ZYGMUNT BARCZYK: Na Maryjnej (fragment powieści)

Zapatrzył się w ulicę. Kiedyś znana jako deptak prostytutek, dziś postsocjalistyczne soho, rozrywkowy pasaż miasta. Droga zmierza prosto ku schodom Kościoła Mariackiego, który ją zwieńcza. Tyle że dziś, wzdłuż uszminkowanych fasad budynków, zamiast krzywych chodników, prowadzi tam szpaler ogródków piwnych, a w każdym z nich stoliczek za stoliczkiem, w poetyce „nakryj się!”. Naczyniami ze złocistym płynem.

Piotr pomyślał: „Jeden pint i dalej wio”. Zasiadł. Pint pojawił się na stoliczku natychmiast. Zauważył dwoje starszych ludzi, mężczyznę i kobietę, na kolanach sunących w kierunku Kościoła. Nie zważając na grupki roześmianych deptakowiczów, skupieni na sobie, co jakiś czas zatrzymywali się, spoglądając raz za razem na sylwetę odległej wieży Kościoła. Przechodnie omijali ich, udając że nie zauważają klęczących postaci.

Pokuta. Tego słowa Piotr już od dawna w sercu nie nosił. Pokutnicy właśnie go mijali. Wciąż na kolanach. Potrwało niezłą chwilę, zanim minęli jego ogródek. Kobieta pchała przed sobą szmacianą torbę, mężczyzna dzierżył w ręku kaszkiet. Idą odkupić winy. Piotr czknął. Zawstydził się. Kiedy ostatni raz myślał o swoich winach? Dawno temu. Zrozumiałe. Niby czemu miałby się dołować pod ciężarem winy, skoro poniekąd był niewinny. Tak jak i ten świat. Automatycznie niewinny. Zdziwił się, że zdobył się na taką buńczuczną refleksję. Dopił piwo i westchnął ponownie, spoglądając na posuwających się miarowo pątników. Tak, jego świat jest niewinny. Po prostu niewinny. A dlaczego? Wypełnia go bowiem technologicznie zaprogramowany pragmatyzm. Wszystko wpasowane jest w ramki. Z góry wiadomo, co jest na rzeczy, a co nie. Większość ludzi, również on sam, nie czyni w tym świecie niczego szczególnie podłego ani niczego osobliwie wspaniałego. Po prostu żyje w ramach procedur i w kleszczach mechanizmów, na których bieg nie ma wpływu. On Szwecji, jego przyjaciele tu w Polsce. Pole manewru z góry wyznaczone, busola moralności do niczego się nie przydaje. Takie czasy. Czasy postwszystkiego. Życie biegnie pośród znanych algorytmów i oswojonych zwyczajów, miejsca na zryw i szlachetne czyny w nim niewiele. Ciemności wyparte. Skala dobra i zła zatarta. Nieprzydatna. Liczy się sprawność – i już. By wszystko biegło na automacie. Za co się zatem biczować? Czemu się poświęcać? Wszystko w tym życiu jakoś tak względnie jest godziwe, nawet jeśli ta godziwość bywa dość rozciągliwa. Inaczej niż w czasie wielkich wyzwań i przewrotów. Jedynie w telewizji ekstrema polityczna, z lewej i prawej, udaje różne rzeczy, by zachować przywileje, bądź dobić się do władzy. Jego znajomki są już gdzie indziej.

Za jakie niecności miałby dziś przepraszać, jakich zaniechań się wstydzić, skoro nie ma miejsca na uczynienie krzywdy. Jak zostać szubrawcem w świecie pospolitych nieprawości, prostych przekrętów, zrozumiałych przewałów, drobnych odchyleń od normy. Jak zostać świętym, skoro nie bardzo jest jak interesująco grzeszyć. Wszyscy jesteśmy tu teraz kompetentni i spolegliwi. I już. I tam, gdzie Piotr mieszka, i tu, dokąd czasem przybywa.

