ZYGMUNT BARCZYK: Silesia Party Tram

Tramwaj zazgrzytał hamulcami i zatrzymał się na przystanku przy Królowej Kwiatów. Piotr zdołał zarejestrować napis na bocznej ścianie kadłuba: Silesia Party Tram. Otworzyły się drzwi, chlusnęła potężna porcja światła i muzyki. Przełamując falę uderzenia, Piotr wszedł zachęcony zapraszającym okrzykiem. Zmysł powonienia zareagował na ostry zapach grillowanych kiełbas.

Osobnikiem witającym w drzwiach okazał się Kogutek, partyjny kamrat Dudusia, dawniej jego kumpel z podwórka. Piotr słyszał, że szykuje się oryginalna biesiada, urodzinowa impreza Dudusia. Był na nią zaproszony, ale o tym, że odbędzie się to w party tram, dowiedział się dopiero wczoraj. Ach, ten Duduś! Polityk, niczym celebryta, musi na coś wpaść, by dużo o nim gadali. Duduś przywitał go wylewnie:

– Właśnie opowiadam młodszym kolegom, naszym aliantom politycznym, masne historie z naszego internowania. Kupa śmiechu, choć nie zawsze było nam do śmiechu, no nie Peppe? To jest, drodzy panowie, Piotr Prokopp, stary druh, a stare druhy, jak wiadomo, są pod ochroną. – I rzucił do Kogutka: – Przywołaj tu jakąś cizię, żeby szybko piwo i zagrychę doniosła.

Piotr obawia się wypraw w kombatanctwo. Z Dudusiem, podobnie jak z Pawłem, spędził w stanie wojennym ponad pół roku w tej samej celi. Duduś, przy umiarkowanym entuzjazmie dwóch pozostałych, czuł się trzecim muszkieterem w ich kompanii. W Nowej Polsce zrobił szybką karierę. Nie poszedł ścieżką awansu związkowego, tylko w porę obrał kurs liberalny. I zabrnął wysoko. Zaczął jako mechanik na kopalni, zapalony gołębiarz i zakładowy działacz Właściwego Związku, a teraz jest już jednym z rozgrywających w dużej polityce.

Podeszła do nich dziewczyna w tonacji żółto-niebieskiej, trzymając oburącz litrową szklanicę z piwem. Miała na sobie żółtą minispódniczkę i ażurową niebieską bluzkę. Nogi długie do nieba. Zauważył, że również pozostałe kelnerki ubrane były tak samo. Roznosząc ciężkie kufle, gorliwie przeciskały się przez skłębione towarzystwo.

Nasze hostessy, jak widzisz, szatki mają w kolorach flagi śląskiej – kontynuował Duduś, figlarnym spojrzeniem omiatając urodziwe reprezentantki regionu.

Piotr zauważył, że zaproszone są tylko chopy. Stąd to luzactwo. Niewiasty tu tylko do obsługi. Gejsze tutejsze.

Duduś usiadł i do dalszej opowieści się sposobił. Piotr przyszedł z „pustymi rękami”, dokonał jednak wcześniej wpłaty na konto kiedy dowiedział się, że Duduś zgadza się tylko na jedną formę urodzinowego podarunku: wpłatę na konto fundacji pomagającej schorowanym i opuszczonym kombatantom stanu wojennego.

– Mówiłem wam już o jajach z klawiszami i o naszym wielkanocnym dyngusie w więzieniu. Teraz, skoro Piotr jest już z nami, to i inną historię wam opowiem. Ale nie, poczekajmy…Widzę, że już na Rondo wjeżdżamy. Poczekamy chwilę, na kolejną czelodkę. Zaraz tu będą.

