Turystyka górska w cieniu zarazy

Szczepienia, spadek zarażeń, no to w góry, w góry, miły bracie… Tym razem wybór padł na Francuskie Alpy. Na południe od Jeziora Genewskiego, w Sabaudii, niedaleko masywu Mont Blanc i granicy szwajcarskiej.

Ale pandemię widać już na lotnisku Arlanda. Tu obowiązek noszenia maski jest przestrzegany prawie masowo, podobnie jak w Genewie, i nie ustaje w dużym hotelu Club Med, położonym na wysokim pagórze (1665 mnpm) nazwanym Grand Massif. Dotrzeć tu można samochodem, albo kolejką linową. W hotelu maski zdjąć można tylko przy jedzeniu lub degustowaniu napojów o dowolnym procencie, oraz w trakcie wędrówki czy, tym bardziej, wspinaczki wysokogórskiej. Używana w Himalajach maska tlenowa ułatwia wysiłek, nasza utrudnia oddychanie. Z procentami trzeba było zresztą uważać, bo pokusa All Inclusive okazała się duża, ale nikt chyba nie przekraczał granicy, by po odespaniu tych procentów zbudzić się następnego ranka fit for fight.

W ciągu tygodniowego pobytu uczestniczymy w kilku cało- lub półdniowych wycieczkach. Na ogół zjeżdżamy kolejką linowa w dolinę, potem autobus dowozi poszczególne grupy na wybrane trasy, o różnej skali trudności. Każdą prowadzi francuski przewodnik, lepiej czy gorzej władający angielskim. Zwracanie się do nich po francusku pomaga niewiele (dotyczy to zarówno przewodników, jak i obsługi w hotelu), bo chyba mają przykazany standardowy angielski, dla treningu językowego, a może też nie bardzo rozumieją cudzoziemców silących się na francuski. Czyli angielski staje się tu lingua franca. Zresztą w hotelu obserwujemy prawdziwą wieżę Babel. Nie wśród gości, gdzie przeważają Francuzi, lecz wśród personelu, gdzie spotyka się także Włochów, pojedynczych Polaków i Ukraińców i wszystkich obowiązuje angielski.

Wycieczki, rozpoczynające się w dolinie rzeki Giffre, w miejscowościach Samoens i Morillon, na ogół prowadzą na niezbyt wysokie wzgórza, niekiedy zalesione. Tylko trzykrotnie udało się nam zaliczyć piękne widokowo trasy, prowadzące na niewysokie punkty sięgające ponad 1800 metrów, czy raz 2100 m. Z tego ostatniego zaserwowano naszej grupie imponujący widok niezbyt odległych grani masywu Mont Blanc, na czele z królem Europy – Białą Górą (4810 mnpm). Jego połnocno-zachodnie stoki, z widoczną plamką schroniska Gouter, skałkami Grand Mulet i opadającymi z nich (dziś coraz krótszymi) lodowcami Bosson i Taconnaz, robiły z tej odległości – przy pięknej pogodzie, która w czasie pobytu rzadko nas rozpieszczała – naprawdę imponujące wrażenie.

Wyższa szkoła jazdy w postaci ścian, grani i półek zaopatrzonych w masę żelaznych sztucznych ułatwień, używanych dla asekuracji (wszystko to zwie się z włoska Via Ferrata), zachęciła trzech uczestników naszej grupy. Bodaj żaden z nich nie pamięta, a może nie zaznał uroków, Orlej Perci w Tatrach, jedynego tam szlaku prezentującego na niektórych odcinkach takie właśnie ułatwienia: metalowe klamry, łańcuchy i drabinki. Prawie każdą wspinaczkę wyobrażam sobie jednak jako staranne, intensywne i dość monotonne tkwienie nosem w ścianie, ze szkodą dla walorów widokowych wysokich gór.

Aleksander Kwiatkowski

Lämna ett svar