ANDRZEJ OLKIEWICZ: O krok od śmierci

Już jako małe dzieci, z chwilą gdy stajemy się świadomi naszej egzystencji, stajemy się również świadomi śmierci. Każdy z nas wie, że umrze – nie wiemy tylko kiedy.

Przypuszczam że większości z nas przydarzyło się kiedyś, coś, że byliśmy o krok od śmierci. Na przykład, nieszczęśliwe potknięcie, głupie i nieprzemyślane wyprzedzenie samochodu na drodze, kurcz na głębokiej wodzie, spotkanie z niepoczytalnym człowiekiem… Zdarzenia, które mogły skończyć się źle, ale Palec Boży najwidoczniej chciał  inaczej.

Niektóre, może nawet większość z tych zdarzeń, nie zostawiły śladu w naszej pamięci, podczas gdy inne, nawet po latach, przyprawiają nas o dreszcz grozy.

Niesamowita historia, która przydarzyła się mojemu ojcu, poddała mi myśl, aby przelać na papier kilka własnych wydarzeń, właśnie takich, które czasami – nawet po latach – wracały jako senne mary. Miałem takich zdarzeń kilka.

Zacznę od historii mego ojca. Ojciec był kierownikiem Państwowego Urzędu Miar w Gdyni. Zadaniem tej instytucji było zadbanie, najprościej mówiąc, aby kilogram był kilogramem, a metr metrem.

Pewnego razu Zarząd Portu w Gdyni poprosił ojca o sprawdzenie i zalegalizowanie wielkich wag towarowych. Dwóch urzędników z Zarządu przywiozło ojca samochodem do portu. Zaparkowali samochód na keji i poszli załatwić formalności. Ojcu nudziło się w samochodzie, więc wyszedł, aby się przejść. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż nabrzeża, zawrócił i… nie zobaczył samochodu. Gdzie się on podział?! Skonsternowany podbiegł w miejsce, gdzie powinien był on stać i zobaczył wielką dziurę, wypełnioną wodą i piaskiem – po samochodzie nie było ani śladu.  Podmyta od dołu krawędź nabrzeża zawaliła się i woda wessała część keji wraz z  samochodem.

Co by było, gdyby ojcu nie znudziło się siedzieć w samochodzie? Była jesienna mżawka i wiał zimny wiatr – pogoda, która bynajmniej nie zapraszała do wyjścia z auta.

Ojciec miał oczywiście więcej historii „o krok od śmierci” – należał do pokolenia, które brało udział nie tylko w jednej, ale w dwóch wojnach światowych. Także  ja, mimo że byłem dzieckiem w czasie wojny, pamiętam kilka zdarzeń, gdy moje życie wisiało na włosku. Ale to są inne historie i o nich kiedy indziej. Tym razem z innej, nie wojennej beczki.

Spotkanie we mgle

Było to latem w 1957 roku. Miałem 19 lat. Wracaliśmy z międzynarodowych pełnomorskich regat w Skagen. Zajęliśmy tam drugie miejsce w naszej klasie.

Była szósta rano. Morze było spokojne. Kattegatt tonął we mgle. Słaby, ale równy wiatr wypełniał żagle dwumasztowej Andromedy. Ze wszystkich stron słychać było dźwięki buczków mgłowych. Heniek stał na „oku”, to znaczy na dziobie jachtu, z nadzieją, że mimo mgły coś zauważy i mnie, siedzącego przy sterze, w razie czego ostrzeże.

Gęsta mgła i wszędobylskie buczki sprawiały klaustrofobiczne uczucie niepewności. Statki były wszędzie i nigdzie. Gdzie? Jak daleko? Mgła była gęsta. Jednak, od czasu do czasu, wiatr otwierał w niej okna i wtedy było widać nieco dalej. W takim właśnie oknie pojawiła się, jakieś 100 metrów od nas,  płynąca pod pełnymi żaglami, biała fregata „Danmark”. W tej samej chwili wystawił z kabiny głowę Marcin, pytając mnie czy nie napiłbym się herbaty. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo nagle usłyszeliśmy przerażony krzyk Heńka z dziobu i sekundę później zobaczyłem zbliżającą się i piętrzącą się nad nami czarną burtę statku. Refleksyjnie pchnąłem rumpel na prawą burtę i… o włos, dosłownie o włos uniknąłem zderzenia. Mijaliśmy się i tylko niewielka odległość wolnej przestrzeni dzieliły Andromedę od burty statku. Droga, wzdłuż wielkiego czarnego kadłuba, wydawała się nie mieć końca.

