ZYGMUNT BARCZYK: Grupa Lanckorona

Wyczuwali, że tkwią w zawieszeniu. Chcieli żyć pełną piersią, a żyli owinięci kokonem. I poniekąd beztrosko. Po studiach najmowali się wprawdzie do pracy (był obowiązek zatrudnienia), ale zważali, by była ona nieistotna, najlepiej papierkowa, i żeby była w ciepełku. I dawała, rzecz jasna, niezbędne środki na utrzymanie. Nie mieli się gdzie wynieść, mieszkali nadal u swych rodzin. Żyli zatem na buforach, między troską a beztroską.

Nie wzięci jeszcze w dyby gnębiącego obowiązku, ale i nie w sidła konformizmu, nie zmuszeni do wybierania między złym i złym. Owszem, zżymali się na filistrów, obśmiewali znajomych zważających tylko na to, by się nie narazić światu i nie mieć przykrości ze strony władzy. Zniesmaczało ich rozplenione cwaniactwo, dwulicowość, spryt i załatwiactwo, podziwiane powszechnie jako sztuka przeżycia. Byli wyniośli swoją odmową życia opartego na małych, codziennych kompromisach.

Marzyli nadal o wspólnym gospodarstwie w Lanckoronie, o „życiu według wartości”, duchowej wspólnocie. Szukali ukrytego przed światem kąta, choćby prowizorki, zanim zrealizują swoje wielkie plany. Założyli obóz w dzielnicowej kotłowni. Wykorzystali to, że Paweł, jako jedyny z nich, poddał się twardej próbie życia. Będąc nauczycielem licealnym, odważył się, mimo dyrektorskiego nakazu, nie poprowadzić klasy, której był wychowawcą, na pochód pierwszomajowy. Było to już w czasie środkowego Gierka. Wyleciał z roboty natychmiast, i to z hukiem. Spodziewał się, że to wilczy bilet, nie starał się więc gdzie indziej o pracę nauczyciela. Przyjął się na palacza w kotłowni. Wreszcie wolny człowiek w wolnym świecie.

Spotykali się w Pawłowej kotłowni, wiedli dysputy na jego nocnej zmianie. Ale i w dzień tam bywali, choć wtedy musieli pilnie przestrzegać zasad BHP. Chodziło o to, by ktoś niepożądany nie zobaczył, że czytają małe książeczki i biuletyny, pojawiające się w drugim obiegu wydawniczym. Działo się to w czasie, kiedy – po represjach w Radomiu i po powstaniu KOR-u – zaczął się boom na samizdaty. Sczytywali mało czytelne kopie różnorakiej bibuły. Wyczuwali przy tym, że mimo wspólnoty ducha, kierują nimi różne motywy. Orient, do niedawna jeszcze niekwestionowany lider ich wspólnoty, wybrzydzał na marne teksty trafiające do ich rąk, na cały ten fajans z opozycją polityczną. „To tylko zabrudza wasze umysły, jest jak sadza i dym” – prawił te bon moty chętnie, nie czuł się bowiem dobrze w ich klubie. Piotr, wręcz przeciwnie – chciał by wzięli się wreszcie za polityczną robotę. Reszta towarzystwa w ciepełku, przy tanim winie, miała się świetnie, nie dbając o to czy są opozycyjni czy nie, ważne było dla nich, że znaleźli sposób by żyć jak ludzie wolni.

I nie tylko facetom było tam dobrze. Iśka, Wanda, Beata także, wyraźnie dobrze się tam czuły, nawet kołocze przynosiły z domu. Był grafik wrzucania koksu i węgla, był grafik szlakowania pieca. Obowiązujący tylko mężczyzn. Tradycyjne role płciowe odtworzyły się samoistnie. Dziewczyny krzątały się w kąciku gospodarczym, kładły serwetę na metalowym stole, kroiły chleb i ciasto. I było świątecznie. Na co dzień jedli co popadło w barach mlecznych, obskurnych kantynach – cynaderki, płucka na kwaśno, naleśniki z cukrem i takie tam. Kiedy zręczne gospodynie zrobiły w kantorku kotłowni leczo, to zapachniało im wspaniałym gourmet. Do tego kanapki z serem i salcesonem, jajka w majonezie, a i jabcoka z goździkami na ciepło w pięknych pucharach podawały. Bywalcy lanckorońskiej wspólnoty trochę przy tym wybrzydzali. Preferowali wino cieszyńskie nad będzińskie, bo zawierało mniej siarki. Zachłannie palili papierosy, dymili jak parowozy. Woleli sporty radomskie w dziesiątkach od krakowskich w dwudziestkach, w których, jak mówiono, więcej niż tytoniu było drobno zmielonych podkładów kolejowych. Nikogo z nich nie było stać na Carmeny.

