Disneyland dla dorosłych

W Dubaju byliśmy dwukrotnie wbrew naszej dewizie, aby unikać powtórnych odwiedzin w tym samym miejscu. Robiąc to niszczymy często pierwsze wrażenia, które bywają naj­silniej­sze. Po raz pierwszy odwiedziliśmy Dubaj w 1991 r. Pojawiły się wtedy czarterowe loty do Emiratów Arabskich. Zdarza się czasem, że nowe cele podróży znikają nie mając do­statecz­ne­go powodzenia więc Małżonek, zapalony podróżnik, natychmiast zamówił tygodniową wy­ciecz­kę do Ras Al Khaymah. Na dłuższy pobyt nie pozwalały mi obowiązki służbowe.

Tak się pecho­wo złożyło, że zaziębiłam się na parę dni przed wyjazdem. Ale choroba nie była na tyle po­wa­ż­na aby odwołać wycieczkę. Mimo złego samopoczucia podróż nie wydała mi się mę­czą­ca. Prawdziwie długim lotem była kiedyś 12-godzinna jazda z Los Angeles do Helsi­nek. Ze Sztok­­hol­mu do Dubaju leci się tylko nieco dłużej niż na Wyspy Kanaryjskie. Samolot lądo­wał w emi­racie Sharjah, skąd czekała nas jeszcze dwugodzinna jazda autobusem. Hotel przy­pominał bar­­dziej wielkomiejski przeszklony wysokościowiec niż śródziemnomorskie ho­tele. W pokoju, ze względu na klimatyzację, nie dało się otworzyć okien. Było to zrozumia­łe w kra­ju gdzie la­tem temperatura często przekracza 40 stopni. Teraz był jednak początek grud­nia i nie­co chło­d­niej.

Ranek powitał nas słoneczną pogodą. Hotel leżał przy pięknej plaży, ale większość gości od­poczywało przy basenie. Nad brzegiem morza leżało na brzuchach dwóch otyłych panów i wy­­glądało, że świetnie się bawią. Gdy podeszliśmy bliżej wyjaśnili:

– Jesteśmy żółwiami morskimi i właśnie wczołgujemy się na ląd.

Oczyma wyobraźni ujrzałam ich w ciemnych garniturach opinających się na wydatnych brzu­chach, z dyplomatkami w ręku w drodze na ważne zebranie. Ze względu na zaziębienie nie mia­­łam odwagi na kąpiel poszliśmy więc na spacer wzdłuż całkowicie wyludnionej plaży. Tylko wśród nadbrzeżnych zarośli przemykał się jakiś Arab. Główną atrakcję stanowiły wspa­­­niale muszle, którym nie mogliśmy się oprzeć. Zaskoczeniem było natknięcie się na auten­tycz­nego żółwia, niestety już bez życia. Leżał nietknięty na piasku, ogromne, brunatne cielsko o zrogowaciałej skórze bez skorupy. Nie wiadomo czy wyrzuciło go morze czy też sam, czu­jąc koniec, wy­czoł­gał się na ląd.

W hotelu mieliśmy tylko wykupione śniadania wiec  pierwszy obiad jedliśmy w jednej z nie­licznych restauracji w miasteczku. W trakcie posiłku dał się nagle słyszeć śpiewny głos z po­bli­s­kiego meczetu nawołujący muzułmanów do modlitwy. Właściciel restauracji zamknął od we­wnątrz drzwi na klucz, zasłonił okna, polecił nam kontynuować posiłek a sam zni­knął aby odpra­wić rytualne modły. Po kwadransie pojawił się i otworzył ponownie restaura­cję. Aby uniknąć podobnych komplikacji wykupiliśmy w naszym hotelu karnet na obiado-kolacje. Każdy ku­pon upoważniał do drinka w hotelowym barze. Z ciekawością udaliśmy się do baru, nie mie­liśmy bowiem doświadczenia jak funkcjonuje taki przybytek w muzułmań­skim kraju. Gdy  zamó­wiliś­my po whisky barman wyciągnął spod baru miarkę przypomina­jącą kieliszek z wklęsłą nóż­ką i nalał odrobinę płynu w jej niewielkie zagłębienie. Poziom whisky w szkla­neczce nie prze­kraczał kilku milimetrów. Wyglądało to jak niedopita resztka. Obok przy ba­rze siedziało dwóch Arabów w białych szatach. Sączyli coś ze swoich solidnie wypeł­nio­nych szklaneczek. Widocznie barman zastosował w ich wy­padku większą miarkę.