Powstał, by przywitać nowych gości. Wchodzili kolejno: Bula, Ogryzek, Dziwoki. Ci akurat nie poszli do polityki. Piotr starał się rozpoznać, kto zacz. „Kiedyś wymoczki, teraz tłuste barany” – pomyślał. Znał się z nimi od dziecka. Nie tyle z podwórka, co z podstawówki. No i potem z internowania. Tam znów się spotkali, choć wydawało się, że ich drogi rozeszły się już na dobre. W więzieniu znajomość okrzepła na nowo. O, jest i Piguła. Irytujący był podczas internowania. Dopiero teraz zauważył Czekałę i Brodka, obaj we wzorzystych krawatach. Jest też Hulbój, pyszni się swoją niewymuszoną elegancją stróża wygalantowanego na Boże Ciało. Oto Kolesie z Dzieciństwa. Kiedyś ślonckie sztifty, co cięgiem w bala charatali, teraz politycy z ogładą. Miejscowa elita.

Piotr nie miał najmniejszej ochoty na przywoływanie wspomnień. Brał wzór z Pawła, który zwykł powiadać, że kombatanctwo go mierzi. Zbierają się niczym „nasza klasa” na jubileuszach, każą sobie knajpy na stołówki więzienne zamieniać, jedzą z blaszanych talerzy, znaczy z beretów, i klawiszów wynajmują, by robili u nich za kelnerów.

Duduś zaczął opowiadać:

– Byli u nas pod celą też medalikarze, znaczy związkowcy z regionu Jasnej Góry. Wśród nich było dwóch–takich–co–ukradli–księżyc, ale nie ci, o których myślicie. Nazwaliśmy tak dwóch inżynierków, co wszędzie chadzali razem. Po chleb, na spacernik, do łaźni, zawsze widziałeś ich razem. Zachodził do nich Piotr i jeszcze Paweł, który do nas za chwilę dołączy. To była druga słynna para w naszym więzieniu. Wszystko robili wspólnie. Nazywaliśmy ich P4. Piotr Prokopp i Paweł Pakula, sami rozumiecie. Ci medalikarze, o których wspomniałem, mieli radyjko tranzystorowe. Wam młodym nic to nie mówi. Szkoda z tego robić teraz większy wykład, powiem tylko tyle, że kipisze mieliśmy pod celami często, nie mówiąc o rewizjach po każdej wizycie najbliższych. Radia były oczywiście zabronione. Jakby znaleźli, natychmiast by skasowali, a posiadacza wsadzili do kabaryny. W naszej sytuacji radyjko z krótkimi falami było skarbem. Piotr i Paweł zachodzili do tych dwóch–co–ukradli–księżyc i tam, na górnych pryczach, w całkowitej konspiracji, nawet przed kolegami, za zasłoną z koca słuchali Radia Wolna Europa.

Rozumiecie, o co chodzi? Słuchali wrażej, wrogiej radiostacji, która była zakazana, a jej audycje zakłócane. Zadaniem tandemu P4 było spisanie ważnych wiadomości albo przynajmniej dokładne ich zapamiętanie. Potem mieli chodzić po celach i przekazywać je dalej. I teraz słuchajcie uważnie. Była, proszę was, w naszym baraku narożna cela, która służyła za skład materacy. Lubiłem się tam wymykać. Zwłaszcza nocą. Wchodziłem na szczyt sterty, by popatrzeć stamtąd przez zakratowane okno. Było to jedyne miejsce, z którego można było zobaczyć, co za murem, który obniżał się, pod wieżą strażniczą. Lubiłem patrzeć na migoczącą światełkami dal. Patrzę, dumam sobie i co nagle słyszę? Sygnał Wolnej Europy. I to z wieży! Uwierzyć nie mogłem własnym uszom. Zacząłem regularnie tam nocą przychodzić i słuchać wiadomości. Duduś wstał, umoczył usta w piwie i dorzucił:

– Rozumiecie, panowie, o co chodzi. Ci tam na pryczach, proszę was, pełna konspiracja, tajne spotkania w pościeli, przebiegły przemyt informacji, a ja leżę na sienniku i wygodnie sobie słucham „odwetowego, antypolskiego” radia.

Duduś zaniósł się rechotliwym śmiechem, więc słuchacze uznali, że to już była pointa. I zaśmiali się solidarnie.

Kogutek podszedł do Dudusia z pytającym spojrzeniem.