Tylko Orient nie palił. Wiercił się na metalowym taborecie, popijając polo coctę, z kwaśną miną upominał się o duchowe lektury. W grafiku zajęć go nie było. Milczał, niechętnie włączał się w politykierskie pogaduchy. Reszta, pod w pływem świeżych lektur, zaczęła rozbierać komunizm na elementy proste. Chłopy zaczynały mieć gorące głowy, dziewczyny zachowywały rozsądek, twierdząc, że bierny opór tak, ale na tym etapie nie da się niczego więcej zrobić. Dyskusje o tym, co robić, skoro władza bije ludzi i tępi opozycję, przybierały na sile. Zwłaszcza za sprawą Gładkiego Młodszego, no i w gorącej wodzie kąpanego Piotra. Orient nawet nie udawał, że nie zamierza się zniżyć do poziomu tych rozmów. Zauważyli, że nie stara się już być duszą towarzystwa, bardziej teraz zamknięty w sobie, a i czupurny bardziej. I to w nie swoim stylu. Czasem tylko się ożywiał. Nadal mówił perliście, potoczyście, ale z nieprzyjemnym zacięciem. Spoglądał przy tym ukradkiem na Iśkę, która ostentacyjnie zaczęła go ignorować. Podobnie jak inni. Z roli jednak nie wypadał. Mówił o płochych zainteresowań swoich kompanów, czadzących umysły taniochą polityki. Był przekonany, że duch prawdziwej wspólnoty opuszcza ich grupę.

– To są też miazmaty! Co z tego, że samizdaty! Prawdziwej rewolucji mogą dokonać tylko ludzie, w których mieszka wolny duch. Rewolucji nie przeprowadzą pacany owładnięte nienawiścią do swoich wrogów. Nawet jeśli pięknie zdążyli pocierpieć w więzieniu. Znaki przeciwne, moduł ten sam. Jeśli piękni i oporni zwyciężą w końcu, wpadną w tę samą pułapkę. Będą wkrótce tacy, jakimi byli ich oprawcy. I za jakiś czas będzie trzeba ich zepchnąć z fotela władzy. Po nich przyjdą następni, tego samego oberka zatańczą, i tak w koło Macieju. I po co my mamy sobie tym głowy i serca zanieczyszczać. Pytam, po co? My nie dlatego świata rozwijamy ducha.
Musiał sobie uświadomić, że już go nie słuchali i nie spierali się jak dawniej, kiedy wsadzał kij w mrowisko, a potem z przyjemnością obserwował, jak się wadzą. Nie znaczy to, że coś przed nim ukrywali. Kpili z niego za jego plecami, co wcześniej było nie do pomyślenia.

Coraz chętniej nawiązywali do tekstów z „Robotnika” i innej bibuły. Doszły lektury, które ich poruszyły. Najpierw Mróz od Wschodu Zdenka Mlynarza, potem esej Andrieja Amalrika Czy Związek Sowiecki przetrwa do 1984 roku? Oczarował ich passus Amalrika, który Gładki Młodszy wielokrotnie przypominał: „Dysydenci zrobili rzecz genialnie prostą. W zniewolonym kraju zaczęli się zachowywać jak ludzie wolni”.

Wyczuwali, że Orient traci do nich cierpliwość, oni zaś coraz bardziej poddawali się politykierstwu. W radiu słuchali bulgotu zagłuszanych stacji wrogich Przodującemu Ustrojowi. Orient zbywał radiowe wieści, cierpką miną reagował na polityczne cytaty. Za to uporczywie przypominał o potrzebie zorganizowania małej poligrafii dla druku polskich tłumaczeń mędrców Wschodu. Skoro już tyle było mowy o działaniu i o drugim obiegu informacji.
Rok po „ścieżce zdrowia” zaordynowanej robotnikom przez milicję w Radomiu, Orient ich opuścił. Gdzieś im się zapodział. Ponoć wyjechał z miasta. Iśka też zniknęła im z pola widzenia. Piotr utrzymywał codzienne kontakty z Pawłem, Dżekim i Wandą, rzadsze zaś z Chudzinkiem i Filippą. Jakiś czas potem Iśka pojawiła się ponownie, znów u boku Gładkiego Młodszego. Ten tryskał humorem jak nigdy. Zaczął przynosić małe wydania „Kultury” i „Aneksu”. Wtedy i jego brat, Gładki Starszy, zaczął do nich zachodzić (podobno z jego źródeł kolportażu pochodziły te lektury). Paweł nadal czuł się gospodarzem kotłowni, ich tajnej Lanckorony. Przynosił wiersze „młodych gniewnych”, czytał im chętnie, ba, rozdzielał role i razem czytali. Tak zaczęły się „noce poezji składkowej”, jak je nazwali. Każdy przynosił wiersze i trunki. I się działo. Stachura (faworyt Pawła), Bursa (ulubieniec Piotra), Wojaczek (czytany często przez Dżekiego), byli faworytami nocnych poetry jam sessions.

Żyli więc w tej swojej udawanej Lanckoronie, wciąż nie zakładając kolektywu w tej prawdziwej, jaką kiedyś zamarzyli. Ich iluzoryczna sanga, już bez Orienta, w coraz większym stopniu przypominała klubokawiarnię, będąc nadal buchającym ogniem zakładem grzewczym. Zbliżał się rok 1980.

Zygmunt Barczyk

Fragment nowej powieści Zygmunta Barczyka.

2 reaktioner på ”ZYGMUNT BARCZYK: Grupa Lanckorona

Lämna ett svar