Po paru dniach nastąpiła zmiana pogody. Niestety na gorsze. Ochłodziło się, niebo zasnuło chmurami, zaczął popadywać deszcz. Było to dla nas całkowitym zaskoczeniem. Napisałam wtedy krótką rymowankę na ten temat.

„O tym nie słyszałam jeszcze,

by w Dubaju lały deszcze.

Dlatego lubię pustynie,

że pustynia z suszy słynie.

A w Dubaju zamiast lata

deszcz nam przykre figle płata.”

Aby wykorzystać czas wynajęliśmy więc samochód w celu odbycia wycieczki do Dubaju. Małżo­nek, z racji swego zawodu, projektował wtedy pola golfowe, a Dubaj znany był ze swych spe­ktakularnych terenów do golfa. Za niewielkie pieniądze podstawiono nam pod hotel ele­gan­cką limuzynę. Benzyna kosztowała grosze. W czasie wypraw samochodowych zwy­kłam sie­dzieć za kierownicą a Małżonek był przewodnikiem z profesjonalną wprawą czytają­cym ma­py i w mig rozwikłującym najbardziej skomplikowane rozwiązania komunikacyjne. Drogi w Emi­ratach miały już wtedy wysoki standard a ruch samochodowy był znikomy i, na szczęście, pra­­wostron­ny. Nie odważam się prowadzić w  krajach o lewostronnym ruchu.

Dubaj robił wtedy wrażenie zaspanej prowincjonalnej mieściny. W sklepie z damską odzieżą na stosie niedbale wyeksponowanych ubrań do­­s­t­rze­­­g­łam sukienkę z miękkiego, mięsistego dżin­­su, na całej długości zapinaną na wciskane guziczki. Służyła mi ona potem przez wiele lat. Ale ciągle obawia­łam się, że jakieś nieostrożne szarpnięcie rozepnie mi sukienkę i ukaże w publicznym miejscu w desusach i staniku. Na wszelki wypadek nosiłam więc haleczkę pod tą sukienką. Po za­ku­pach zwiedziliśmy targowisko, kryjące się w zadaszonych halach. Było nieciekawe w po­równaniu  z egzotycznymi targowiskami Marrakechu czy Tunisu. Najstarszą dzielnicę Du­ba­­ju, Deira, oddziela od reszty miasta szeroki kanał. Drewniane, grubo ociosane łodzie prze­wo­­żą chętnych na drugi brzeg. Tam przeżyliśmy szok, „złotą ulicę” czyli 200 m z naj­większą chy­ba na świecie koncentracją sklepów jubilerskich. Ulica nie miała nawet asfal­to­wej na­wierz­ch­ni, ale pod sklepy podjeżdżały luksusowe limuzyny z których wysiadały ko­bie­ty w czarnych, kry­­­jących kształty burkach i zasłoniętych obliczach w towarzystwie męż­czyzn w tradycyj­nych, nieskazi­tel­nie białych szatach. W sklepie, podczas zakupów, ko­bie­ty odsłania­ły jednak twarze. W gablotkach eksponowano ogromną ilość wyrobów, nie­stety o prze­sad­nie wymyślnych kształtach i ze złota o silnym czerwonawym odcieniu. Oso­biście wo­lę prost­sze modele o mniej jaskrawej barwie. Nie był to jednak jedyny po­wód, że ogra­ni­­czy­liśmy za­kupy do skromnego łańcuszka z breloczkami symbolizującymi wia­rę, nadzieję i mi­łość. Wkrót­ce miał się odbyć chrzest mojej kilkumiesięcznej brataniczki i Małżonek, jako ojciec chrzestny, potrzebował na tę uroczystość odpowied­ni prezent. Ciekawe, że w tym mu­zuł­mań­skim kraju nie było problemu z kupnem chrześcijańskiego krzyżyka.