W górze, gdzieś bardzo wysoko, zauważyłem dwie wychylone poza burtę,  wykrzywione z przerażenia twarze, a obok mnie słyszałem krzyk Marcina, powtarzającego nerwowo – „I am sorry, I am sorry…”

Czy przeżylibyśmy kolizję? Ci trzej, którzy spali pod pokładem prawdopodobnie nie. A my na pokładzie? Wątpię.

Sześć pięter w dół 

W pierwszych latach po ucieczce z Polski, nie mogąc znaleźć swojego miejsca w życiu i nie wiedząc jak urzeczywistnić swoje marzenia, imałem się różnych zawodów. Między innymi pracowałem jako blacharz. Blacharki nauczyłem się w Malmö, w fabryce produkującej wentylatory. Teraz moim pracodawcą była mała firma leżąca w zaułku Pryssgränd, na sztokholmskim Söder. Kładliśmy dachy i wymienialiśmy rynny. Pewnego razu właściciel warsztatu wysłał mnie i kolegę, o imieniu Toivo na inspekcję uszkodzonej rynny na Heleneborgsgatan. Weszliśmy na dach sześciopiętrowej kamienicy ­– przed nami roztaczał się widok na Långholmen i Riddarfjärden. Zamocowałem linę na kalenicy i głupi, młody chojrak, nie zawiązałem jej wokół siebie, tylko chwyciłem ją luźno w ręce i zszedłem po spadzistym dachu zrobić potrzebne pomiary. Po wykonaniu zadania, wspinając się do góry, po kilku zaledwie krokach poślizgnąłem się i zacząłem ześlizgiwać się na brzuchu w dół. Padając, prawdopodobnie aby się oprzeć, bo już nawet sam tego nie pamiętam, wypuściłem z jednej ręki linkę. Teraz tylko w jednej dłoni ją trzymałem, podczas gdy druga ślizgała się po nawierzchni dachu. Na krawędzi dachu nogi oparły się na moment o rynnę – to zahamowało mnie na chwilę – po sekundzie jednak, pod ciężarem mego ciała rynna się załamała. W tym momencie prawą ręką uchwyciłem wreszcie porządnie linę a palce drugiej ręki znalazły na blasze dachu małą nierówność. Od pasa w dół wisiałem poza dachem sześć pięter nad ziemią. Z góry, jakby z bardzo daleka, dochodziło do mnie desperackie wołanie Toiva, „trzymaj się, trzymaj się!”

Byłem spanikowany, zestresowany mózg pracował gorączkowo. Zdawałem sobie sprawę, że muszę drugą ręką chwycić linkę, ale aby to uczynić, musiałbym puścić zbawczą, jak mi się wydawało, milimetrową nierówność blachy. „Nie, nie mam odwagi! Nie, to zadanie ponad siły!” Jednak… mimo lęku przerzuciłem lewą rękę do liny i Toivo wciągnął mnie z wielkim mozołem na szczyt dachu. Żyję!

Rekiny

Na początku lat 1970-tych mieszkałem w Arabii Saudyjskiej w Dżeddzie, nad Morzem Czerwonym – porcie do świętego miasta Mekki. Byłem geologiem i pracowałem w UNESCO-saudyjskim projekcie, Centrum Geologii Stosowanej (Centre of Applied Geology). Naszym zadaniem było  dokształcanie saudyjskich geologów do międzynarodowego standardu Master of Science. Teoretyczne i laboratoryjne kursy mieliśmy w Dżeddzie a praktyczne prace geologiczne odbywały się w różnych częściach dzikiej, rozległej Arabii Saudyjskiej.

W okresach pracy w Dżeddzie, wolne chwile spędzałem najczęściej nurkując w Morzu Czerwonym. Czasami wypływałem z kolegą na jego gumowej, żółtej dinghy łowić ryby. Podczas jednej takiej wyprawy przytrafiła nam się przygoda, która mogła skończyć się bardzo źle.

