Klejnot na śmietniku (3)

W rezerwacie natury, Ranthambore, gdzie udaliśmy się z Jaipur, żyje około 30 tygrysów. Stanowią one ogromną atrakcję turystyczną. Jeśli są w odpowiednim nastroju pokazują się turystom. Dojechaliśmy szybko, bo ruch był niewielki. Po drodze zatrzymaliśmy się na lunch i skorzystałam z okazji aby rozdać długopisy i cukierki okolicznym dzieciom. Gromadka natychmiast się powiększyła, niecierpliwe rączki wyrywały przemocą podarki; obawiałam się, że i ja zostanę rozerwana na strzępki.

Do parku dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Na pierwszy rzut oka hotel robił imponujące wrażenie, ale okazał się nieco podniszczony. Miał jednak wygodne pokoje i odnowione łazienki. Ogród hotelowy z dobrze utrzymanym trawnikiem i trzcinowymi meblami kusił do wypoczynku, ale basen z lodowatą wodą nie  zachęcał do kąpieli. Zasiedliśmy w fotelach wystawiając blade twarze ku słońcu. Część gości natychmiast udała się do baru i powróciła ze szklaneczkami rumu i butelkami Coca Coli. Sprawdziliśmy ceny, były porównywalne ze szwedzkimi. Nawet lokalny rum był drogi. Małżonek zaproponował, aby zrezygnować z Coli ale nie wyszło to taniej. Cola była za darmo, natomiast rum kosztował fortunę. „ Musimy zadowolić się własną whisky przed kolacją” – pomyślałam. Tego typu profilaktykę przeciwko infekcjom jelitowym stosowało wiele osób. Według wszelkich zasad sztuki specyfik należało zażyć przed i po każdym posiłku. Ciekawe ile butelek whisky mieli z sobą nasi towarzysze podróży. My mieliśmy tylko jedną i nie wystarczyła na długo.

Słońce skryło się za drzewami więc postanowiliśmy wybrać się na spacer po okolicy. Wzięłam ze sobą resztę długopisów i cukierków. Tutejsze dzieci nie był agresywne. Kiedy rozdałam już wszystko podszedł do nas starszy człowiek w towarzystwie małego chłopczyka, pewnie wnuka. Staruszek uśmiechnął się nieśmiało i zapytał czy nie znalazłby się długopis czy cukierek dla chłopca. Niestety nic nie zostało i zasmucona pokazałam mu pustą torebkę.

Mężczyzna znów się uśmiechnął, jakby przepraszając za natręctwo, a ja powędrowałam dalej z uczuciem frustrującej bezradności. Na obrzeżach wioski ujrzeliśmy szyld Village Women Hand Craft, który nas zaciekawił. Ukryte za zabudowaniami, tworząc krąg siedziały kobiety szyjąc i haftując. Wyjaśniono nam, że pracują tu kilka godzin dziennie i w ten sposób zarabiają własne pieniądze. Ich rękodzieła wystawia się na sprzedaż w lokalnym sklepie i jego filiach. Pożyteczna działalność.

Po kilku wczesnych pobudkach zrezygnowaliśmy z porannego safari. Nie jestem rannym ptaszkiem, należę do dyskryminowanej mniejszości, która ożywa dopiero po godzinie 10 rano i traci chęć życia, jeżeli zostaje zmuszona do wstania o świcie. Spaliśmy długo i smacznie. Wprawdzie obudziłam się raz z uczuciem, że coś wędruje mi po brzuchu, ale w ciemności nie znalazłam przycisku do lampy, więc wmówiłam sobie, że to urojenie i zasnęłam ponownie. Rankiem znalazłam w łóżku ogromną zduszoną mrówkę. Mogło być gorzej.

Ranek powitał nas chmurami i chłodem. Deszcz wisiał w powietrzu. A marzyliśmy o opalaniu się nad basenem. Spacer był rozsądniejszym wyborem. Błotnista, wyboista droga przez wioskę prowadziła wzdłuż nędznych ruder. Białe krowy i czarne świnie przebiegały drogę mieszając się z pojazdami.  Gruba warstwa starych śmieci pokrywała ziemię. Tu śmieci nie tworzyły stert, wszystko co mogło się przydać zostało zabrane. Pozostały plastikowe torebki, strzępki papieru i organiczne odpady. Jedna z krów żuła papierowy talerz. Papier to celuloza, którą mikroorganizmy w krowim żołądku potrafią rozłożyć. Kto wie, może krowy można karmić papierem? Na szczęście w Indiach nie jada się krów. Tu i ówdzie tliło się w śmieciach. Kiedy ujrzałam rozciągniętą tam grzejącą się tłustą maciorę z zadowoleniem borującą ryjem w gnijącej, woniejącej masie obiecałam sobie nigdy więcej nie tknąć bekonu na indyjskim śniadaniowym stole. Jedynym pozytywnym przeżyciem było stado małp, które obsiadły jakieś strączkowe drzewo łamiąc z trzaskiem strączki aby wydobyć nasiona, podczas gdy zielone papużki fruwały miedzy konarami.