Pole golfowe leżało na obrzeżach Dubaju. Uprzejma hostessa, dowiedziawszy się o zaintere­sowaniach Małżonka, natychmiast zamówiła elektryczny pojazd z szoferem, który obwiózł nas po terenie. Całe założenie rzeczywiście zapierało dech. Już sama niekończąca się, soczy­ście zielona murawa musiała być nie lada osiągnięciem w tym pustynnym kraju. Każde drze­wo, krzak czy kwiatowa sadzonka miały własną nawadniającą rurkę. Jechaliśmy malo­wni­czym, miękko falującym terenem mijając białe mostki, oczka wodne pełne złotych  rybek i stada różowych flamingo. Widoczny z oddali lśniący bielą klub golfowy zaprojektowano w kształcie ogromnego be­du­ińskiego namiotu. Nieco dalej bielił się nieco mniejszy, prywatny namiot szejka. Małżonek mógłby wykorzystać ten pomysł pro­jektując pole golfowe w La­ponii z namiotem ze skór reniferów. Niestety sezon golfowy byłby w Laponii zbyt krótki.

Podczas pobytu Małżonek pozwolił sobie na drobny żart. Tak zachwycił go tradycyjny męski strój arabski, że nabył długą, śnieżnobiałą szatę, chustę z ozdobnym, ciemnym sznurem oraz ple­­cioną czapeczkę, którą nosi się pod chustą na czubku głowy i tak przebrany wybrał się ze mną na przechadzkę. Mijające nas kobiety z ciekawością rzucały okiem na mego towarzysza po ­czym zaczynały szeptać między sobą i dziwnie się uśmiechać. Coś się musiało nie zdradzać bowiem natychmiast rozpoznawały falsyfikat. Może broda Małżonka nie była wystarczająco długa, albo oczy zbyt niebieskie, a może ja nie pasowałam jako partnerka dla Araba. Obecnie nie od­ważylibyśmy się na taką maskaradę.­ Relacje pomiędzy muzułmanami a naszą sferą kul­turową zaogniły się po brutalnym zamachu 11-go września. Nasi rodzice dzielili czas na okres przed i po wojnie. Dla nas podziałem czasowym jest zamach. Kiedyś mijając me­czet w Duba­ju w czasie rytualnych modłów Arabowie zachęcali nas uśmiechem i przyjazny­mi gestami, aby się do nich przyłączyć. Nie chciałam tego robić. Jako chrześciaczka czuła­bym pewien dys­komfort wśród wyznawców islamu. Odwzajemniając uśmiechy wskazywaliśmy więc na ze­gar­ki dając do zrozumienia, że się nam śpieszy. Teraz podobna sytuacja nie mogła­by za­ist­nieć. Muzułmanie wypowiedzieli nam wojnę, Jihad, co jest to wielką tragedią naszych cza­sów.

