Afganistan po raz trzeci

A może i czwarty? Gdy na początku lat osiemdziesiątych XX wieku rozgrywała się wojna w Afganistanie, to wielu Polaków cieszyło się z niepowodzeń radzieckiego kolosa. Powszechna była wówczas sympatia dla „dzielnego narodu afgańskiego”. Nawet paru młodych Polaków wybrało się wtedy na tę wojnę. Najbardziej z nich znany to dzisiaj ważny polityk: Radosław Sikorski.

Ja rozumiem tych młodzieńców, którzy chcieli walczyć z komunizmem, obojętnie na jakim froncie. W 1960, gdy Belgowie próbowali odzyskać Kongo przy pomocy tzw. „ochotników”, to zgłosiliśmy się z Krzysztofem Klassa-Brunickim w ambasadzie belgijskiej w Warszawie z deklaracją, że chcemy walczyć w Kongo przeciw komunistycznemu reżimowi Patrika Lumumby. W ambasadzie przyjęto nas życzliwie, poczęstowano kawą i ciasteczkami i powiedziano nam, że musimy zgłosić się do jakiejkolwiek placówki belgijskiej konsulatu lub ambasady, ale po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. To tam dostaniemy gratyfikację i opłacony przelot do Katangi. Katanga to była część Konga, która nie podporządkowała się Lumumbie. Nic z tego nie wyszło, bo nie mieliśmy wtedy możliwości wyjazdu na Zachód. I chwała Bogu.

Więc rozumiem Sikorskiego i innych. Jeden tylko Stefan Kisielewski uważał wówczas, że nie powinno się przeszkadzać Ruskim w walce z terrorystami.

Wspomniany niedawno życzliwie na łamach NGP (przez Aleksandra Kwiatkowskiego), dr med. Marek Szapiro, który był przede wszystkim wielkim humanistą, filologiem i filozofem, wydrukował na łamach „Jedności” (którą wówczas wydawałem), entuzjastyczny esej na temat dzielności Afgańczyków, których nie potrafili ujarzmić w XIX wieku potężni Anglicy. Zacytował tam opinię z Dziennika Ignacego Rzeckiego z „Lalki”. Rzecki, wielki wielbiciel Napoleona, miał ansę do Anglików, którzy zwyciężyli jego Idola. I dla tego cieszył się z niepowodzeń Anglików w Afganistanie.

A jak z tym Afganistanem było:

Rok 1747 powstaje Imperium durani (cesarstwo), które degraduje się w 1823 do Emiratu (księstwa). A w 1879 staje się Protektoratem brytyjskim. 19 VIII 1919 uzyskuje niezależność jako Emirat. W 1926 awansuje do Królestwa. W 1973 staje się Republiką zależną częściowo od ZSRR. W 1978 Rosjanie przekształcają ją w Republikę Socjalistyczną i zaczyna się druga wojna afgańska. Nieoficjalnie interweniują Amerykanie. Zabawa trwa do 1992, gdy Rosjanie się wycofują i powstaje Republika Islamska. W 1998 przekształcona w Emirat Islamski. Rolę Rosjan przejmują w 2001 Amerykanie i z pomocą żołnierzy innych krajów (w tym z Polski) interweniują. Kończy to się wielką kompromitacja w 20 lat później, dokładnie 15 VIII 2021.

W tym miejscu przypomina się kompromitacja z 1975 roku, gdy Amerykanie w popłochu wycofywali się z Wietnamu. Zamieściłem wtedy w 4. numerze „Jedności” „Tryptyk o klęsce”. Były tam dobre teksty: pani Krystyny Cywińskiej z Londynu „Salto mortale” – tytuł mówił sam za siebie, a do tego złośliwy rysunek z „Die Zeit”, na którym w tłumie uchodźców idzie Henry Kissinger i niesie dyplom pokojowej Nagrody Nobla, którą dostał wraz ze swoim północnowietnamskim odpowiednikiem za rzekomo pokojowe rozwiązanie konfliktu. Krystyna Cywińska zapoczątkowała swój artykuł tak:

Istota historii nie polega na tym co się stało, ale na tym co ludzie o tym sądzą, mówią i piszą. (…) Agonia Wietnamu i pogrom Amerykanów jest dla nas wszystkich na emigracji przeżyciem traumatycznym. Jest kryzysem wiary i bankructwem zaufania. Jest drugą Jałtą, tylko bardziej krwawą, jawną i obdartą ze wszystkich frazesów.

