Ekologia po szwedzku

Botkyrka jest rozległą terytorialnie gminą, wyjątkowo ładnie położoną wśród malowniczych lasów i jezior. W obiegowej opinii uchodzi za skupisko emigrantów, chociaż urodzeni poza Szwecją mieszkańcy tej gminy stanowią ok. trzydziestu procent ogółu. Dla wielu Szwedów mieszkanie w niektórych zakątkach tej gminy jest marzeniem. Jest tam tyle pięknych i spokojnych miejsc, że trudno jest je wszystkie wymienić. Jednak od czasu do czasu ten idylliczny obraz zostaje zmącony przez ludzi, którzy chcą ze Szwecji zrobić śmietnisko.

Gdzieś od 2017 roku mieszkańcy gminy Botkyrka zauważają działalność grupy przestępczej, która była i jest nadal aktywna w okolicach góry Eriksberg. Grupa ta specjalizowała się początkowo w okradaniu piwnic, domków letniskowych, garaży i małych firm. Przestępcy przywozili na Eriksberg swoje łupy, aby je posortować. Takie grupy działają zawsze w jednakowy sposób; po wyważeniu drzwi wpadają do pomieszczenia i pakują do worków wszystko, co się da i szybko odjeżdżają. W czasie napadu nie ma czasu na szukanie lepszych rzeczy, na wybieranie. „Skok” musi być szybki. Jednak po kradzieży trzeba przejrzeć zdobycze, wybrać te, które przydadzą się, a resztę trzeba gdzieś wyrzucić. Eriksberg idealnie nadawał się do tego. Miejsce było oddalone od osiedli, sąsiadujące z lasem, rzadko kiedy ktoś tam wybierał się na spacer, chociaż widok z wierzchołka góry jest niesamowity. Z miesiąca na miesiąc przybywało „chłamu”, który dla złodziei nie był interesujący. Były to głównie ubrania i obuwie, stary sprzęt domowy, obrazy, naczynia itp. Kiedy nazbierało się go dużo, złodzieje zaczęli palić te rzeczy, aż którejś wiosny od ich ognisk zajęła się trawa na całym wzgórzu. Pożar było widać na kilometry, straż pożarna nie przyjechała, z dalszej treści będzie wiadomo dlaczego.

W roku 2018 okradziono jednego z największych producentów piwa w Szwecji. Rabując pomieszczenie należące do niego, złodzieje chwycili dość ciężki karton licząc, że może być w nim coś cennego. A znajdowały się w nim tylko listy, głównie z banku, ale również z urzędów i firm. Przez jakiś czas listy te służyły im jak podpałka do ognisk. Właściciel tych listów został powiadomiony o znalezisku, ale sprawy nie zgłosił policji. Po znalezione listy wysłał jednego z pracowników i na tym jego zainteresowanie sprawą zakończyło się. Mieszkańcy byli tym zaskoczeni, ponieważ jego zeznania mogłyby doprowadzić do ujęcia sprawców. Po jakimś czasie zrozumieliśmy dlaczego tak postąpił. Okazuje się, że jego firma od wielu lat jest notorycznie okradana. To nie są drobne kradzieże. Straty idą w miliony koron. Przestępcy są na tyle zuchwali, że kradną całe ciężarówki piwa, które wyjeżdżają z browaru do sklepów. Policja na to zupełnie nie reaguje. Przestępcy działają niezwykle bezczelnie, zajeżdżają ciężarówkom drogę, wysiadają z samochodu, pokazują kierowcy broń, każą wysiadać i oddać kluczyki oraz dowód rejestracyjny. Odjeżdżają nie spiesząc się. Po tygodniu samochód odnajduje się, ale pusty. W tym czasie piwo jest już sprzedane i nie ma po nim śladu. Policja poradziła właścicielowi wynająć firmę ochroniarską, bo dla nich to nie jest dostatecznie poważna sprawa, aby zajmować się nią, żalił się właściciel w jednym z wywiadów dla prasy. Nie zgłosił policji włamania do jego pomieszczeń, bo wiedział doskonale, że policja wobec tego przypadku będzie pasywna. Ten człowiek zupełnie stracił zaufanie do policji. Zaczynam się zastanawiać w jakim kraju żyję? Co musi wydarzyć się, aby policja raczyła pofatygować się. Nie od dzisiaj wiadomo, że szwedzka policja to jedna z państwowych instytucji, która nieustannie kompromituje ten kraj. Są przedmiotem pośmiewiska. Czy musi dojść do zabójstwa, aby policja zareagowała, a może wystarczy, że komuś odrąbią rękę, albo wydłubią oczy, aby policjanci zechcieli zająć się sprawą? Gdzie leży granica między przestępstwem ważnym dla policji i nieważnym? Takie wybieranie przez policję spraw rozzuchwala przestępców, oni doskonale wiedzą, że za niektóre typy przestępstw nikt ich nie będzie ścigał. A z drugiej strony widzimy, że policjanci pojawiają się natychmiast, kiedy ochrona w sklepie złapie złodzieja czekoladki czy batonika. Jak to wyjaśnić? Czy hipermarkety mają lepsze układy z policją niż właściciel browaru? A może policja nie przeszkadza niektórym przestępcom, bo ma z tego profity? Nikt nikogo nie oskarża, ale sytuacja jest niejasna, zastanawiająca i pytania tego typu muszą naturalnie nasuwać się.

