MACIEJ KLICH: Wspomnienie o Leonie

Śmierć przychodzi cicho. Niezapowiedziana, nieproszona. Nigdy nie ma na nią odpowiedniej chwili, jest zawsze gościem, nie na czas…. Ale w tym wypadku przyszła niespodziewanie i za wcześnie, szokując nas wszystkich. Zmarł prof. Leonard Neuger, urodzony w Krakowie, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Uniwersytetu w Sztokholmie, slawista, literaturoznawca, wybitny wykładowca i tłumacz literatury szwedzkiej.

Żegnam nie tylko wielkiego intelektualistę, Polaka, ale i przyjaciela, współuczestnika wspólnej gehenny stanu wojennego, internowania, emigracji, wspólnych przeżyć i stawianych wyzwań.

Poznaliśmy się osobiście będąc współlokatorami tych samych więziennych baraków i cel w czasie internowania. Ojcował mi po części, pewnie widząc we mnie tego buntownika, którym sam był w 1968 roku, kiedy jako student polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim był uczestnikiem wydarzeń marcowych. Zatrzymany, szykanowany i skazany, odsiedział 10 miesięcy. Tym razem, w grudniu 1981 roku, aresztowany i internowany, jako jeden z założycieli i działaczy Solidarności na Uniwersytecie Śląskim, a przed 1980 rokiem inicjator i opiekun wolnomyślicielskiego, niezależnego Koła Naukowego Teorii Literatury na Wydziale Filologii Polskiej oraz współredaktor solidarnościowego „Tygodnika Katowickiego”.

Te chwile wspólnych obozowych rozmów, dyskusji, tak potrzebnych w tym czasie, zbliżyły nas do siebie. Były zawsze inspiracją do innego spojrzenia na świat, dawały alternatywną odpowiedź na naszą rolę w jego kształtowaniu. Często nie były to rozmowy proste i łatwe, czasami burzliwe, ale kształtujące pogląd na nie tak łatwe wyzwania tej rzeczywistości, w której przyszło nam wtedy żyć. Dzięki temu, że był osobą otwartą, ciepłą i sympatyczną, życzliwą, pełną humoru i dystansu do życia, do tych rozmów często się wracało, bo miały dla mnie duży potencjał poznawczy, były wartością dodaną mojej mentalnej i intelektualnej edukacji. Było to dla mnie wtedy konieczne, aby nie wpaść w stan nihilistycznego wartościowania więziennej egzystencji, pozbawionej samej w sobie sensu i perspektyw.

Dyskutowaliśmy o wszystkich nurtujących nas problemach, o historii i literaturze, o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, o stosunkach międzyludzkich, marzeniach i perspektywach na przyszłość. Moje czasami buńczuczne konstatacje i wyobrażenia o oporze wobec systemu, Leon gasił kubłem zimnej wody, wpajając mi kierowanie się bardziej rozumem niż zawadiacką brawurą. Na tę moją donkiszoterię przytoczył mi kiedyś fraszkę Jana Stanisława Leca: „No i przebiłeś głową mur. Co będziesz robił w sąsiedniej celi?”. I jak tu było dalej dyskutować z nim… no i z Lecem?

We wstępie do mojej książki, Leon odniósł się właśnie do tych chwil, pisząc: „Pamiętam go: młodego chłopaka, bladego, z błyszczącymi oczami, dość zaciętego i upartego, z którym szybko się zaprzyjaźniłem, i to na całe życie”. Był w tej przyjaźni bezinteresowny i lojalny do końca. Ta fraza „na całe życie” ma dzisiaj dla mnie wymiar szczególny, transcendentny wymiar przemijania, jest metaforą domknięcia kręgu czasu i jakiegoś etapu mojego życia.
Pozbawiony pracy i bez szans na pracę naukową decyduje się na emigrację. Wyjechał do Szwecji w kwietniu 1983 roku. Za jego namową, jak i on zmuszony do emigracji, dołączyłem do niego w 1984 roku. Był tym, który mnie przyjął i przez lata był moim mentorem, przewodnikiem i doradcą w emigracyjnych meandrach trudnej rzeczywistości. Został pracownikiem naukowym Instytutu Slawistyki Uniwersytetu Sztokholmskiego – profesorem, a wreszcie w 2003 roku dyrektorem Instytutu. Był człowiekiem renesansu, rozmiłowanym w sztuce i literaturze, w poezji i historii. Swoją wysoką kulturę osobistą łączył z kulturą słowa. Potrafił znakomicie pisać i ciekawie, dowcipnie opowiadać i przemawiać. Zawsze mnie to fascynowało i zniewalało, dlatego gościć u niego było ucztą dla duszy i zmysłów. Potrafił magicznie przenosić się w czasie i przestrzeni, nawiązując do swojej biografii, doświadczeń okraszając to wszystko odniesieniami do literatury traktowanej nie tylko jako wartość estetyczna, ale przede wszystkim jako wartość będąca w jego rozumieniu metafizycznym, egzystencjalnym i poznawczym remedium na wszystkie bolączki tego świata.

