TERESA URBAN: Kreta

Ponownie zapraszam w podróż palcem po mapie. Celem wyprawy jest Kreta, największa grecka wyspa, stanowiąca niemal mini-kontynent. Łatwo zapomnieć, że jest wyspą. Mamy stamtąd wiele pięknych wspomnień.

Podczas pierwszego pobytu spędziliśmy całe trzy tygodnie w okolicach Malii. Już wtedy zwiedziliśmy najważniejsze zabytki starożytnej kultury kreteńskiej, pałace Knossos i Fajstos. W przeciwieństwie do częściowo zrekonstruowanego Knossos, ruiny w Fajstos pozostały w takim stanie, w jakim zostały odkryte. Najważniejszym znaleziskiem jest mistyczny dysk z Fajstos, gliniana tabliczka ze spiralnym ciągiem obrazkowych symboli, których do dziś nie zdołano odczytać. Pałac w Knossos rozczarował nas nieco malowanymi na jaskrawo kolumnami. Przyzwyczajeni jesteśmy do białego marmuru antycznych ruin. Knossos rozbudziło moją wyobraźnię. W dzieciństwie rozczytywałam się w „Mitach greckich” Parandowskiego. Natychmiast powróciłam w myślach do opowieści o labiryncie, gdzie król Minos ukrywał swego okrutnego syna Minotaura, półczłowieka – półbyka. Minotaura zabił Tezeusz i dzięki rozciągniętej przez córkę Minosa, Ariadnę, nici wydostał się z labiryntu. Podziwialiśmy także kopie fresków przedstawiających akrobatów skaczących przez grzbiet byka. Ich oryginały oglądaliśmy później w muzeum w Heraklionie.

Końcowy tydzień pobytu wypadł na przełom września i października. Pogoda się pogorszyła. Zaczął lać deszcz. Szczyt góry Ida, najwyższej na Krecie, tonął w ciemnych chmurach. Tam, w grocie na jej zboczu, miał – według legendy – wychowywać się Zeus, a Offenbach umieścił akcję operetki „Piękna Helena”. Przypomniała mi się jedna z arii.

„W lasku Idy trzy boginie
Spór zacięty wiodą wraz,
Każda z nich pięknością słynie
Która najpiękniejsza z nas?…”

Nie poprawiło to jednak mego humoru. Dostawałam obłędu. Nasz skromny pensionat nie posiadał żadnych pomieszczeń rekreacyjnych, można było tylko pozostać w pokoju i z łóżka patrzyć w sufit. Na szczęście poznaliśmy przemiłą Polkę z Kanady i w przerwach między deszczami robiliśmy długie spacery. Opowiadała barwnie o swoim życiu. Była dekoratorem wnętrz, jak później się okazało, najbardziej wziętym w Kanadzie, między innymi projektowała pałac jednego z prezydentów Południowej Ameryki. Kiedy miano przeprowadzić z nią wywiad telewizyjny wyraziła obawę, że jej obcy akcent będzie raził widzów. Uspokojono ją, że akcent jest częścią jej osobowości i broń Boże go poprawiać. Szkoda, że w Szwecji jest inaczej. Obcy akcent jest balastem, aczkolwiek akcent angielski czy francuski musi być przyjemniejszy dla szwedzkiego ucha, bo jest bardziej tolerowany niż fiński czy polski.

Jeden z urlopów spędziliśmy w pobliżu Chanii. Miejscowość, a w szczególności jej port, mają o zmroku szczególny urok. Otaczające port tawerny rzucają długie smugi świetlne na wodę, a uliczki jarzą się złotym blaskiem lamp i biżuterii. Nigdzie w Grecji nie widziałam tylu jubilerskich butików, co w Chanii. W porcie mijaliśmy kilkakrotnie bar Bora Bora. Ujrzenie wyspy o tej samej nazwie na dalekim Pacyfiku jest nadal niespełnionym marzeniem Małżonka. Być może była to jedyna okazja do odwiedzin Bora Bora, więc ją wykorzystaliśmy na podobieństwo pana Twarowskiego, który odwiedził karczmę Rzym, niestety z fatalnym dla niego skutkiem. Małżonek ma jeszcze jedno pragnienie. W Knossos znaleziono statuetkę kobiety w długiej sukni topless. Małżonek ubolewa, że tak piękna moda nie powróciła jeszcze do Europy. Na razie musi się zadowolić nagimi biustami plażowiczek.