Po roku na Eriksbegu pojawiało się coraz mniej ubrań, butów, za to mieszkańcy zauważali różnego rodzaju maszyny, silniki, urządzenia oraz samochody na wpół rozbebeszone, z których niewiele zostawało prócz karoserii. Widocznie przestępcy zmienili profil „działalności”. Z urządzeń wybierali metale kolorowe. Resztę wyrzucali do lasu lub pozostawiali na miejscu. To trwało może kolejny rok. Aż grupa przestawiła się ostatecznie ma kable elektryczne. Od czasu do czasu wyrzucali również odpady po remontach mieszkań i domów. Wiele wskazywało, że w tym palce maczali ludzie ze Wschodu. Wśród śmieci była również antena satelitarna z logiem Polsatu. Stąd początkowo sadzono, że na Eriksbergu działają Polacy. Być może również w tej grupie są Polacy, ale brak na to twardych dowodów, chociaż spotyka się tam ciągle w sporej ilości butelki po polskiej wódce i puszki po polskim piwie. Nie policja, a mieszkańcy zdołali dowiedzieć się, że grupie przestępców przewodzi obywatel Estonii, karany już w Szwecji. Zamiast po „odsiadce” deportować go ze Szwecji (z zakazem powrotu), dostał szansę na uczciwe życie tutaj, teraz odpłaca się Szwedom za ich dobre serce.

Z kabli elektrycznych zdejmowali izolację, aby uzyskać czysty metal, metalu z izolacją nie skupuje się jak wiadomo. Oczyszczenie metalu z izolacji wbrew pozorom nie jest prostą operacją, szczególnie trudno pozbyć się igelitowej osłony z kabli, kiedy jest niska temperatura, wówczas izolacja staje się twarda. Dlatego początkowo przestępcy palili w wielkich ogniskach całe szpule kabli. Smród spalenizny wisiał nad całą okolicą. Niszczony był przy tym las przez wycinkę drzew, które podkładano do ognisk. Kilkakrotnie ogień wymknął się im spod kontroli i palił się las, który udało się im jakoś ugasić, ślady tego są jednak widoczne do dzisiaj. Ten proceder trwał nawet wówczas kiedy w regionie Sztokholmu był zakaz rozpalania ognia z powodu suszy. Ludzie zgłaszali straży pożarnej te zdarzenia, ale strażacy również nie byli sprawą zainteresowani. Tłumaczyli, że nie wiedzą jak dojechać na Eriksberg, bo na swoich mapach nie mają zaznaczonej drogi na tę górę.

Widząc, że ognisko to nie jest najlepszy sposób na pozbycie się izolacji, zaczęli ciąć kable na mniejsze odcinki przy pomocy ręcznych pił do metalu, następnie nożami rozcinali wzdłuż izolację i szczypcami zdejmowali ją. Pół biedy, gdy kable miały żyły aluminiowe. Znacznie trudniej przecina się kable miedziane. Można byłoby użyć do tego celu jakieś narzędzia jak, np. przecinarki tarczowe, te najczęściej trzeba podłączyć do prądu 230V, a teren leży na uboczu, praktycznie w lesie i nie jest zelektryfikowany. Są takie urządzenia zasilane przy pomocy akumulatorów, ale prądu starcza na krótki czas. Dlatego przestępcy rozciągają kilkusetmetrowy kabel zasilający i nielegalnie podłączają do skrzynki rozdzielczej jednej z firm. Działalność nabiera tempa, coraz więcej kabli przywozi się na górę i coraz więcej izolacji przybywa na górze. Mieszkańcy zgłaszają do Vattenfall kradzież prądu, firma szablonowo odpowiada po kilku dniach, że przyjęła zgłoszenie i na tym koniec. Kabel nie został odłączony, a przestępcy następne miesiące prowadzili swoją działalność nikim nie niepokojeni. Zakres działalności poszerzają o ołów. Przywożą na Eriksberg setki akumulatorów samochodowych. Nawiercają w nich otwory, aby wylać na ziemię roztwór kwasu siarkowego, a następnie podpalają je. Plastikowa obudowa akumulatorów bardzo dobrze pali się. Akumulatory są ciężkie, ale czystego ołowiu jest w nich jedynie 3-4 kg. Reszta to związki ołowiu, z których w warunkach amatorskich nie jest łatwo odzyskać ołów. Te związki ołowiu po spaleniu akumulatorów pozostają na ziemi i zatruwają glebę. Teren jest skażony chemicznie, do dzisiaj w miejscach gdzie spalano akumulatory nic nie rośnie i nie wiadomo kiedy odrodzi się tam jakiekolwiek życie.