Wypił kolejne tyskie ponad syskie, duszkiem do dna. A że z monologu wewnętrznego był kontent, nowy pint pojawił się na stoliczku. Takie są tutaj te stoliczki. Męczyło go zwykle uporczywe rozmyślanie, ale teraz czuł, że na coś musi się zdobyć. Zrobić coś, co wyjdzie poza codzienną rutynę. Już wie. Musi się wyspowiadać. Tak, właśnie. Wyspowiada się z grzechu Niedostatecznej Troski. Z grzechu Powierzchowności, z grzechu Braku Uwagi, z grzechu Notorycznej Miałkości. Czy warto pokutować za takie grzechy? Cóż zatem ma wyznać Najwyższemu?

Nie zamówił kolejnego piwa. Wstał, zapłacił, kątem oka zauważył, że kobieta na przejściu przez jezdnię nie powstała z klęczek. Szurała kolanami po zebrze. Mężczyzna zaś wstał, przemknął przez jezdnię, opadł na kolana i ruszył ku kościelnym schodom. Wysforował się na prowadzenie. Piotr stał przy stoliku, jakby nie wiedząc, gdzie ma postawić kolejny krok. Wracały zmierzwione myśli. Czy uczynił kiedykolwiek coś z determinacją? Tak. Kiedy wchodził w solidarnościową robotę. I potem na „barykadę”. Zrobił to, chociaż bał się milicji, przesłuchań, bicia pałką, celi więziennej – wszystkiego się bał. Dlaczego więc? Ano dlatego. Lubił przygody. I owe słynne miraże swobody. Wolność oczarowywała, nawet jeśli była tylko złudą wierutną. A było wtedy… wyzwoleńczo! Wyzwalająco! Czyli pysznie.

Kobieta znów wyprzedziła mężczyznę. Piotr mógł dojrzeć, jak zaczyna wspinać się po schodach Kościoła. Westchnął uroczyście. Trzeba się brać w drogę. Kiedy minął kolejny ogródek piwny, zauważył Giordana. Nie pamięta, skąd ta ksywa, od lat używana, może stąd, że ma na imię Bruno i masę dziwnych pomysłów, jak na Bruna przystało. Giordano to naukowiec – prawnik i lingwista-hobbysta. Tworzy słowniki z tłumaczeniami różnych narzeczy afrykańskich na polski i odwrotnie. Zwykle via francuski i angielski. Ma w swoich dokonaniach słowniki wulgaryzmów w różnych językach.

Giordano siedział z kompanami przy stoliku naprzeciw klubu muzycznego.

– Kamman, kammerat – usłyszał Piotr. Zapraszający gest Giordana i życzliwe kiwki jego kompanów, uzbrojonych w futerały na gitary, zachęciły do skoku przez płot. Chociaż wiedział, że tym skokiem do historii nie przejdzie, ucieszył się z tego  spotkania. Giordano, młodszy od Piotra o kilka lat, od szczeniaka szwendał się z nim po artystycznych piwnicach i teatrzykach. Ostatnimi laty pomieszkiwał w Londynie, parał się tam jakimś projektem naukowym. Nagle postanowił zerwać z pracą na uczelni i zająć się promocją bluesa.

– Gramy tu dzisiaj koncert, w tym klubie. Przyjdziesz? – spytał, wskazując na trójkę siedzących z nim bluesmanów.

– Giordano, czy to prawda, że rzuciłeś robotę naukowca?

– A rzuciłem. Naukawcem, nie naukowcem byłem, i dość tego. Badactwo owadzich nogów, że posłużę się klasykiem, już mi obrzydło. I cały ten pseudonaukowy sztafaż. Po Londynie, kiedy tu wróciłem, nie dało się żyć. Im kto mniej co potrafi, tym bardziej się puszy i handryczy. I ta walka o pieniądze na badania. Prostytucja. A jakie to pieniądze? Dupiaste. I na co mi ten prowincjonalny grajdoł i jego miraże? A ile nam zostało, Peppe? No powiedz, ile nam zostało, żeby na niepoważne rzeczy czas tracić?

– Ty jesteś młodszy…

– No i jeszcze nie zwapniałem na tyle, żeby nie chcieć powalczyć. Pamiętasz nasze ideały? Nasze przekonania? Nasze przyrzeczenia? Sam mnie tego uczyłeś, starszy kolega, autorytet. Nie dać się wrobić w filisterstwo! Sztuka nas wyzwoli. Pamiętam twoje słowa. I co?

– No i wyzwoliła… z chęci wyzwalania.