Był też artykuł pana Aleksandra Mireckiego pod również pod wymownym tytułem „***”. Mirecki specjalista od polityki chińskiej, prowadził ten dział w Polskiej Agencji Prasowej, a potem na emigracji w Szwedzkim Instytucie Spraw Zagranicznych. Mój artykuł p.t. „Przegrali, bo chcieli”, był ozdobiony rysunkiem: z szachownicy ucieka czarny Król uczepiony do helikoptera (aluzja do ewakuacji Ambasady amerykańskiej w Sajgonie), na szachownicy pozostają pionki w strojach Wietkongu.

O rysunku tym pisałem tak:

Wyżej zamieszczony rysunek charakteryzuje dobitnie wynik batalii wietnamskiej. Stare przysłowie mówi, że każde zwycięstwo ma wielu ojców, a nigdy nie wiadomo, kto jest winien klęski. W tym wypadku jest przeciwnie. Wracając do rysunku, można wprawdzie zadać niedyskretne pytanie, czyja ręka przesuwała na szachownicy białe (żółte?, czerwone?) pionki, ale właściwie nie ma to znaczenia. W wojnie wietnamskiej, nie da się ustalić ‘ad hoc’ zwycięzcy: Chiny? Sowiety? Wietnamski lud? Nie wiadomo, kto wygrał. Wiadomo jednak dokładnie kto przegrał. Przegrali Amerykanie. Przegrali, bo chcieli – można dodać. Jeden z czołowych satyryków amerykańskich, bezpośrednio po upadku Sajgonu, przeprowadził fikcyjny wywiad w Pentagonie z jednym z generałów. „No, cóż, powiedział generał, skończyło się. Nigdy nie przepuszczaliśmy, że tę wojnę będzie tak trudno … przegrać.

Trzeba przyznać, że Amerykanie nabrali wprawy i już dużo lepiej im idzie przegrywanie. Szczególnie w wojnach, których mogli uniknąć.

We wspomnianym artykule pisałem jeszcze: Do wojny wietnamskiej Amerykanie nie musieli się w ogóle mieszać, mówiąc więcej, mogli w swoim czasie w ogóle do niej nie dopuścić. Gdy było oblężone Dien Bien Phu (twierdza, ostatni bastion Francuzów) to pułkownik Giap – dowódca sił Wietkongu popełnił błąd. Łamiąc wszelkie reguły walki partyzanckiej wyprowadził swoje oddziały z dżungli na otwarte pole – wystarczyło jedne dywanowe bombardowanie, by przerwać kryzys. (…) Ale Francuzi nie mieli pod ręką odpowiedniej floty powietrznej. Zwrócili się więc o pomoc do USA. A w Ameryce, choć ówczesny prezydent Eisenhover i sekretarz stanu Dulles nie mieli wątpliwości, że taka interwencja jest konieczna. Musieli jednak na tę akcję mieć placet Kongresu. A Kongres, jak to Kongres, podyskutował i na wniosek lidera opozycji nijakiego Johnsona ustawę zastopował.

Dien Bien Phu padło. Powstały dwa państwa wietnamskie, z których jedno zaczęło przerzucać do drugiego grupy zbrojne, a później całe oddziały regularnego wojska i wtedy Kongres zgodził się na interwencję w obronie zaatakowanego Wietnamu Południowego (związanego umowami z USA). W bagnie wietnamskim Amerykanie ugrzęźli na długo. Ten nijaki Johnson, już jako prezydent USA, wywrócił się na Wietnamie (czyli, jak kto woli, na reperkusjach interwencji wietnamskiej w Stanach, chodzi o silny ruch protestu, szczególnie studentów)”.

I tak zabawa trwała… aż do kompromitującego odwrotu w lecie 1975 roku. Tamte wydarzenia Amerykanów najwidoczniej niczego nie nauczyły.

Szkoda, że doradcą amerykańskich prezydentów zamiast Zbigniewa Brzezińskiego nie był Stefan Kisielewski, który by im wytłumaczył, że nie należy dwa razy wchodzić w podobne bagno.
Jak u Moliera: „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

I parafraza z Kochanowskiego:

„Nowe przysłowie Amerykanin sobie kupi.
Jak przed szkodą, tak i po szkodzie głupi.”

Ludomir Garczyński Gąssowski

Lämna ett svar