Przyjaźnie przetrwały…

Z Leonardem Neugerem rozmawia Tadeusz Urbański.

Zacząłeś dorosłe życie od więzienia. To było zdarzenie traumatyczne? Ale nie tylko…

W 1968 roku byłem studentem polonistyki. To był Wydział Śledczy na Montelupich. Niektórym klawiszom pisałem streszczenia lektur szkolnych, bo zdawali maturę i nie mieli czasu na czytanie. Pod celą miałem dwóch kompanów. Drukarza Zbigniewa Łopatowskiego i kapusia Dawidowicza. Drukarz siedział za obrazki z Matką Boską Częstochowską i modlitwą, żeby uratowała Polskę od tej czerwonej zarazy. Z tym kapusiem, napisaliśmy z dobrym skutkiem pracę z prawa międzynarodowego, dla jakiegoś szefa ochrony, gdy robił magisterium. Ale tam były i inne, ważne doświadczenia więzienne..

Czy ta twórczość przynosiła korzyści?

Tak. Ochrony. Jeśli któryś z klawiszy chciał mi dokuczyć na przykład, zimną wodą polewać w łaźni lub inaczej szykanować, to interweniowano. Był klawisz o ksywie „Pomidor”, który się niepotrzebnie wściekał, gdy aresztanci wrzeszczeli Pomidor!, Pomidor! I jeszcze jeden, nie pamiętam jak się nazywał… Fajni ludzie.  Gdy wychodziłem na wolność i żegnałem się z nimi, oni mi nie podali ręki… Pomidor powiedział – słuchaj, tak robimy, bo to by znaczyło, że jeszcze tu wrócisz, a to nie jest miejsce dla takich jak ty! I to zapamiętałem. Nie tylko negatywne doświadczenia ale i pozytywne wyniosłem z kontaktów z ludźmi.

Czy był swobodny dostęp do książek?

Tak i oczywiście dużo czytałem. Był jednak przepis mówiący, że nie wolno wypożyczać więcej niż trzy tomy, książki. Drugi przepis mówił, że nie wolno „rozrywać”, dzielić tytułów. Stoczyłem walkę z naczelnikiem więzienia — czy mogę wypożyczyć dzieła Szekspira, bodajże w siedmiu tomach? Przepisy wzajemnie się wykluczały. Spór wygrałem.

Protestowaliście dla zasady ale i z przekory, by udowodnić niespójność przepisów w głupim systemie.

Robiłem to dla żartu, to nikogo nie irytowało, bo ktoś podejmujący decyzję skutecznie interweniował. O, na Montelupich wyleczyłem sobie zęby!

Jak głęboko to pamiętasz?

Dla człowieka który ma dwadzieścia jeden lat, śledztwo, proces i pięciomiesięczna odsiadkę, to traumatyczne przeżycie!

Za co to wszystko?

Za próbę założenia organizacji studenckiej.

Założyliście?

My nie. Służba Bezpieczeństwa założyła!

I wszystkich was wygarnęli?

Tak. Nie było nas dużo. Wszystkich oprócz kapusiów. Działalności nie mieliśmy prawie żadnej… Jakieś ulotki na pierwszego maja… Do tego stopnia to było prowokacyjnie wyssane z palca, że później, wiosną 1980 roku, czyli przed założeniem Solidarności, Minister Sprawiedliwości PRL złożył wniosek o unieważnienie naszego wyroku! To był absurd tamtego czasu, który wtedy kosztował mnie i kolegów utratę roku studiów. Później wszyscy zapomnieli a SB nie. Byłem śledzony, podsłuchiwany od 1968 roku do 1983!

Po powrocie z Montelupich w 1968 roku, jak zostałeś przyjęty na uczelni?