Dwie dekady później odwiedziliśmy Dubaj ponownie w drodze na rejs statkiem wy­cie­cz­ko­wym wokół Półwyspu Arabskiego. O Dubaju słyszy się teraz wiele. Będący aktualnie przy wła­­dzy szejk obawiając się, że złoża ropy naftowej, jedynego bogactwa naturalnego Dubaju, wkrótce się wyczerpią, postanowił zainwestować w nowe źródło dochodu, spektakularne atra­k­cje tury­s­tyczne na podobieństwo gigantycznego Disneylandu. Nadążyła się więc doskonała okazja aby je obejrzeć i przeznaczyliśmy na to trzy dni poprzedzające rejs. Już w drodze z lot­niska do miasta nie poznaliśmy dawnego Dubaju. Szerokie autostrady, wielopoziomowe skrzy­­żo­wania i śmiała architektura nadawały miastu charakter nowoczesnej metropolii. Nie odważy­ła­bym się już teraz prowadzić tam samochodu. Dla wygody biuro podróży wybra­ło nam hotel niedaleko portu i terminalu pasażerskiego. Hotel miał podobno cztery gwiazdki ale nie oślepi­ły nas one swym blaskiem. Dubaj posiada obecnie szereg superluksusowych hoteli i nawet te skromniejsze mają wysoki standard i umiarkowane ceny. Nasz hotel prowadzili Hin­dusi i w jakiś sposób uzyskał on hinduskie piętno. Robił wrażenie przeludnionego mimo iż gości było niewiele, wystrój wnętrz kłócił się z europejskim poczuciem estetyki, w jadalni podczas śnia­dania panował chaos a obsługa lekceważyła prośby o uzupełnienie potraw braku­jących na bu­fetowym stole. Ale w końcu nie to było najważniejsze. Czekały nas przecież trzy dni nadzwyczajnych przeżyć.

Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na obejrzenie nowego, najwyższego na świe­cie drapacza chmur, Burj Khalifa, który dopiero przed czterema dniami udostępniono dla turystów. Tak­sów­ka miała dowieść nas do Downtown, centrum Dubaju. Droga nie była długa, ale kiedy kie­­­rowca, Pakistańczyk, po raz czwarty zaczął okrążać centrum nie umiejąc wjechać do środ­ka, poprosiliśmy, aby się zatrzymał i resztę drogi pokonaliśmy pieszo. Centrum nie było jesz­cze wykończone. Trwały prace  przy urządzaniu klombów, sadzeniu zieleni i kwiatów oraz in­­sta­lacji siatki nawadniającej. Już na początku popełniliśmy zasadniczy błąd. Zamiast na­tych­­­m­iast udać się do kasy, aby kupić bilety wstępu do wysokościowca zaczęliśmy zwiedzać sa­mo centrum, malo­wniczo położone nad kanałem z fantazyjnym systemem fontann. Ogrom­na ga­leria hand­lowa, sala kongre­sowa z dachem najeżonym dekoracyjnymi kolcami, luksuso­wy, tonący w zieleni hotel, wszystko  połą­czone zmyślnymi przejściami i mostkami i górująca nad wszyst­kim dramatyczna sylwetka dra­pa­cza chmur, oszałamiały nowoczesnością, rozma­chem i śmiałymi rozwiązaniami przestrzennymi.

Nie jestem entuzjastką zakupów, ale podążając za innymi znaleźliśmy się nagle wewnątrz ga­lerii. Zwykłam mawiać, że jeśli widziało się jedną galerię widziało się je wszystkie. I ta gale­ria przypominała inne, ale było w niej więcej przestrzeni. Może dlatego, mimo dużej ilości tu­ry­s­tów i tradycyjnie ubranych arabskich par, nie sprawiała wrażenia zatłoczonej. Wtedy nie wie­dzieliśmy jeszcze, że jest to największe centrum handlowe nie tylko w Dubaju ale i na świe­­cie. W ogrom­nym atrium tłoczyły się filie największych domów mody od Giorgio Arma­ni do Ermenegildo Zegna, czyli od A do Z. Skuszona pięknem eksponowanych pantofelków po­sta­nowiłam zwie­dzić butik Manolo Blahnika, legendarnego projektanta damskiego obuwia. Obu­wie nie jest właściwym słowem, bowiem każdy model stanowił absolutnie doskonałe dzie­­­ło sztuki. W ga­blotkach, jak w muzeum, kusiły oczy pantofelki na niezw­y­kle wyso­kich obcasach i we wszystkich kolorach tęczy, błyszczące i matowe, ozdobione metalem, piórami, puchem lub artysty­cznie wycinaną skórą, strasem a może nawet, sądząc z ceny, szlachetnymi ka­mie­nia­mi, w kropki i w kratkę, w centki i w kwiatki a wszystkie uformowane tak aby pod­kreślić piękno damskiej stopy.  W katalogu można było obejrzeć jeszcze więcej modeli deli­katnie wy­­czaro­wanych piórkiem, a każdy z nich, oprawiony w ramkę stanowiłby ozdobę naj­bardziej wy­t­wo­r­­­­nego wnętrza. Za­ku­py nie wchodziły w rachubę, ceny wahały się pomię­dzy 500 a 2500 euro.