Dla Leona wolność i solidarność, demokracja i sprawiedliwość, a także zwykła ludzka uczciwość, odwaga i odpowiedzialność, były zawsze wartościami nadrzędnymi. Był człowiekiem koncyliacyjnym dla każdej inicjatywy dotyczącej Polski, wielkim patriotą. W latach 80. w gronie wspólnych przyjaciół stworzyliśmy krąg osób wspomagających opozycję w Polsce w ramach „Składki Górnośląskiej”. Współpracował z BBC i czasopismami emigracyjnymi, a także z polską redakcją Szwedzkiego Radia – tu dzielił się swoimi obserwacjami życia na emigracji, komentował wydarzenia polityczne, społeczne i kulturalne zarówno w Polsce, jak i w Szwecji, opowiadał o literaturze polskiej i szwedzkiej, z perspektywy emigranta mówił o tym co nas dzieli, a co łączy.

Był wybitnym propagatorem i tłumaczem literatury szwedzkiej, zarówno poetów-klasyków, jak i pisarzy współczesnych. Jako historyk literatury wydał wiele prac naukowych poświęconych literaturze polskiej i szwedzkiej. Odznaczony wieloma szwedzkimi i polskimi nagrodami i odznaczeniami.

Z tym olbrzymim dorobkiem w 2015 roku, na emeryturze, wraca na stałe do rodzinnego Krakowa. Zamieszkuje w swoim mieszkaniu przy placu Inwalidów na krakowskich Krowodrzach, tam gdzie również mieszka cała moja bliższa i dalsza Rodzina. Dlatego zawsze będąc w Krakowie, odwiedziny rozpoczynałem od spotkania z Leonem. Przy kieliszku wina kontynuowaliśmy nasze rozmowy i dyskursy o zmieniającym się świecie.
Przyjazd do Polski był dla niego, w jakimś sensie, nostalgicznym powrotem do korzeni, do środowiska, do tej krakowskiej bohemy będącej wykładnikiem polskiej kultury, której pozostał immanentną częścią, nawet przez lata emigracji. Czuł się tutaj jak ryba w wodzie. Z latami jednak podupadał na zdrowiu, zachowując tę niezwykłą jasność umysłu i pogodę ducha, pomimo, że koniec przyszło mu żyć w niełatwych czasach degrengolady, z takim trudem wywalczonych wartości, norm i obyczajów, o które walczył i których bronił. Był człowiekiem wytrwałym i nie poddawał się nigdy, czy to w chorobie czy w trakcie rekonwalescencji, czy w czasach tragicznych rodzinnych zdarzeń, które i jego nie ominęły.

I choć nigdy nie spisał wspomnień, do czego go latami namawiałem, to zdążył wydać wspaniałą książkę, pełną humoru, refleksji i dystansu do świata – zbiór swojej poezji – “Wierutne bajki dla dorosłych dzieci”. To przelane na papier odzwierciedlenie jego natury i jestestwa. Za każdym razem jak ją czytam, reinkarnuje się on w moich myślach, jakby sam mi te bajki opowiadał.

Zmarł w piątek 9 lipca 2021 roku. Miał 74 lata.

Brakować mi będzie jego towarzystwa, jego uśmiechniętej, pogodnej twarzy, pełnej życia, radości i ciepła. Miarą wartości człowieka, jest rozmiar pustki, jaką pozostawia po sobie. Gdy umiera ktoś, kogo lubimy, kochamy i szanujemy, wtedy coś umiera i w nas… bezpowrotnie. Powtórzę tylko za naszą noblistką, jego koleżanką: „Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci”. Pamiętajmy więc o nim jako o wspaniałym człowieku i o bogatym dorobku jego życia.

Requiescat in pace.

Maciej Klich

Lämna ett svar