Zanim to nastąpiło, dzięki pomocy krakowskich psychiatrów leżałem w szpitalu. Naprawdę pomagali, do więzienia już nie wróciłem, do wojska też mnie nie mogli wziąć. Ponieważ straciłem rok, musiałem zdać zaległe egzaminy, ale wszyscy wykładowcy byli przyzwoitymi ludźmi. Nie szukali dziury… Jestem nauczycielem i wiem, że jeśli chce się oblać studenta to nie ma silnych w humanistycznych przedmiotach…  Jurek Sturh, który był z mojego roku wspominał, że moje aresztowanie było dla nich szokiem. Widocznie komentowano to na wydziale.

Jak ułożyło się życie po powrocie na studia?

Praca w szkole zaczęła się przed ukończeniem polonistyki. Ślub był w 1970. Urodziło się dziecko. Żona wtedy studiowała. Mieszkaliśmy w trzy rodziny u teściów, bo byli i lokatorzy. Brakowało na życie, więc chętnie podjąłem się nauki angielskiego w ograniczonej ilości godzin w IV LO im. Tadeusza Kościuszki od lutego 1971 roku i w tym samym roku obroniłem pracę magisterską.

Tak trwało do grudnia 1981 roku?

Tak trwało do… 1972 roku (jeszcze byłem nauczycielem), kolega z mojej licealnej klasy w której się uczyłem, był szefem Teatru Akademii Medycznej i zaproponował mi współpracę, mniejsza o szczegóły… Zgodziłem się i z tej grupy jest dzisiaj kilku profesorów nie tylko medycznych. Jest profesor psychiatrii ale i m.in. profesor prawa. Później współpraca się rozluźniła. W 1973, medycy mieli jakiś jubileusz na który mnie zaproszono i na spektaklu spotkałem kilku moich kolegów, którzy pracowali na Uniwersytecie Śląskim, gdzie budowano mocny Wydział Polonistyki. Padło pytanie – czemu ja uczę w szkole? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że dla mnie na Uniwersytecie miejsca nie ma i nie będzie! Wtedy obiecali mi kontakt z prof. Tadeuszem Bujnickim, który powiedział, że oczywiście!

Co to znaczyło?

Licząca się grupa profesorów partyjnych, przeciwstawiała się Służbie Bezpieczeństwa. Z całą pewnością był w tej grupie nieżyjący już prof. Władysław Lubaś. W ten sposób w roku 1974,  dostałem pracę na Uniwersytecie Śląskim, początkowo dojeżdżając z Krakowa a później dostałem mieszkanie w Dąbrowie Górniczej, skąd jeździłem do Sosnowca na zajęcia.

Byłeś jednym z założycieli Solidarności na Uniwersytecie Śląskim…

Zaczęło się zabawnie i do tego w Krakowie. To musiał być wrzesień 1980 roku, czyli Solidarność już powstała na Wybrzeżu w zakładach pracy, a na uniwersytetach nie, bo uczelnie zaczynają później. Spotkałem się z moim przyjacielem Jerzym Illgiem, wtedy jeszcze pracownikiem Uniwersytetu Śląskiego, usiedliśmy na ławce na Plantach koło Bunkra i Jurek mówi – Wiesz co Leonku, wszędzie zakładają Solidarność, to może i my byśmy u nas założyli? – Powiadam, że to dobry pomysł, ale kto to założy? A on na to – a ty byś nie założył?

Jurek nie mógł sam, bo był wtedy w Warszawie na stażu. Powiedziałem, że jestem w skomplikowanej sytuacji i nie powinienem tego robić, ale jeżeli dojdziemy do wniosku, że połowa kolegów zapisze się do S, to biorę to na siebie. Liczyliśmy optymistycznie i wyszło, że więcej jak połowa się zapisze. Na zebraniu ZNP Jurek postawił wniosek o przedyskutowanie założycielskiego wniosku i mnie zaproponował na prowadzącego obrady, ponieważ przewodnicząca ZNP nie może prowadzić takiego zebrania. Przegłosowano, zostałem przewodniczącym, puściliśmy listę kto chce i zapisało się dziewięćdziesiąt procent! W tajnym głosowaniu zająłem trzecie miejsce i… zostałem przewodniczącym, gdyż dwoje kolegów nie mogło się tego podjąć. To żadna tajemnica – p. prof. Irena Bajerowa, już niestety nieżyjąca, osoba wtedy niemłoda i dojeżdżająca z Krakowa i prof. Stefan Zabierowski, który kończył habilitację. Byłem przewodniczącym i w składzie Komisji Zakładowej aż do internowania i wyrzucenia z Uniwersytetu…

Internowanie, to wędrówka z etapu na etap co razem trwało siedem miesięcy?

