Parasolki w Sopocie

Słowo „parasolki” wywołuje wspomnienie popularnego kiedyś filmu Parasolki z Cherbourga. Może to melodia, wpleciona w story filmu owiała banalną historyjkę miłości i rozstania dwojga młodych ludzi, jakimś ckliwym-słodkim poczuciem smutku. Melodia prosta, powtarzająca swoje la-la-laa-lalala…. w kółko, niby mantry, może w końcu wycisnąć łzy z oczu i roztkliwić na dobre. Chyba właśnie za to pamięta się ten film.

Dużo głębszej treści można dopatrzyć się w drugiej połowie filmu gdy główna bohaterka, pod wpływem bezwzględnych praw życia, trzeźwieje z miłosnego omamienia. Bajka o panience, córce właścicielki sklepu z parasolkami i młodzieńcu z warsztatu samochodowego jako zakochanej  do szaleństwa pary, kończy się z chwilą gdy młodzieniec zostaje powołany do wojska, podczas drugiej wojny światowej. Dziewczyna, pomimo zapewnień, nie umiera z tęsknoty za ukochanym. Jest w ciąży i stan w jakim się znalazła powoduje zmiany w jej sposobie myślenia. Odczuwa lęk przed samotnością i potrzebę zapewnienia sobie i dziecku poczucia bezpieczeństwa. To życzenie się spełnia, wychodzi za mąż za bogatego, dobrego i zakochanego w niej człowieka. Wszystko w tym filmie dzieje się zupełnie inaczej niż marzyło się nam na jego początku. Ostatecznie następuje spotkanie dawnej pary. Ona zajeżdża eleganckim samochodem pod stację benzynową, On zaprasza ją do środka i następuje krótka., sucha wymiana słów. Oboje są zadowoleni ze swego obecnego życia. Jej się dobrze powodzi (zapomniała o parasolkach), On stał się właścicielem wymarzonej stacji benzynowej. Marzenia częściowo się spełniają, choć tylko te na które życie pozwoli. Życie.. silniejsze nawet od miłości. Ostatni obrazek: Ona wraca do samochodu gdzie siedzi wymachująca rączkami córeczka, On stoi przed stacją do której zbliża się jego żona, powracająca z zakupów i mały chłopczyk wybiega w rozwarte ramiona tatusia. Nie wiadomo czy tu płakać, czy się cieszyć. Może dobrze jedno i drugie.

Niepokoić się trochę można z powodu Parasolek. Są w tytule, powinny odegrać jakąś rolę a tu nic poza tym, że panienka i jej mama prowadziły sklep z parasolkami, że panienka marzyła aby w przyszłości prowadzić ten sklep ze swym ukochanym. Chyba egzystuje logika   przeznaczenia. Czy da się osadzić mechanika samochodowego w sklepie parasoli a romantyczną dziewczynę w stacji benzynowej? Czyżby to Parasolki coś zmajstrowały??  Nadałoby to, ich roli, większego znaczenia.

Sopockie Parasolki są mniej tajemnicze i chętnie wzięłyby udział w jakiejś romantycznej filmowej historii. Korci mnie aby machnąć jakiś scenariusz, może już jest a ja nic o tym nie wiem bo siedzę tutaj zakopana w śniegu. Eh, nic straconego, może ktoś mnie wyręczy. Pomysły „chodzą po ludziach”, przechodzą z jednego na drugiego. Taka jest prawda. Póki co Parasolki Sopockie już od dawna są sławne dzięki Parasolnikowi. Powszechnie znany właściciel  małej wytwórni i sklepiku z parasolkami przeszedł do historii Sopotu pod nazwą: Parasolnik. Mały człowieczek, już za czasów PRL-u, potrafił wzbudzać sensację swoim ekstrawaganckim ubiorem odbiegającym od powszechnie przyjętych norm. Sprawiał wrażenie trochę podeszłego w wieku klowna. Jego barwna postać, niby wezwanie dla wszystkich komunistycznych ponuraków i pozbawionych tolerancji szaraczków, przechadzała się często po „Monciaku”, czyli po ulicy Monte Casino, głównym deptaku Sopotu. Czasem zagadywał do kogoś i cieszył się gdy mógł z kimś pogawędzić. Nie zrażał się tym, że wielu przechodniów omijało go z zażenowaniem, nie wiedząc jak zareagować na takiego dziwaka. A on uważał ulicę sopocką za swoją i Sopocian za bliskich. Tak już pozostał na zawsze  w swym  ukochanym miejscu – wykuty z brązu. Parasolka, uwieczniona nad jego głową. …….

Parasolnik i Parasolka Sopocka.

