mętną wodę i sterty śmieci wzdłuż brzegu. Lokalny przewodnik zaprzeczył, że woda jest zanieczyszczona. Miała to być tylko zachodnia propaganda.

– Mój ojciec, profesor medycyny, ma ponad 90 lat, kąpie się codziennie w rzece i nigdy nie był chory – powiedział z dumą.

Podobno woda zawiera tyle chemicznych zanieczyszczeń, miedzy innymi bakteriobójczy dwutlenek siarki, że nawet te najniebezpieczniejsze bakterie czerwonki i cholery przeżywają tylko parę dni. Wielka oczyszczalnia ścieków nie jest w stanie uzdatnić wody. Kąpiący się ludzie, odpadki i wrzucane do wody ciała ludzkie sprawiają, że woda jest niebezpieczna dla zdrowia. W Gangesie widzi się ciała ponieważ nie wszystkich zmarłych wolno kremować. Są cztery wyjątki: kapłani, dzieci poniżej 10 lat, które nie zdążyły popełnić grzechu i nie potrzebują oczyszczenia, kobiety w ciąży jako że nie wolno kremować dwóch ciał jednocześnie oraz ukąszonych przez kobrę, ponieważ wierzy się że dym z ich ciał jest trujący.  Ciała owinięte materią związane sznurami i obciążone kamieniami wrzucane są do wody. W Gangesie żyje gatunek delfinów, które przegryzają sznury i wtedy ciała wypływają na powierzchnię.

Wiele mniejszych łódek zgromadziło się wokół naszej łodzi. Przypominało to pływający targ, floating market w Bangkoku, ale zamiast owoców i jarzyn sprzedawano tu pamiątki, lampiony i inne przedmioty używane przy ceremoniach. Malutkie pojemniczki z mosiądzu przeznaczone na wodę z Gangesu miały największe powodzenie. Przewodnik napełnił moją flaszeczkę, wylał parę kropel na dłoń, wypowiedział kilka niezrozumiałych fraz i wypił. Woda uzyskała w ten sposób właściwą moc. Był to także dowód, że picie wody z Gangesu  jest bezpieczne. Przewodnik był wykształcony, mówił dobrą angielszczyzną, ale jego stosunek do nas świadczył, że on należy do cywilizacji górującej nad naszą. Jesteśmy niekulturalnymi stworzeniami nie będącymi w stanie zrozumieć głębokiej hinduskiej duchowości i mógł mieć częściową rację. Próbowałam jak mogłam porównać chrześcijański chrzest oczyszczający z grzechu pierworodnego do rytualnej, uwalniającej od grzechów kąpieli w Gangesie, i naszą chrześcijańską wiarę życie po życiu z hinduską reinkarnacją. Ale tu kończyły się podobieństwa. Reszty nie było się w stanie pojąć.

Przepływaliśmy koło grupy mężczyzn zajętych praniem. Brudna woda spływała do rzeki specjalną rynną. Mężczyźni do kolan w wodzie uderzali silnie mokrymi sztukami odzieży o kamienne płyty. Podobno Mark Twain stwierdził, że Hindusi to dziwny naród. Próbują rozbić wielkie głazy mokrą odzieżą. Kiedy zakwestionowałam sens prania w brudnej wodzie uraziłam naszego przewodnika.

Moje ubrania są prane w Gangesie. Czy wyglądają na brudne?

Cóż mogłam na to odpowiedzieć?

Poranną wyprawę zakończyła wędrówka przez stare dzielnice mieszkaniowe Varanasi.