Zaczęło się od Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach, później mnie przewieziono do Jastrzębia-Szerokiej i do miejscowości Uherce w Bieszczadach. Stamtąd, już pod koniec, udało mi się dostać do szpitala w Lesznie. Szpital w mieście, był jedyną szansą do kontaktu ze światem. Symulowałem owrzodzenie żołądka. Po wyjściu na wolność musieliśmy sprawdzić, czy ja te wrzody miałem czy nie. Otóż nie miałem!

W sumie odsiedziałeś rok. Czy masz poczucie krzywdy za te odsiadki i szykany?

Nie! Taki był czas i obeszli się ze mną łagodnie. Gdyby to było w czasach stalinowskich, to bym żywy z tego nie wyszedł. W Rosji pozostałbym w łagrze… To jest okres, gdy Polska Ludowa chyli się ku upadkowi i jeszcze bezzębnie gryzie. Od odsiadki na Montelupich do wyjazdu z Polski i dalej, spotkałem się z ogromną życzliwością ludzi. Moja koleżanka, po wybuchu stanu wojennego w grudniu 1981 roku, tuż przed moim internowaniem, po rozmowie z ojcem, rolnikiem spod Częstochowy, zaproponowała, żebyśmy z żoną u nich zamieszkali, a oni nas na wsi ukryją i utrzymają!

Niektórzy, którym internowanie, więzienie skrzywiło życie mają pretensje…

Jestem człowiekiem nadmiernie dopieszczonym… Zostałem Honorowym Profesorem Uniwersytetu Śląskiego i tak mnie utytułowali nie ci, którzy mnie wyrzucali, to oczywiste. Nie mam cienia wątpliwości, że znajdzie się zawsze parę osób dyspozycyjnych, którzy zrobią, co im się każe, a większość to rzetelnie pracujący… W roku 2012 dostałem złoty Medal Solidarności Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Jestem człowiekiem sukcesu, co gra pewną rolę! Gdybym w inny sposób zwichnął sobie życie, może miałbym, jak oni pretensje… Mnie się wszystko udało, zdążyłem jeszcze na tym Uniwersytecie Śląskim zrobić szybko doktorat! Szybko, bo bezpieka mnie namierzyła… Nie mam poczucia krzywdy, dzięki wsparciu, jakie miałem dookoła… I te przyjaźnie przetrwały! To temat na książkę…

Czy próbowałeś kiedyś podsumować swoje dokonania?

Tak. Siedem lat temu próbowałem pisać wspomnienia. Napisałem około sześćdziesięciu stron i przyszła choroba i po niej już nie byłem w stanie… ale bardzo bym chciał… Fragmenty były drukowane w Polsce. Dekada Literacka zwróciła się do mnie przy okazji numeru poświęconemu PRL, czy mógłbym napisać coś o pieniądzach. W Szczecinie do Pogranicza… Niedużo. W sumie kilka tekstów. Jeden z nich, to była moja mowa, gdy dostałem Krzyż Wolności i Solidarności od pana Prezydenta. Ironiczny tekst o tym, jak zacząłem działalność polityczną. Mianowicie na początku lat pięćdziesiątych, w szkole posikałem się na scenie na akademii rocznicy Wielkiej Rewolucji Październikowej!

Emigracja do Szwecji. Jest w zapiskach z tamtych czasów u Mieczysława F. Rakowskiego, żartobliwe pytanie skierowane do szefa MON – „czy nie ma łodzi, którymi mógłby przewieźć prominentów „S” do Sztokholmu?”