Największą atrakcją galerii było jednak przeogromne akwarium, wysokie na dwie kondygna­cje i zajmujące cały narożnik atrium. Nigdy przedtem nie widziałam tak bogatego podwodne­go świata. Wśród żyjących korali i roślin wodnych przepływały majestatycznie wielometro­we ryby, tuńczyki, rekiny i płaszczki, migotały srebrem stada mniejszych rybek, wędrowały po dnie kraby i homary rozmaitych kształtów i kolorów. Zoczyliśmy nawet płetwonurka wy­ko­­nu­jącego prace porządkowe na dnie. Rekiny podobno kar­miono regularnie, aby nie polo­wały na sąsiadów. Bogactwo form było przeogromne, podobno ponad 30 000 okazów należących do 80 róż­nych gatunków. Nie mogłam jednak pozbyć się natrętnej wizji pękających pod na­porem ścia­n akwa­rium i 10-ciu milionów litrów wody płynącej ulicami galerii zatapia­jącej zszokowanych ludzi wśród krwiożerczych rekinów i piranii. Może kiedyś ujrzymy na ekra­nie taki dreszczo­wiec.

Aby uniknąć wszelkich pokus i i uwolnić się od makabrycznych fantazji opuściliśmy galerię i udaliśmy się do Burj Kalifa po bilety wstępu. Najwyższy budynek świata przypominał gigan­tyczną wiązkę metalowych, segmentowanych pa­łe­czek, jakie stosują wykładowcy przy pre­le­k­­cjach, a może raczej ogromną piramidę wysmuk­łych, me­ta­lowych, coraz to węższych pu­szek. Szczyt tego giganta o wysokości 828 m z je­go164 pię­t­ra­mi najwygodniej było obser­wo­wać w pozycji leżącej. Przed kasami wił się mean­der niekończącej się kolejki i po ponad go­dzinnym oczekiwaniu wręczono nam nieprzy­zwoicie drogie bilety uprawniające do jazdy win­­dą, niestety dopiero późnym wieczorem. Po­cieszaliśmy się, że z wysoka Dubaj by night może by ciekawszy niż Dubaj za dnia. A teraz należało się posilić. Nie jestem entuzjas­tką arab­skiego jedzenia, ale odpowiada mi kuchnia libańska. Zajęliśmy więc stolik w ogródku li­bańskiej re­stauracji z widokiem na kanał i fon­tanny. Ciepłe danie podano nam w towarzys­t­wie półmiska ze stertą artystycznie zaaranżo­wa­nych surowych, nie podzielonych na części jarzyn. Wyglą­dały na deko­rację, ale widząc goś­ci przy sąsiednim stoliku atakujących nożem i widelcem główkę sałaty uczyni­liśmy to sa­mo. Zapadał zmierzch i fontanny rozpoczęły swój kolejny po­kaz strzelając w górę strumie­nia­mi podświetlonej wody zmieniającej nieustannie formę, koły­szącej się jak w balecie w takt  muzyki.

