ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Pociąg

Nie znałem jej, a widziałem raz tylko, ale z tego co mówił brat jej ojca a mój przyjaciel Jack, świat nie obdarował jej niczym dobrym. Borykając się z życie, co wielu nazywa kolejami losu, nauczyła się być okrutna dla siebie samej. W jej przypadku oznaczało to, że miała odwagę okazywać sobie pogardę.

Przychodziła do Jacka, gdy czuła potrzebę otwarcia duszy, uważała, że życie obchodzi się z nią niesprawiedliwie. Jack siedział na swoim krzywym ze starości fotelu, patrzył w okno, popijał ze stojącego na okiennym parapecie kawę i udawał, że słucha mało uważnie. Jack wierzył, że zachowując się w ten sposób wyświadcza jej przysługę, gdyż czyni zwierzenia łatwiejsze.

Maggda mówiła nieprzerwanie. Potem milkła, sięgnęła po kubek i wypijała parę łyków kawy, chwilę patrzyła w okno, następnie całowała Jacka w czoło i bez słowa wychodziła. Jack patrzył za nią i z westchnieniem mówił zawsze to samo:

– Maggdzie niebo gnie się pod kolanami.

Nawet nie próbowałem dojść, co miał na myśli. Jack miał swoje powiedzenia i często przeplatał wzniosłe i szlachetne słowa soczystym kurwieniem. Złote serce Jacka było sercem rubasznym. Był całe swoje życie samotny, ale nie traktował tego jak dopust boży. Był samotny z braku zaufania do siebie samego i niedoskonałości losu, co kazało mu ukrywać radość z odwiedzin pod maską ponurych spojrzeń.

Minęło parę lat – mieszkałem wówczas za granicą, od naszego ostatniego spotkania. Gdy mnie zobaczył rozpoczął natychmiast mówić. Nawet nie pozwolił  się przywitać. Cały Jack! Krył w ten sposobem wrodzoną nieśmiałość, omijając kłopotliwe dla niego powitalne gesty.

– Maggda była wyjątkowo piękną i niezwykłą kobietą! Choć nie pierwszej młodości, w jej ruchach jest coś omdlewającego. Dziewczęcy wdzięk nie opuścił jej nigdy, chyba to zauważyłeś? Chcesz kawy? I nie czekając co powiem huknął na cały głos: – Kawę dla Piotra! Jack potrafił wrzasnąć.

– To jedyny sposób aby je rozruszać, rozumiesz? Jak krzyknę to słychać u przełożonej i to pobudza do działania te leniwe klaczki! A wracając do Maggdy. Umilkł i patrzył tylko przed siebie. Wiele bym za to dał – ciągnął, żeby jej pociąg odjechał inaczej, żeby odbyła piękną podróż. Była tego warta. Niestety, życie tylko nią szarpało.

Jack poruszył się w fotelu, rozprostował nogi i pierwszy raz spojrzał na mnie: – Maggda była lesbijką. Nie odezwałem się słowem, ale byłem zaskoczony i Jack to zauważył.

– Nie wiedziałeś?

– Nie. Nie ona jedna!

Wypił łyk kawy i uśmiechnął się przekornie. – No tak. Ale swoją drogą jestem bardzo ciekaw jak Jezus i jego ludzie z tego wybrną! Poprawił się w fotelu, syknął i ciągnął dalej.

– Maggda mieszkała z Justyną już pięć czy sześć lat, gdy przytrafiła się jej ta przykrość. Wyjechała do innego miasta na parę miesięcy. Budowali tam jakąś fabrykę a Maggda była inżynierem budowlanym. I tam zaszła w ciążę.

– Nie nie! Nie zmieniła upodobań! Tak po prostu wyszło. Może spotkała kolegę ze studiów? Może wypiła za dużo? Może poczuła się samotna, było jej smutno i potrzebowała ludzkiego ciepła? W każdym razie wróciła brzemienna, a katolickie wychowanie nie pozwalało jej nawet myśleć o przerwaniu ciąży. Męczyła się długo nic nikomu nie mówiąc, a gdy nie było już sposobu jak ukryć brzuch, wyjechała do innego miasta i urodziła chłopczyka. Odczekała jakiś czas, wróciła i poinformowała, że wzięła go z sierocińca.

– Co patrzysz taki zdziwiony? Maggda i Justyna były szanowanymi powszechnie lesbijkami! Ludzie znali je i akceptowali bo były przyzwoitymi ludźmi. Los ciężko je doświadczył, ale to co zrobiła Maggda to była zdrada! – Jack spojrzał ostro. Absolutnie stoję po stronie Justyny! To była para porządnych ludzi, ale winę ponosiła moja bratanica Maggda, nikt inny!

– I wtedy – Jack westchnął głęboko. Kiedy wydawało się, że wszystko się uspokoiło, kiedy wszyscy zaakceptowali, że Maggda i Justyna adoptowały chłopczyka, Justynę ukąsił jadowity wąż. Na spacerze z małym schyliła się po zabawkę, która wypadła z wózka… Justyna umarła.

Pociąg Maggdy spowiły potoki ponurego deszczu. Patrzyła to na nieruchome ciało Justyny, to na chłopca, a lepka duszność utrudniała jej oddech. Przekleństwo! Wołała w duchu pełna rozpaczy. Siła konieczności odebrała jej wszystko, co kochała. Wynurzyła głowę z tego snu na jawę i oddychała pospiesznie, jak człowiek zanurzony po szyję w wodzie. Pociąg Maggdy uciekał, gnał wzdłuż poszarpanych klifów, wiatr dudnił w szyby, aż nagle wszystko ucichło, pogrążone na wieczność w potężnej skarpie.

Zaróżowiony porankiem świt przypędził trzódkę białych obłoków, odsłonił kuter owijający się pępowiną dymu wokół młodego słońca. Świt rozjaśnił nagie urwisko w wiecznym i przyjaznym sojuszu z morzem. W dole majaczył zarys ciał dwóch kobiet i dziecka. Maggda z trudem i zdziwieniem uświadomiła sobie, że przecież je zna.

Andrzej Szmilichowski

 

 

 

 

Lämna ett svar