Wszystkim internowanym sugerowano opuszczenie Polski, rozdając wnioski o azyl polityczny. Ja uważałem, że w warunkach więziennych takiej decyzji nie należy podejmować. Po wyjściu na wolność jak najbardziej. Wyrzucono mnie z pracy w sposób chamski, bo gdy przyszedłem po pensję, pieniędzy nie było. Pojechałem do Katowic do Rektoratu, gdzie po okazaniu legitymacji podarto mi dokument. To przeważyło. Nie było dla mnie miejsca. Wyjeżdżać, ale dokąd? Nie chciałem do Kanady, chociaż mam tam rodzinę, ale na garnuszku krewnych być nie chciałem. Podobnie było z Anglią. Do Izraela się nie wybierałem, do USA, Australii niekoniecznie bo za daleko. Chodząc po Warszawie złożyłem podania do ambasady holenderskiej, norweskiej, duńskiej, fińskiej, szwedzkiej.

Dlaczego kusiła Skandynawia?

 Wybierałem te kraje, w których nieznajomość ich języka nie jest wstydliwa. Jechać do Francji bez języka to jest wstyd! Niemcy nie wchodziły w rachubę. Szwecja była pierwsza, która się zgodziła i był to rok 1983. Kiedy już byliśmy z żoną w Szwecji, dogoniła mnie duńska pozytywna decyzja.

W nauce szwedzkiego twój angielski był pomocny? Ile zajęła nauka?

Początkowo pomagał w kontakcie z otoczeniem, ale odbywało się to kosztem szwedzkiego – w tym sensie angielski szkodził. A szwedzkiego uczę się do dzisiaj! Po przyjeździe, do stałem list od Stanisława Barańczaka z Harvardu, jeśli potrzebuję jego pomocy to on jest do dyspozycji. Dostałem podobny od prof. Jana Kotta i Czesława Miłosza przez p. prof. Teresę Walas, która wtedy również była w Ameryce. Jeszcze prof. Błoński, będący akurat w Sztokholmie, polecił mnie na slawistyce. Z taką obstawą szybko dostałem pracę na Uniwersytecie Sztokholmskim w Instytucie Slawistyki, jako archiwista bez jego obowiązków. Miałem pokój, telefon, interesujących ludzi dookoła, ale zacząłem pracę naukową o Norwidzie, zgodnie z moim starym projektem.

A od kiedy zacząłeś tłumaczyć ze szwedzkiego na polski?

Kontynuując naukę szwedzkiego na Uniwersytecie zauważyłem, że nauczanie języka obcego zaczyna się od banałów i dla mnie to było żenujące. W związku z tym, zacząłem czytać poezję szwedzką, nie znając języka. Poezję zawsze lubiłem. Prof. Lars Kleberg, mój ówczesny szef podrzucił mi wiersze szwedzkiego romantyka Erika Johana Stagneliusa. I zacząłem tłumaczyć, co mi dawało fantastyczne wejście w kulturę szwedzką i język. Oczywiście z zabawnymi potknięciami.

Koniec XVIII i początek XIX wieku, i poeta używa słowa pilt, co oznacza pacholę. A ja nie miałem świadomości, że to jest mocny archaizm i mając sąsiada Szweda, którego spotkałem z małym synkiem, pogłaskałem małego po głowie i powiedziałem – jakie piękne pacholę. Szwed nie był mocno edukowany ale mnie pouczył, że takiego słowa po szwedzku nie ma. Wszedłem już w obręb mało obowiązującej szwedczyzny. Dopiero później był Carl Michael Bellman, czyli XVIII-towieczny szwedzki bard i poeta. Do dnia dzisiejszego zdarza mi się, że używam bardzo starej składni czy słów.

Czy jest polski odpowiednik Bellmana i czy jego poezja to rodzaj twórczości dworskiej?