W Chanii również doświadczyliśmy kilku dni niepogody kiedy to zmuszeni byliśmy do mycia się w zimnej wodzie, ponieważ ciepła pochodziła z pojemnika ogrzewanego energią słoneczną. Na straty poszły także moje ulubione tekstylne pantofle. Zamokły na deszczu i zapleśniały, bo nie dały się osuszyć. W pogodnym okresie udało nam się jednak zrobić piękną wycieczkę, której celem była wyspa Elafonisi na południowo-zachodnim skraju Krety.
W słoneczny, ciepły poranek wyruszyliśmy pieszo w drogę. Wyprawy takie stanowiły nieliczne momenty w mym życiu, kiedy czułam się w pełni wolna i swobodna. Podręcznych torebek z koszulkami trykotowymi na zmianę, strojem nocnym i podstawowymi kosmetykami nie obciążała ciepła odzież. Każde skrzyżowanie dawało możliwość wyboru. Decyzja należała do nas. Samochód, który czasem pożyczaliśmy, nie dawał takiej swobody, odczuwałam go jako obciążenie. Z każdej przechadzki należało do auta powrócić, pilnować stanu benzyny i wybierać drogi przy których można było je zatankować. Przyznam się z pewnym wstydem, że gdy zależało nam na czasie, wolałam jechać autostopem. Piesza wyprawa na Elafonisi wiązała się z koniecznością noclegu. Być może nie doceniliśmy odległości lub przeceniliśmy własne siły, bo wędrówka zdawała się trwać bez końca. Szosa wiła się wzdłuż piniowego lasu, po przeciwnej stronie, poprzez porośnięte gajem oliwnym zbocze, roztaczał się daleki widok na morze. Na horyzoncie majaczyło się coś białego.

– To jest klasztor – oświadczył Małżonek. – Musimy go zwiedzić.

Szliśmy więc dalej, ale w miarę zbliżania okazało się, że nie był to klasztor, tylko kamieniołom. Małżonek wyglądał na rozczarowanego. Jak się potem okazało, gdzieś w pobliżu był rzeczywiście klasztor, ale nigdy do niego nie dotarliśmy. A mnie zaczęły opuszczać siły. Po raz pierwszy w życiu, na skutek wielogodzinnego marszu, obtarłam sobie skórę na udach na wysokości kolan. Kiedy ujrzałam na zboczu grupę domków kampingowych z przyległą restauracją stwierdziłam, że tam mam zamiar się zatrzymać i że tego dnia nie zrobię ani jednego kroku więcej. Małżonek natychmiast pojął, że nie żartuję.

Kiedy opadłam bez sił na krzesło w tawernie zrozumiałam, że był to najwyższy czas. Nigdy przedtem nie czułam się tak wyczerpana. Nie tylko zmęczeni, ale i wygłodniali, zjedliśmy solidny posiłek. Najprościej byłoby tu przenocować. Okazało się jednak, że domki nie mają łazienek, sanitaria i prysznice znajdowały się w oddzielnym budynku. Zupełnie mi to nie odpowiadało. Właściciel tawerny dał się namówić, aby zawieźć nas samochodem do najbliższej miejscowości. Wioska nosiła wdzięczną nazwę Sfinaria (Sfinari). W Sfinarii nie było hotelu, polecono nam schronisko. Kiedy ujrzałam halę z rzędami łóżek i nieotynkowanymi ścianami z czerwonej cegły, wielką jak remiza strażacka, powiedziałam „nie”. A kiedy wiedziona węchem dokonałam wizualnej inspekcji toalet wykrzyknęłam: Nigdy w życiu! Pozostały kwatery prywatne. Proponowany pokój leżał na piętrze w nowodobudowanym aneksie. Prowadziły doń schody bez poręczy kończące się tarasem bez barierki ochronnej. Oczyma wyobraźni ujrzałam siebie lecącą nocą w dół w drodze do toalety. Pokój oświetlała świeca, ponieważ aneksu nie podłączono jeszcze do prądu. Umeblowany był spartańsko, ale łóżko zasłano śnieżnobiałym choć szorstkim prześcieradłem. Okna nie posiadały szyb tylko drewniane okiennice bez zamków, które blokowało się kamieniami. Łazienka leżała w budynku mieszkalnym właściciela. Była czysta i funkcjonowała bez zarzutu. Starając się nie myśleć o rozkoszach noclegu zjedliśmy późną kolację w tawernie, gdzie byliśmy jedynymi zamiejscowymi gośćmi.