O wyznaczonym czasie powróciliśmy do wysokościowca aby dołączyć się do tu­rystów czeka­ją­cych na windę. Po chwili byliśmy w drodze na 124, najwyższe piętro dostępne dla zwie­dza­jących. W nieświadomości mijaliśmy poziomy miesz­czące pomieszczenia biurowe, luk­­su­so­wy hotel Armani i apartamenty mieszkaniowe. Jazda trwała zaledwie minutę. Po wyj­ściu z windy znaleźliśmy się na tarasie widowiskowym biegnącym wokół budynku. Taras po­siadał wysoką przeszkloną barierę, aby nie kusił samobójców. Panował już całkowity mrok, było chłodniej niż na dole, wiał silny wiatr a budynek, będący na tej wysokości już tylko po­jedynczym smukłym segmentem, lekko się kołysał. Widok okazał się wielkim rozczaro­wa­niem. Przygotowani na orgię blasku ujrzeliśmy miasto jarzące się skąpym, zimnym, niebieskawym światłem. Widocznie mieszkańcy stosowali jarzeniówki i do tego oszczędzali ele­k­t­rycz­ność. Szkielety wielu nieukończonych budynków były nieoświetlone. Tylko na dźwigach  bu­dowla­nych migały pojedyncze, ostrzegawcze lampki. Dubaj, podobnie jak i inne kraje sil­nie odczuł kryzys ekonomiczny i wiele inwestycji zostało wstrzymanych.

Program dnia następnego obejmował zwiedzanie innej atrakcji, stoku narciarskiego, Ski Du­bai, pod dachem galerii handlowej Mall of Emirates, gdzie najprościej dojechać met­rem. Za­sko­czyło nas wielce, że metro było tego ranka nieczynne i miało kursować dopiero od połud­nia. W centralnej części Dubaju metro jeździ pod ziemią, potem wychodzi na powierz­chnię i jedzie dalej na betonowej estakadzie. Z dala ujrzeliśmy znajome pola golfowe, ale re­sz­ta pod­miejskich terenów wyglądała na niezagospodarowaną. Tylko przy stacjach metra wzno­siły się gęsto ustawione wysokościowce mieszczące biura i apartamenty mieszkaniowe. Jedna z ta­kich aglomeracji mogła się poszczycić własnym portem jachtowym. Zewnętrzny wystrój ga­le­rii handlowej nie zachwycał architekturą, ale widok górskiego krajobrazu w pełnej zimo­wej szacie zdawał się być pustynną fatamorganą. Za ogromną szybą po stromym stoku o dłu­gości 400 m, wysokim na 85 m szusowali slalomem narciarze. Ciepłe stroje były podobno do wy­na­jęcia przy wejściu. Na szczyt prowadził wyciąg krzesełkowy, na oślej łączce ćwiczyli mniej sprawni narciarze, część stoku przeznaczono tor saneczkowy a w sek­torze najbliżej szy­by nie­ustannie prószył śnieg. Nie wiadomo czy z rzadka stojące drzewa iglaste były praw­dzi­we czy sztuczne. Mimo różnicy temperatur – za szybą mu­siało być po­niżej zera – udało się uniknąć tworzenia mgły na ścianach. Bary i restauracje usytuo­wane z wido­kiem na stok pełne były goś­­ci. Stok narciarski nie stanowił wyłącznie atrakcji turys­­tycz­nej tylko dawał okazję miesz­kańcom do zakosztowania białego szaleństwa nie wyjeżdżając z kraju.