To poezja ludyczna, pijacka, z podwójnym dnem, czyli pijaństwo, miłość i to wszystko zarażone śmiercią. W Europie było niewielu takich poetów. Może w Niemczech czy w Anglii, ale nie w tym charakterze. Gdybyśmy chcieli porównać? Polska przede wszystkim, nie miała takiej kultury mieszczańskiej, no może wczesny Mickiewicz z okresu Filomatów, kiedy sobie lekko żartuje, ale tego się w Wilnie nie śpiewało. W Szwecji taką twórczość się śpiewało i Bellman melodie brał z ówczesnych przebojów lub sam komponował. Przetłumaczyłem tak, żeby się dało śpiewać, co było świetnie wykonywane w Krakowie ponad sto razy w reżyserii Ziuty Zającówny. Spektakle bellmanowskie były w Katowicach i we Wrocławiu (Wojciech Kościelniak).

Michał Moszkowicz z Leonardem Neugerem. Sztokholm.

Czy współpracowałeś z nieistniejącym już Tygodnikiem Katowickim, dobrą gazetą opozycyjną tamtych czasów?

To okres Solidarności około 1981 roku, kiedy to Wiesław Asman, już nieżyjący, założył Tygodnik Katowicki i zaprosił mnie do redakcji, gdzie pisałem cotygodniowy tekst pod nazwą Felieton nie na czasie. Pismo istniało krótko, bo do stanu wojennego.

W jaki sposób zostałeś zawodowym tłumaczem literatury szwedzkiej?

Kiedy czytałem jakiś obcy tekst i słyszałem go w ojczystym języku! Taka funkcja czysto słuchowa. Później ją utraciłem. Tłumaczyłem więcej, ale skupiłem się na trzech, dla mnie ważnych szwedzkich poetach – Bellmanie, romantyku Stagneliusie i późniejszym nobliście Tomasie Tranströmerze.

Jak wpadłeś na Tranströmera?

Dawno temu… Prof. Kleberg zaanonsował mi Tranströmera mówiąc, że to najlepszy szwedzki poeta. To był szczególny czas, bo poeta został zaproszony do Polski a tam był stan wojenny i Związek Literatów był zawieszony. Więc zadzwonił do prof. Kleberga z pytaniem – czy wobec takiej sytuacji jeździ się do Polski? Profesor odpowiedział, że się nie jeździ i poeta nie pojechał. Ale Polacy mu obiecali wydanie wierszy i Kleberg poprosił mnie o przeczytanie i przymierzenie się do tłumaczenia. Wtedy zaprzyjaźniłem się z poetą, a to było jeszcze przed wylewem jakiemu uległ. Przetłumaczyłem mniej więcej połowę jego twórczości… drugą połowę przełożyła Magdalena Wasilewska-Chmura z krakowskiej germanistyki UJ.

Czy istnieją podobieństwa między kulturą germańską a słowiańską w poezji i czy wzajemnie na siebie wpływały. Teraz z punktu widzenia tłumacza, filologa i językoznawcy.

Może raczej skandynawską a i to utrudnia, bo Finlandia to też Skandynawia. Raczej kultura nordycka. Jeżeli czytam coś po szwedzku i to jest podobne do czegoś polskiego, to nie warto tłumaczyć! Dopiero potencjał, różnica między tym co swoje a tym co obce, jest istotna. Zatem można powiedzieć, że literatura nordycka domaga się przekładów, ponieważ jest naprawdę inna.

Tu przychodzi na myśl książkowa seria skandynawska, którą wydawano lat temu czterdzieści.

Tak, w Poznaniu. A dzisiaj w Polsce i w Skandynawii programy telewizyjne, piosenki, filmy, to jest ta sama estetyka. Obszar kultury popularnej, czego w PRL-u było mało, ten obszar się teraz poszerza i w tym sensie różnice między wspomnianymi regionami maleją. Również kontekst społeczny, ekonomiczny i polityczny jest w Unii Europejskiej podobny. I jest coraz łatwiej czytać pisarzy nordyckich, ponieważ mówią o podobnych rzeczach, ale warto ich tłumaczyć, bo ciekawe różnice istnieją.

Czy te podobieństwa i różnice między tymi obszarami miały wpływ na kulturę Europy Środkowej i Zachodniej?