Jak zawsze wyruszyliśmy o wschodzie słońca. Popłynęliśmy przez ciche wody laguny do znanego nam miejsca w barierze rafy koralowej, gdzie był wąski kręty kanał, wolny od korali, którym w miarę bezpiecznie mogliśmy zbliżyć się do krawędzi rafy. Odczekaliśmy odpowiednią falę i przeskoczyliśmy na niej na otwarte morze. Udało nam się zakotwiczyć około 15 metrów od rafy i zaczęliśmy łowić. Morze błyskało, migotało od słońca. Nagle, zaledwie kilka metrów od nas, wyskoczyła z morza olbrzymia ryba. Bliskość i wielkość ryby sprawiały że jej przelot wydawał się jak film kręcony w zwolnionym tempie. Ryba wznosiła się i wznosiła, wydawało się nawet, że jej lot nigdy się nie skończy. W końcu spadła z wielkim pluskiem. Był to mieczowiec, przynajmniej trzymetrowej, a może nawet czterometrowej długości. Jeszcze dziś, po tylu latach, mam ten wspaniały widok przed oczami.

Łowienie nam jakoś nie szło. Zaczęło nam się już nawet nudzić, gdy nagle szarpnęło, chwyciło, czuliśmy, że to wielka sztuka. Ryba walczyła długo, nie chciała się poddać, ale wreszcie w chwili gdy mieliśmy ją już blisko i zobaczyliśmy jej kontury pod wodą, zerwała się i zniknęła. W tej samej chwili zobaczyliśmy zbliżającą się do nas płetwę rekina. Rekin opłynął nas raz, opłynął dwa razy i po chwili pojawiły się dwa kolejne rekiny. Krążyły dookoła naszej dinghy raz bliżej a raz dalej, czasami nawet bardzo blisko – widzieliśmy ich nieruchome oczy. Czuliśmy się więcej niż nieswojo. Nasza gumowa łódka była malutka – siedząc na jej dnie nasze kolana stykały się niemal ze sobą. Baliśmy się, że któraś z bestii otrze się o naszą łupinkę albo podpłynie spod dołu i ją przewróci.

Naradzaliśmy się szeptem. Może uwolnić się od kotwicy, powiosłować do rafy i spróbować przedostać się z powrotem na drugą stronę? To było ryzykowne i wymagało opanowania i planowania. Szczególnie spokojni nie byliśmy, a czasu na planowanie, to znaczy wybranie odpowiedniej fali, aby przelecieć nad ostrymi jak żyletki koralami raczej nie było. No i najważniejsze pytanie, jak zareagują rekiny na nasze manewry? Wodząc oczami ruchy rekinów, różne myśli kołatały mi się w głowie: „Co zrobię, jeżeli wpadnę do wody?” Rady doświadczonych mówią, że należy zachować spokój i nie robić żadnych gwałtownych ruchów. A jeżeli rekin atakuje, to należy uderzyć go w skrzela, w jego czułe miejsce. Rekin ponoć wtedy głupieje i najczęściej odpływa. Ale czy rekin będzie taki uprzejmy i ustawi się odpowiednio do mnie? Rekiny są trzy! Czy pozwolą mi dopłynąć do rafy? A jeżeli nawet dopłynę, to istnieje ryzyko, że fale zdruzgocą mnie na ostrych koralach.”

Z tych i podobnych nerwowych myśli wyrwał mnie trochę niepewny, w jakiś sposób zdziwiony, a potem już całkiem radosny głos kolegi: „Odpłynęły?! Nie ma ich?! Andrzej, rekiny odpłynęły!”

Tego dnia nie łowiliśmy już więcej.

Mam jeszcze kilka zdarzeń – „co by było gdyby…?” Na przykład, gdy mój samochód wpadł w poślizg na niespodziewanie oblodzonej drodze i stoczyłem się kilka metrów w dół stromego zbocza –  długo nawiedzały mnie mary po tym wypadku… Zwłaszcza że było to wtedy, kiedy oczekiwałem narodzin córeczki – co by było, gdyby…?

Tak, żyć jest niebezpiecznie!

Andrzej Olkiewicz

www.immigrant.nu

Lämna ett svar