– Aaa, widzę, że coś nie w sosie jesteś dzisiaj…

Jeden z trójki bluesmanów, posiadacz włosów jak strąki fasoli i brzuszka zacnie piwnego, pogładził się po kłączu swej siwiejącej brody i rozsunął ostrożnie zamek futerału. Z wnętrza jego błysnęła rezofoniczna gitara z metalową membraną. Piotra zachwycił jej widok. Pan bluesman chwycił ją czule, niczym ukochaną. Nie dziwota, śliczna była, jak steel guitar Marka Knopflera. Metaliczne, tęskne dźwięki bluesa delty rozchodzić się zaczęły po piwnym ogródku niczym dym z fajki nabitej przednim tytoniem. Bluesman zaintonował pieśń:

Moje ciało tak cierpiało/że o dusza nic nie dbało/

teroz musza rzewnie płokac/i nie wiem kaj się podziać.

Piotr już to gdzieś słyszał. To lokalny hit, zwany Skargą umierającego. Bluesman sugerował dalej, ku pokrzepieniu serc zgromadzonych:

Ześ wylozła duszo z cioła/nie mosz się kaj podziać/

Opuść nędzę świata tego/ właź do raju niebieskiego.

– Śląski blues, widzę, promujesz – Piotr skomentował kwaśno ten song.

– Śloncki blues, Peppe! Śloncki, nie śląski. I nie bluuuus, tylko bluu–eees.  Weź sobie do serca, że to jedyny autentyczny mjuzik tej ziemi, autentyczny głos tego ludu, doszczętnie zurbanizowanego. Tu nie ma wprawdzie delty, są hałdy i hasioki, ale feeling jest ten, co i tam, w delcie Mississipi. Słyszysz łkania tej gitary? Dźwięk rdzawy, oleisty. Śpiew niedbały, ale żarliwy. W tym jest smoła i popiół. To nasz song. To nasze nektary, no nie?

– Blues to kwietność seksu, słodki smutek i tęskność zamarzenia – rzucił niby frazą z Szekspira kędzierzawy grajek siedzący obok tego z włosami z fasoli. Piotr nieoczekiwanie parsknął śmiechem.

– Dobra tam, jest dobrze. – Giordano zatarł ręce, frazy wylewały się smętnie prosto na ulicę. Śloncki bluuees doznawał wznoszenia. Czadzionko muzyczne, że aż miło. Muzyka ustała jednak po chwili. Giordano powstał odruchowo i do ogrodowego towarzystwa rezolutnie przemówił:

– Więcej czadu damy tutaj w klubie dziś wieczorem. Przybywajcie!

Piotr pożegnał się szybko z ansamblem szykującym się do próby. Idąc na uniwerek, chciał przejść obok Kościoła. Kobieta krocząca na kolanach pokonywała ostatnie stopnie schodów. Za chwilę zniknie w głębi Świątyni.

Postać mężczyzny idącego na kolanach nie dawała mu spokoju. Obserwował go czas jakiś, widział, że w połowie schodów się zatrzymał i pozostał nieporuszony. Piotr podszedł bliżej; usłyszał, że szlocha. Odruchowo oddalił się, nie chciał w to wchodzić, wszedł na skwer, zwany Piazza Bezdomnych. Nazwa należna miejscu. Bezdomni obsiedli wszystkie ławki i murki wokół Ukrzyżowanego. Brudni, zmięci, pokręceni. Obrzępały, Obszczymury, Anielce Zdegradowane. W tym miejscu śmierdzi zawsze jak w tramwajach, w których przy niepogodzie chętnie przesiadują. Wokół ławek rozrzucone odpadki, resztki jedzenia, plastikowe butle.

– Kierowniku Złociuteńki, trzy złote dwadzieścia na bilet tramwajowy się znajdzie? Do brata pilnie muszę…

Proces gnilny. Życie jako proces gnilny. Piotr przyspieszył kroku. Strofował się za swój sarkazm, przecież nie było w nim pogardy dla tych ludzi. „Butwiejące Anioły – pomyślał. – Nie wytrzymały presji, upadły i czekają spokojnie na to, by ustać na dobre, z powodu całkowitego zaniku czynności życiowych”. Pomyślał o nich życzliwie.

Zygmunt Barczyk

 

Lämna ett svar