Te wpływy były minimalne. Ta wyrazistość szwedzka pojawiła się u Sienkiewicza w Potopie i marginalnie u Witkacego, któremu Szwecja kojarzyła się z masowym sportem, tężyzną fizyczną… Za to August Strindberg przed wojną odegrał dużą rolę w kształtowaniu dramaturgii polskiej.

Pisywałeś do polskich emigracyjnych czasopism ale również współpracowałeś z BBC…

Tak, a w sekcji polskiej BBC przez kilka lat miałem mówiony felieton, który nagrywano przez telefon.

Otrzymałeś za swoja pracę wiele nagród i wyróżnień. Proszę o nieskromnie wymienienie najważniejszych…

…prestiżowa i cenna Nagroda Szwedzkiej Akademii w roku 1989 właśnie za tłumaczenie Bellmana, Krzyż Oficerski Zasługi RP od prezydenta Wałęsy, Krzyż Komandorski od prezydenta Kwaśniewskiego, o Medalu Solidarności już wspominałem. Oraz pół roku temu Krzyż Wolności i Solidarności nadany przez prezydenta Komorowskiego z inicjatywy IPN. Nie tylko Polska mnie dopieszczała. Szwecja też. W 2013 dostałem Złoty Medal NOR.

W Polsce kaszubski jest uważany za język, w którym jest sporo słów brzmiących nawet po szwedzku. Czy mierzyłeś się z podobnym problemem w Szwecji?

Takiego przypadku jak kaszubski, w Szwecji nie ma. Są różne odmiany języka, które głównie opierają się na różnicach wymowy. Zatem czytając, można nie zauważyć, że to pisał ktoś ze Skanii. Podobnie jest z czołówką poetów modernistycznych, piszących dialektem fińsko-szwedzkim.

Byłeś pierwszym profesorem języka i literatury polskiej w Szwecji. Twój dorobek, to prace naukowe, krytyczne, Co jeszcze masz do roboty na Uniwersytecie Sztokholmskim? Jak się układała współpraca z Uniwersytetem w Uppsali?

Jestem od 2012 roku emerytem z ponad czterdziestoletnim stażem nauczycielskim. Instytut Slawistyki jest mi bliski, mam tam przyjaciół. Prowadzę tam rzadko wykłady, staram się nie odmawiać. Czasami coś napisze, zrecenzuję… Z Uppsalą współpracowałem ściśle, z prof. Andrzejem Ugglą i prof. Małgorzatą Packalen.

W latach 1995 – 99 byłeś kierownikiem literackim teatru REPLICA w Sztokholmie.

To była dobra współpraca z Jurkiem Sawką, który założył ten teatr. Zrobiliśmy kilka spektakli np. „Operetkę” Gombrowicza, za który reżyser Jurek Sawka dostał główną nagrodę na Festiwalu Gombrowiczowskim, a konkurs był międzynarodowy!

Jak często jesteś w Krakowie i jak to się ma do spotkań z przyjaciółmi? Jakie masz ulubione miejsca w mieście?

Jestem w Krakowie kilka razy w roku gdzie mam mieszkanie w którym się wychowałem, a przyjaciół spotykam wyłącznie w Nowej Prowincji na Brackiej, gdzie regularnie bywam. To są moje ulubione miejsca. Tam mi nawet urządzono benefis, wieczór kabaretowy, gdy zostałem Honorowym Profesorem Uniwersytetu Śląskiego, czyli przyjaźnie przetrwały!

Ze środowiska uniwersyteckiego z Krakowa znasz wszystkich?

Prawie. Wszystkich oczywiście z polonistyki! No i prawników, skąd najbliższym przyjacielem jest prof. Ryszard Markiewicz.

Miałeś bliskie kontakty z Czesławem Miłoszem. Jaki był prywatnie?