Gdy nadszedł czas na popołudniowe safari zaczęło padać. Jechaliśmy otwartymi jeepami i kurtki nam natychmiast przemokły. Na safari nie zwykło się brać parasola. Ale los nas wynagrodził i wkrótce, nad brzegiem rzeki ujrzeliśmy parę tygrysów, samca i samicę. Romantycznie nastrojona samica, rozciągnięta na całą długość, próbowała skusić samca eksponując zalotnie dyskretny urok tylnych partii. Ale samiec nie miał ochoty na amory, odstraszył ją udając atak po czym skrył się w buszu. Może nie lubił deszczu. Nadjechało więcej jeepów; turyści z zapartym tchem przyglądali się spektaklowi. Zadowoleni wróciliśmy do hotelu i resztę wieczoru poświęciliśmy na suszenie przemoczonej odzieży suszarką do włosów.

Następnego dnia czekała nas jazda pociągiem do Agry, aby ujrzeć największą atrakcję wycieczki, Taj Mahal. Walizki należało wystawić przed drzwiami o godzinie 19; miały jechać nocą autokarem z Mr Lovely. W nocy zastrajkował mi żołądek. Wielokrotnie zmuszona byłam biec do łazienki. Tam, przy desce klozetowej dostrzegłam kranik z którego strumień wody z największą precyzją trafiał we właściwy punkt. Niezwykle higieniczne urządzenie. Niewiele spałam tej nocy niepokojąc się, jak sobie dam radę w podróży. Na szczęście istnieją tabletki, które przez dłuższy czas zmniejszają potrzebę korzystania z toalety. Na śniadanie napiłam się gorącej herbaty i zjadłam grzankę po czym porwałam parę bananów jako prowiant na drogę.

Na stację kolejową mieliśmy jechać otwartymi jeepami, ale z powodu deszczu wyczarowano kilka minibusów. Stacja leżała, nie wiadomo czemu, w dużej odległości od wioski. Jechaliśmy w ciemności z zaparowanymi szybami i modliłam się w duchu, aby tabletki działały przez całą drogę. Autobusy nie mogły podjechać pod samą stację, więc szliśmy mozolnie po po wyboistej drodze omijając co głębsze kałuże. Przy budynkach stacyjnych leżeli ludzie w żółtych śpiworach przypominających kokony, drzemiąc na ziemi w oczekiwaniu na pociąg. Wędrowaliśmy przez betonową platformę, gdzie spało jeszcze więcej ludzi, a wśród nich tłoczyły się krowy; platforma była zanieczyszczona ich odchodami. Był to żałosny widok.

Gdzie podziały się prawa obywatelskie tych ludzi? Czy można nazwać prawem aby w wolnym, demokratycznym kraju, za jaki uważają się Indie, spać wśród krowich placków? Peron był zatłoczony. Pociąg miał nadjechać lada chwila, bez opóźnienia, co należało do wyjątków, ale zatrzymywał się na krótko. Pociąg był długi i gorączkowo szukaliśmy naszego wagonu. Pewne wagony miały kraty w oknach jak do transportu więźniów. Ale kraty nie były po to, aby uniemożliwić ucieczkę lub wychylanie się z okna. Miały chronić pasażerów przed natrętnymi sprzedawcami i żebrakami. Nasz wagon miał klimatyzację, okna się nie otwierały i nie miały krat. Przedziały robiły wrażenie nowoczesnych chociaż podniszczonych. Na skutek wcześniejszych doświadczeń obawiałam się wizyty w toalecie, ale zaskoczył mnie czysty przybytek z bieżącą wodą i toaletowym prysznicem. Personel uwijał się sprzedając jedzenie i napoje; wmusiłam w siebie banana popijając butelkowaną wodą wzbogaconą tabletką z elektrolitami przeciwko odwodnieniu, które szczodrze rozdawała potrzebującym przewodniczka.

Teresa Urban

cd nastąpi

Lämna ett svar