Trzeci i ostatni dzień pobytu przeznaczyliśmy na zwiedzenie sztucznej wyspy w kształcie pal­my, Palm Jumeirah. Taksówka zawiozła nas, poprzez podwodny tunel, na szczyt wyspy a ra­czej na falochron otaczający palmę, gdzie wznosił się monu­men­­talny hotel Atlantis przypo­mi­nają­cy bajkowy zamek. I tu w parterowej jego części mieś­ciło się ogromne akwarium, jednak zro­biło ono na nas, już nieco zblazowanych turystach, mnie­jsze wrażenie niż to pierwsze. Ale, mó­­wiąc szczerze, poza hotelem nie było tam nic interesu­ją­cego. Drogę powrotną odbyliśmy ko­lejką jednoszynową. Jazda nic nas nie kosztowała, po­nieważ bilet kupowało się jadąc na wyspę, powrót był za darmo. Z okien kolejki mogliśmy z bliska przyjrzeć się pierzastym liś­ciom Palmy. Przez środek każdego półwyspu prowadziła droga dojazdowa a po obu jej stro­nach ciągnęły się szeregi willi o piaskowej barwie, mniej­szych i większych, ale utrzymanych w tym samym stylu. Każda willa miała dostęp do skraw­ka prywatnej plaży. Przy tej gęstości zabudowy przydomowe ogródki były symboliczne i tyl­ko już zamie­szka­łe wille otaczało nie­co zieleni, ale nie zdołała ona zmienić jednostajnego pia­s­kowego ko­lo­ry­tu całe­go założenia. Przy stacjach kolejki projektowano lokalne centra hand­lo­­we;  prace nie prze­kroczyły wtedy jeszcze etapu głębokich wykopów.

Dubaj posiada piękne miejskie plaże, Jumeirah Beach Resort, gdzie usytuowana jest więk­sz­ość hoteli.  Podczas pierwszego pobytu nie dotarliśmy nigdy do wybrzeża. Naj­bar­dziej zna­ny hotel, Burj Al Arab, mający kształt żagla stał się tym dla Du­baju co wieża Eiffla dla Pary­ża, symbolem miasta. Hotel nie posiada pokoi tylko apartamenty, każdy z pry­watnym loka­jem, który dba o wygodę gościa. Hotel ma stan­dard Deluxe czyli absolutny luksus, ale nie mo­ż­­­na go zwie­dzić. Aby wejść do wnę­trza należy być albo rezydentem albo za­mówić stolik w bajoń­sko dro­giej restauracji. Cena naj­­skro­m­niej­szego posiłku, five o clock tea, odpowiadała wtedy niemal 100 euro.

Dubaj planował następną monumentalną atrakcję The world, archipelag sztucznych wysp two­­­rzący kraje i kontynenty, czyli świat w miniaturze. Najbogatsi z bogatych mogli stać się właścicielami wybranego kraju i imponować otoczeniu. Niestety kryzys finansowy zwolnił tem­po tej ambitnej i niezmiernie kosztownej inwestycji. Próbowano przyspieszyć budowę, ale odbiło się to na jakości.  Wyspom nie dano czasu, aby okrzepły, a falochron, który miał otaczać całość nie został zbudowany.  Wyspy powoli ulegają rozmyciu i toną.

Pobyt w Dubaju dobiegał końca. Późnym popołudniem wzięliśmy taksówkę aby dojechać do terminalu pasażerskiego w porcie, gdzie czekał nasz statek. Widzieliśmy go na­wet z oddali. Jazda nie powinna zająć więcej niż 10 minut. Taksówkarz, i tym razem Paki­stań­­czyk, musiał przyjechać niedawno do Dubaju. Po półgodzinnym krążeniu po nadbrzeżu zorie­n­­towaliśmy się, że nie zna drogi. Próbował dzwonić do centrali po instrukcje ale na nic się to nie zdało. Ka­zaliśmy zatrzymać wóz, wysiedliśmy zabierając bagaże i odmówiliśmy za­płaty. Nie wy­wią­zał się przecież z podjętego zadania. Chwycił się wtedy za głowę i zapro­te­stował, ale bez przekonania, raczej dla zasady. Byliśmy nieugięci. Po chwili nadjechała inna taksów­ka i nie­dłu­go potem, już bez żadnych przygód, znaleźliśmy się na pokładzie naszego wy­ciecz­kow­ca. Czekał nas wspaniały rejs, ale to już jest inna historia.

Teresa Urban

November 2013

FOTO: © CC0 Public Domain

Lämna ett svar