Wąska wyłożona kamieniami uliczka wiodła wzdłuż fasad domostw, większość w opłakanym stanie, z mrocznymi wejściami i obskurnymi sklepikami. Tu i tam, dla kontrastu, wciśnięte były niewielkie, artystycznie ozdobione świątynie. Uliczka była tak wąska, że przyciskaliśmy się do muru, kiedy mijał nas motocykl. Grupa chłopaczków biegła przed nami ostrzegając przed wdepnięciem w krowi placek. Co miały krowy do roboty w tych ciasnych zaułkach? W pewnym większym indyjskim mieście władze straciły cierpliwość i urządziły parking dla błąkających się krów. Podobnie jak źle zaparkowany samochód transportuje się krowę na wydzielone w tym celu  miejsce, gdzie się ją uwiązuje w oczekiwaniu na właściciela, który może ją odebrać za nominalną opłatą. Krowy nie są bezpańskie, każda ma właściciela. Wypuszcza on krowę z rana, zwierzę wędruje po ulicach, żywi się odpadkami i na wieczór wraca do domu. Jest to tańsze niż żywienie krowy samemu. Przed jednym z domostw kucała kobieta z tak skurczonym i wysuszonym ciałem, że mogłaby się zmieścić w torbie na zakupy. Gdzie indziej siedział brodaty, równie wychudły starzec, odziany w biel z odsłoniętymi, chudymi jak u szkieletu, poszarzałymi jak od popiołu ramionami. Nie uśmiechał się, twarz miał surową, ascetyczną, a oczy, zapatrzone w głąb siebie fanatyczny blask. To był święty człowiek. Varanasi poruszyło mnie bardziej niż się spodziewałam, ale opuszczę Indie z ulgą.

Samolot powrotny odlatywał z Delhi. Ostatni nocleg zaplanowano nam w hotelu w pobliżu lotniska. Dojazd autokarem zajął mnóstwo czasu; przyjechaliśmy o zmierzchu i wtedy przewodniczka podzieliła się z nami najnowszą wiadomością.

– Drodzy przyjaciele, zaistniał problem. Finnair, którym mieliście wracać rozpoczął strajk. Nie będziecie nocować w hotelu, zaraz po kolacji udamy się na lotnisko, aby dokonać zmian w rezerwacji. Nie była to dobra wiadomość, ale w duchu ucieszyłam się. Pragnęłam wracać do Szwecji tak szybko jak się da. Czułam się zdeprymowana i pełna obrzydzenia po nieprzyjemnych, pełnych tragizmu przeżyciach, chciałam się z nich otrząsnąć, zapomnieć i nigdy więcej nie widzieć Indii. Przewodniczka postanowiła zrekompensować złą wiadomość wystawną kolacją. Zamówiła wino i piwo co poprawiło nieco nastroje. Przed podróżą odświeżyliśmy się w pokojach hotelowych i pojechaliśmy na lotnisko. Zmieniono nam rezerwację na KLM i wystartowaliśmy o godzinie 2 w nocy. Po 10 godzinach byliśmy w domu.

Złe samopoczucie trwało długo i chwilami żałowałam, że dałam się namówić na tę podróż. Ale po pewnym czasie nieprzyjemne wspomnienia zaczęły blednąć i zdałam sobie sprawę, że wyprawa wzbogaciła mnie wewnętrznie bardziej niż przypuszczałam. Nowe doświadczenia i poszerzone horyzonty były nagrodą za cenę mentalnego stresu. Zawsze twierdziłam, że należy ujrzeć klejnot, Taj Mahal w rzeczywistości. Varanasi wzbudzało także mą ciekawość mimo iż podejrzewałam, że będzie miało makabryczne elementy. Teraz obejrzałam oba miejsca, doskonałe w formie Taj Mahal, które było jednak powierzchownym przeżyciem w porównaniu z mistycznym Varanasi działającym na wszystkie zmysły. Czy było to warte ceny? Być może. Ale nigdy nie radowałam się tak silnie z powrotu do domu i naszej cywilizacji. Jestem wdzięczna losowi, że dane mi jest żyć w Europie, wspaniałej części naszego wspólnego świata.

Teresa Urban

KONIEC

Wrzesień, 2021 r.

Lämna ett svar