Sprawa trafia do Kommun’y Botkyrka. W jej strukturze jest dział ochrony środowiska (Naturvård), jest również w zarządzie kommun’y osoba odpowiedzialna za ekologię. Początkowo pracownicy gminy robią wielkie oczy na słowo „Eriksberg”. Nie widzą, lub udają, że nie wiedzą, gdzie to znajduje się. Zostaje im wysłana dokładna mapa z drogą dojazdową. Ludzie domagają się działań i uprzątnięcia hałdy izolacji elektrycznej oraz innych śmieci. Gmina absolutnie nie kwapi się z tym, dopiero kiedy zostają poinformowani, że mieszkańcy idą ze sprawą do dziennikarzy, zaczynają porządkować teren. Porządki w wykonaniu pracowników gminy to istny cyrk. Uprzątnięto tylko te śmieci, które były widoczne z drogi. Resztę śmieci nie wywieziono, a wyrzucono głębiej w las, aby nie były widoczne. Zamknięto bramę dojazdową na górę i rzeczywiście na jakiś czas był spokój. Jednak po kilku tygodniach wszystko wraca „do normy”. Znów pojawiają się przestępcy, kable jeszcze w większej ilości, dym gryzący w oczy i smród nie do zniesienia. Ludzie znów informują gminę, a pracownik odpowiedzialny za ochronę środowiska radzi zgłaszać tego typu przypadki policji.

Do policji mieszkańcy wielokrotnie telefonują, piszą listy, a nawet osobiście składają zawiadomienia. Dostarczają policji numery rejestracyjne samochodów, którymi posługują się przestępcy, fotografie przestępców, którzy z niczym nie kryją się i drwią z mieszkańców, kiedy ci próbują z nimi rozmawiać. Zresztą trudno z nimi było dyskutować, prawie nie rozumieli szwedzkiego. Policja zupełnie ignoruje te sprawy. Nie zostało wszczęte ani jedno postępowanie. Przestępcy działają dość pomysłowo. Do transportu kabli używają samochodów z litewskimi numerami rejestracyjnymi. Litewskie tablice są do złudzenia podobne do szwedzkich, mają również trzy litery i trzy cyfry. Na pierwszy rzut oka są identyczne ze szwedzkimi. Różnią je jedynie dwie małe literki na niebieskim polu „LT”, na szwedzkich tablicach jest litera „S”. Rzeczywiście policja mogła mieć pewien problem z dotarciem do przestępców, te litewskie tablice mogły ich zmylić, ale oni muszą mieć odrobinę wiedzy i wyobraźni, inaczej ciągle będą obiektem szyderstw. Bo co sądzić o policji, którą w dziecinny sposób przechytrzy pierwszy lepszy złodziejaszek.

Mieszkańcy zwracają się o pomoc do lokalnych polityków, ci jednak odpowiadają za każdym razem to samo; nie mamy w radzie większości, nie możemy wam pomóc. Już mogę wyobrazić sobie obrady, jeśli problem nie jest do przegłosowania to nikt w tej sprawie nie otworzy nawet ust.

Bezsilni mieszkańcy mieli nadzieję, że pomogą im organizacje ekologiczne. Zaczęli takowe szukać w internecie. Byli zaskoczeni tym, że w Szwecji takich organizacji jest bardzo mało. Szwecja uchodzi za kraj dbający o ekologię lepiej od innych w Europie, jednak udział w zachowaniu natury przez lokalne władze i organizacje pozarządowe jest znikomy. Ponadto działalność tych organizacji jest bardzo wąska i nie są one zainteresowane wdawaniem się w załatwianie sporów między gminą a mieszkańcami.

Szwecja okazuje się być rajem dla drobnych przestępców. Jeśli gdziekolwiek w Europie są oni ścigani, to w Szwecji nic im nie grozi, policja nawet palcem nie kiwnie, aby ukrócić ich działalność. Również pracownicy gmin nie zrobią niczego, aby uchronić środowisko przed degradacją, nawet ci, bezpośrednio odpowiedzialni za to. Wszystko „lagom”, aby nie przemęczyć się, niech inni martwią się o naturę…

Okazuje się, że w Szwecji wszystko opiera się na proekologicznym zachowaniu mieszkańców tego kraju, głównie na Szwedach, którzy dbałość o środowisko mają we krwi. Co jednak dzieje się kiedy na tej ziemi zjawiają się ludzie ze Wschodu? Zachowują się jak przysłowiowe stada Hunów i Wandali, po których zostaje tylko spalona ziemia, co widzimy na Eriksbergu.

Kiedy patrzy się na to wszystko, człowiek musi zadać sobie pytanie, czy Szwecja jeszcze funkcjonuje jako państwo? Czy czasem nie mamy do czynienia z państwem tylko na papierze, z państwem teoretycznym. Odnosi się wrażenie, że jedyną sprawnie działająca instytucją w tym kraju jest Skatteverket, bo wystarczy, że nie zapłacisz drobnej kwoty podatku, a już cię oskarżają, a cała reszta to iluzja państwa.

Andrzej B. Lewkowicz

Foto: Andrzej B. Lewkowicz

Lämna ett svar