Kiedyś na prywatnym przyjęciu w Sztokholmie z Miłoszem wypiliśmy bardzo dużo, bo od pewnego momentu już on polewał a rękę miał ciężką. Około drugiej w nocy Carol powiedziała do męża – pamiętaj, że jutro masz być inteligentny… On natychmiast zakończył biesiadę, pożegnał się i za chwilę pojechali do hotelu, bo następnego dnia o godz. 9 miał wykład. Poszedłem na ten wykład z solidarności, z ciężką głową a Miłosz był jak skowronek! Miłosz lubił wypić i świetnie znosił alkohol. Pamięć miał wspaniałą. Z Miłoszem to były rozmowy o literaturze, jego interesowało co czytam, nad czym pracuję. Ogromna wiedza i kultura osobista.

Bywałeś na słynnych spotkaniach u Wisławy Szymborskiej…

Poznałem ją późno bo około 1986 roku. Z Szymborską również popijaliśmy, ale niewiele… no i papierosy. To były spotkania towarzyskie. Interesujące, zabawne, z wieloma ciekawymi ludźmi. Pisano o tym wiele…

Fundacja im. Wisławy Szymborskiej poprosiła mnie, żebym po koleżeńsku napisał krótki tekst do katalogu wystawy jej wyklejanek. Ta wystawa jeździ po całym świecie i mój tekst został przetłumaczony na wiele języków. Nawet na chiński. Dla mnie ogromna przyjemność!

Tutaj musisz się zgodzić na cytat z laudacji ostatniego odznaczenia Krzyżem Wolności i Solidarności, jaką wygłosił w Ambasadzie RP w Sztokholmie Janusz Korek, twój dawny student a później kumpel spod celi i internowania. Dziś emigracyjny kolega…

(…) „Dzisiaj, kiedy myślę o tym okresie, wydaje mi się, że Leon reprezentował nieznośnie lekką formę patriotyzmu i niezwykle ciężki przypadek solidarności. Jego patriotyzm był niewymuszony i przyjemny jak morska bryza, która nie narzuca innym co mają robić, nie stawia nikogo pod ścianą wstydu — lecz porywa świeżością perspektyw, bogactwem pomysłów i przyjemnym powiewem wolności. Solidarność natomiast — taka przez małe „s” — to, obok papierosów, jego największy nałóg. Nie znam nikogo, kto mógłby zarzucić Leonowi, że odszedł z kwitkiem przychodząc do niego po pomoc lub poradę”.(…)

Czy w tej chwili uważasz, że jesteś najlepszą wersją samego siebie?

Nie! Z wiekiem jestem coraz gorszą wersją. Nad tym się nie zastanawiałem… Zbliża się starość, pojawiają się choroby… Jest uznanie, które jest zjawiskiem smutnym, bo przychodzi zawsze po… Gdyby Nobla dawali awansem i… jak się nie rozwiniesz to będziesz musiał zwrócić pieniądze, to byłoby fajnie! Ale tak nie ma… Już przestałem tłumaczyć, przestałem słyszeć, mam kłopoty z oczami a poza tym są świetni tłumacze… Nie chciałem nikomu chleba odbierać i przekładałem rzeczy, których nikt w Polsce nie tłumaczył, bo by z tego nie wyżył. To były prace czasochłonne. Bellmana jakąś pieśń czy posłanie potrafiłem tłumaczyć dwa miesiące. Godzinna stawka byłaby marna…

Czym jest krakowskość? Czym się odróżnia Kraków?

W środowisku w którym się obracam jest inne tempo życia, nie ma pazerności na władzę czy na karierę jak przykładowo w Warszawie. Tak mi się wydaje. Błogosławieństwem Krakowa jest jego konstrukcja z Rynkiem Głównym jako centrum, Starym Miastem, gdzie się dużo mieści. Miasto koncentryczne. W Warszawie takiego ścisłego centrum nie ma, nie jest tak wyraziste. W Sztokholmie jest podobnie. Trzeba również pamiętać, że trochę ludzi z Krakowa wyjechało właśnie do Warszawy by robić karierę. I zrobili. Jestem zadowolony, że jestem z Krakowa…

Rozmawiał: Tadeusz Urbański

Lämna ett svar