Ranek powitał nas słońcem, zregenerowani mocnym snem ruszyliśmy na Elafonisi gdzie podwiozła nas mijana furgonetka. Płytka laguna łączy tę niewielką wysepkę z Kretą. Wybrzeże Elafonisi to jedno z piękniejszych spotkań morza z lądem jakie zdarzyło mi się widzieć. Nagrzana słońcem, krystalicznie czysta woda, obmywa piasek o barwie jasnego różu. W pobliżu wyspy znajduje się rafa, która tłumaczy obecność koralowego piasku. Koloryt plaży mogą jednak równie dobrze sprawiać przemieszane z piaskiem odłamki kolorowych muszelek. Elafonisi sprawia wrażenie egzotycznego raju.

Na Krecie po raz drugi doświadczyliśmy, że Morze Śródziemnie potrafi być groźne. Po długiej pieszej wycieczce odpoczywaliśmy na piaszczystej plażyczce wciśniętej pomiędzy port rybacki i cypel wychodzący daleko w morze. Orzeźwiająca kąpiel na głębokiej wodzie zaraz przy brzegu, dobrze nam zrobiła. Nie było potrzeby wypływać daleko. Rozglądaliśmy się dokoła. Plaża była niemal pusta. Prócz nas leżały na ręcznikach tylko dwie kobiety, starsza i młoda, pewnie matka i córka. Po chwili ta starsza, z wyglądu jeszcze sprawna fizycznie, postanowiła się wykąpać i popłynęła klasyczną żabką w morze. Płynęła wzdłuż cypla i szybko oddalała się od brzegu. Wkrótce ujrzeliśmy ją jeszcze dalej, ale twarzą już zwróconą ku nam, tak jakby miała zamiar wracać, a do tego dawała znaki rękami jakby potrzebowała pomocy. Z niepokojem spojrzeliśmy na siebie, a małżonek podbiegł do córki, która nieświadoma niebezpieczeństwa zapadła w drzemkę. Niewiele myśląc we dwoje rzucili się w morze na ratunek. Szybko, tak jakby niósł ich niewidzialny prąd, dopłynęli crawlem do kobiety i we trójkę próbowali powrócić. Obserwowałam ich wysiłki, ale prąd działał przeciwko nim. Przerażona podbiegłam do rybaka porządkującego sieci w łódce i wskazałam na trójkę pływaków, którzy wprawdzie nie oddalali się, ale i nie przybliżali się nawet o metr. Rybak nie pytał o nic, włączył motor i popłynął. Za moment już wszyscy pomagali starszej kobiecie wejść na łódź, która po chwili ruszyła do portu. Córka i Małżonek, ufając swej kondycji, a może wstydząc się powrotu łódką, postanowili dopłynąć sami. Mozolnie, powoli zbliżali się ku plaży, ale po wyjściu na brzeg zataczali się z wyczerpania.

Małżonek opowiadał, że tylko raz przedtem, we wczesnej młodości, w Ustce, miał podobne trudności z powrotem na brzeg. Ale wtedy Bałtyk był wzburzony i fale ściągały go z powrotem na pełne morze. Wyznał także, że tu, podczas akcji ratunkowej, gdy na moment uchwycił się burty i jego nogi znalazły się pod łodzią, dotknął stopą propelera, który na szczęście szedł na wolnych obrotach. W przeciwnym razie ze stopy zostałaby miazga. Przeszły po mnie ciarki przerażenia. Od tej pory straciłam dziecięcą wiarę w bezpieczeństwo spokojnego morza i lękam się głębiny portowych zatok.

Kretę odwiedzaliśmy wielokrotnie. Położona na południu wyspy Paleochora wydała się nam początkowo miejscem karnego zesłania, ale w końcu doceniliśmy jej sielankowy urok. Wędrowaliśmy wąwozem Samaria, podziwialiśmy wybrzeże w Agio Nicolaus, ale nigdy nie dotarliśmy na sam wschód wyspy, do Vai z jedyną na Krecie palmową plażą.

Teresa Urban

Lämna ett svar