Gdyby zaszła potrzeba wytłumaczenia dzieciom co to jest parasolka i do czego służy, to wyglądałoby to tak: „jest to przedmiot, który ma za zadanie ochraniać człowieka przed nadmiernym działaniem promieni słonecznych lub deszczem. Można porównać jego budowę do grzyba, na przykład do kani, zwanej również parasolnikiem. Wysoka rączka, jak trzon u kani i na górze niby kapelusz , tylko dużo większy, bo czasem jego średnica wynosi aż 100 centymetrów. „Kapelusz” parasolki naszych czasów, to napięta impregnowana tkanina umocowana na specjalnych metalowych szprychach, promieniście ułożonych pod tkaniną. A metalowe pręty podłączone elastycznie do szprych, na jednej trzeciej ich długości (od góry),  umożliwiają zamykanie i otwieranie parasolki. Dzieje się to za sprawą przesuwania kółka nawleczonego na długiej rączce i przymocowanych do niego końcówek prętów. Do góry –parasol otwiera się, na dół – parasol zamykamy. Taki „wykład” powinien być poparty demonstracją parasola aby przybliżyć dzieciom występowanie praw fizyki jakie decydują o użyteczności tego przedmiotu. Myślę że jest to w miarę dokładny opis  parasolki, takiej jaką znamy w naszych europejskich krajach. Mam przed sobą książkę „O sztuce Japonii”, przedstawia i opisuje porywająco piękną sztukę tego kraju. Parasolki też są tam uwiecznione. Może piękniejsze, chyba nie tak praktyczne i lekkie jak nasze, ale wrośnięte w japoński krajobraz. Raz służą by chronić człowieka przed słońcem, drugi raz przed deszczem. Francuzi nazywają przeciwsłoneczne parasolki „parasol” a przeciwdeszczowe „paraply” (parapliuie). W naszym Kraju przyjęła się nazwa „parasol” ……na pogodę i na deszcz. Pomimo że taka nazwa, przyjęta z języka francuskiego, wskazuje wyraźnie iż odnosi się do ochrony przed promieniami słonecznymi, pomimo tego, nie przyjęło się określenie „paraply” do ochrony przed deszczem.

W związku z tym, już jako dzieci, przyjmujemy słowo parasol jako oczywistą nazwę przedmiotu chroniącego nas przed deszczem. Pamiętam jeden taki obowiązkowy popis naszej  dziecięcej trójki przed gośćmi: „Gdy deszcz pada, trudna rada—-trzeba stać pod parasolem—a deszcz szmerem kropel gada— i wędruje lasem, polem…” staliśmy tak pod „parasolem” i recytowaliśmy. Goście udawali że są zachwyceni, mama była uszczęśliwiona i nikomu nie przyszło na myśl aby zauważyć jaka niedorzeczność kryje się w takim występie.

Domyślam się, że takie nie właściwe zaadoptowanie francuskiego słowa „parasol” dla ochrony przed deszczem ma historyczne podłoże. Filmowe, artystyczne malarskie przekazy i inne na przestrzeni osiemnastego i dziewiętnastego wieku przedstawiają kobiece postaci z parasolkami. Na przykład John Singer Sagent, Claud Monet a podobno nawet Anders Zorn uwiecznili je na swoich obrazach. Opalenizna nie należała do wymaganych ówcześnie atrybutów urody. Parasolki chroniły twarze kobiet przed bezpośrednim działaniem promieni słonecznych. Były piękne, często dopasowane do sukien czy ubiorów. Dużo mniejsze od nowoczesnych parasoli. Nadawały urok i nastrój chwilom spędzanym na spacerach, choćby  w Łazienkach Warszawskich,  nad wodą, w kurortach czy na plaży. Gdy urok opalenizny wyparł z mody trend „białych twarzy” i kobiety zaczęły porzucać role czarodziejskich, zwiewnych istotek – lalek, mijał równocześnie czas chwały parasolek. Pozostały i nie straciły na popularności duże parasole o średnicy często ok. dwóch metrów, ustawiane na plażach.

Na tym kończy się historia o prawdziwych parasolkach, ale pojęcie: PARASOL nabrało trochę innego, od pierwowzoru, znaczenia i jest w naszych czasach symbolem, używanym jako zabezpieczenie, ochrona, osłona obronna itp. Na przykład już w 1944 roku, podczas Powstania Warszawskiego, jedno zgrupowanie powstańcze obrało nazwę Parasol. Czyli

chroni teraz nie tylko przed słońcem czy nawet przed deszczem ale przed nieszczęściem, przed wrogiem, przed niekorzystnymi zmianami itp. Może być budowane  przez  banki, różne instytucje, organy państwowe jako zabezpieczający system organizacyjny.

Tak rozszerzone pojęcie słowa parasol, minimalizujące pierwotne znaczenie ochrony przed promieniami słonecznymi (sol) zawiera dużo głębsze treści. Usprawiedliwia też i daje możliwość akceptowania nazwy tych „zwykłych parasoli” ochraniających przed deszczem. Takich, na przykład, jakie produkował Sopocki Parasolnik. Większych od swoich prapra-sol-ników, nie takich barwnych, ale solidnie osłaniających głowy i ramiona. Można polubić spacer w deszczu pod parasolem i zatańczyć w kałuży… z Fredem Astairem. (I’m dansing i the rain, la, laaaaaa, la,la la,la…..) .

Widzi mi się taki karnawał deszczowy w Sopocie, na przyszłą jesień, ku pamięci Parasolnika i wszystkich dziwolągów pozytywnie zakręconych.

Teresa Järnström Kurowska

Artykuł publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2011 roku

 

Lämna ett svar