– A jakże, tak, tak, zaczynamy. Oj tak, zaczynajmy. – Duduś machnął ręką, dając znak przyzwolenia. Na podeście scenki pojawił się, znany Piotrowi z ogródka piwnego na Maryjnej, bluesman o włosach jak kłącza fasoli. Wyjął z futerału swoją śliczną steel guitar. Zaskoczył zebranych oświadczeniem, że zaśpiewa Lokomotywę  Tuwima. Znaczy Ciufę – bo będzie po śloncku. I do tego z nową, jego własną melodią. Będzie zatem na bluesowo.

Piotr przypomniał sobie, jak Paweł dworował z zadufanych w sobie ślonckich blusmanów i jak lubił ich przedrzeźniać:

Węgiel i blues/rdza i siara/Oj, jak tu żyć, jaka nasza wiara?/Węgiel i blues/grauzam i ćmojstwo/oj, muszemy tu życ i czuć się swojsko/.

Piotr przecisnął się w stronę uchylonego  okna, chmura dymu stawała się nieznośnie gęsta. Tramwajem huśtało nieźle, wprowadzając rozmówców trzymających się rurek w chybotliwy kontredans. Ale taniec na rurze! Młodych nie znal ale rozpoznawał z wolna niektórych jegomości z czasu Karnawału 1980.  Kolumbowie rocznik 50., przyboczni „Panny S”. Dziś spojrzenia maślane, facjaty jowialne, łysinki błyszczące, usta żarłoczne. Obłymi brzuchami się trącają, nie przerywając narzuconych prawami kinetyki wygibasów

Podszedł Hulbój z tacką świeżo zgrillowanych krupnioków.

–Jako to, Piter? Dobrze jest? O, widzisz, jo już kolejna porcja se biera. Palce lizać. Jodł żech krupnioki koreańskie, fińskie, ale, chopie, godom ci, nie ma to jak nasze ślonckie. Nawet te z Gwadelupy żech probowoł. Godom Ci, Dudusiowe i tak najlepsze.

Hulbój podkreślił w ten sposób, że należy do kręgu wewnętrznego, znaczy do tych, którzy przewodniczącego mogą nazywać Dudusiem. Podszedł do nich Czekała.

– A ty co, Piotrze, kiedy wracasz do macierzy, tyle dobrych rzeczy się u nas dzieje?

– Kiedy wracam? Tak, wracam wkrótce, znaczy do siebie, do Sztokholmu.

– Aha, tak to jest. No dobrze, no dobrze…

Czekała odwrócił się na pięcie i odszedł. Hulbój tylko pokręcił głową.  Piotr rad był teraz, że włożył koszulkę z napisem „Absolut Svensk” i ze zdjęciem butelki znakomitej wódki. Czekała ponoć gra teraz Wszechpolskiego Ślązaka, prezydentowi państwa i jego drużynie się podlizuje. Widać liczy, że coś na tym ugra.

Ślązak  a trzyma z kaczystami  – syknął Piotr w myślach.

Rozległ się spokojny, metaliczny dźwięk gitary. Śpiewak zagaił. – Blues to muzyka, która sprawia, że może mi być dobrze nawet z tym, z   czym jest mi źle. Po czym siadł, założył nogę na nogę i zaintonował:

Stoi se ciufa dupno jak szrank

Stoi na glajzach, czorno jest blank

Czorno spocono jak bot na szłapie

Łolyj i śmiyra z bokow ji kapie

Stoi i sapie, dycho i dmucho

Hajcug ji z basa jak z pieca bucho

Juz sie od cuga baniok telepie

W ciufie byglajter wongel w piec ciepie

Trzymie łopata jak świeder borkop

Uch jak tu gorko

Puf jak tu gorko

Po salonce party tramwaju  przeszedł gromki aplauz. Śpiewak sadził kolejne masne tronfy, salonka szalała. Zwrotka po zwrotce objaśniał obsadę kolejnych wagonów, odchodząc od Tuwimowej opowieści. Goście spijali mu z ust frazy wiersza. Piotr mógł się teraz spokojnie rozejrzeć. Chłopy zdjęły swoje jasne marynarki, mocniej zajaśniały ich pastelowe krawaty. Miał dość. Czuł, że musi dać dyla.

Zygmunt Barczyk

Fragment nowej powieści „Stworzeni dla losów szczęśliwych”

 

Lämna ett svar