Wreszcie są powody do dumy

Szwecja tak dalece nie interesowała się losem Raoula Wallenberga, że CIA zmontowała międzynarodową prowokację, aby wywołać dyplomatyczne działania ze strony Sztokholmu. Czy ta bierność mogła wynikać z faktu, iż Sowieci aresztowali szwedzkiego dyplomatę z ogromnym ładunkiem złota i kosztowności ukrytym w jego samochodzie?

W swoim tekście o inauguracji obchodów stulecia urodzin Wallenberga w „NGP” nr 5/2012 zapowiadałem ukazanie się na szwedzkim rynku księgarskim dwóch biografii tego szwedzkiego dyplomaty – działającego na zlecenie służb amerykańskich – który w 1944 r. uratował życie tysięcy węgierskich Żydów, a następnie został skrytobójczo zamordowany przez Sowietów. Teraz, gdy uroczystości zbliżają się do końca, można stwierdzić, iż obie te książki, czy dokładniej mówiąc: dwa opasłe tomy, rzeczywiście stały się najważniejszymi wydarzeniami rocznicy. I to nie tylko z naukowo-historycznego punktu widzenia. Media też miały pożywkę:  autorzy i wydawcy wdali się w różne ostre polemiki prasowe, a w przypadku  pracy „Det står ett rum här och väntar på dig…. Berättelsen om Raoul Wallenberg” pióra Ingrid Carlberg – mieliśmy do czynienia z wydarzeniem literackim. Jest to pozycja wybitna, jedyne porównanie jakie przychodzi mi do głowy jeśli chodzi o biografistykę ostatnich lat, to kongenialna księga o Czesławie Miłoszu stworzona przez Andrzeja Franaszka.

Praca Carlberg jest starannie zdokumentowana, eurudycyjna, a przy tym świetnie skonstruowana i napisana. Wprowadzenie współczesnych przerywników, formułowanych w pierwszej osobie i pokazujących postęp mrówczej pracy autorki, tylko na pozór wychodzi poza kanony tego typu literatury. Tworzenie biografii to przecież proces pasjonujący sam w sobie, zwłaszcza gdy dotyczy tak ważnej oraz interesującej postaci jak Wallenberg, wymagający niezliczonych spotkań, rozmów z ludźmi, podróży w czasie oraz przestrzeni, nie mówiąc już o gigantycznej robocie w archiwach (książka opatrzona jest 1705 obszernymi przypisami!). Równocześnie zabieg taki pozwala na radykalne skrócenie dystansu pomiędzy pisarzem i jego bohaterem. Nic zatem dziwnego, iż Carlberg dała swej pracy podtytuł: „opowieść”. To ona opowiada, nie pożółkłe dokumenty, czy wyblakła pamięć świadków. I czyni to niezwykle zajmująco, jej bohater, tradycyjnie przedstawiany jako postać mocno enigmatyczna, staje się człowiekiem z krwi i kości, posiadającym rodzinę, zainteresowania, pasje. Już jako 19-latek opowiadał się za zjednoczeniem Europy! Znaczna część książki poświęcona jest tragedii jego bliskich, nieustających przez całe dziesięciolecia w poszukiwaniach zaginionego krewnego oraz nikczemnej postawie władz Szwecji, a zwłaszcza jej ambasadora w Moskwie Söderbloma, jakby zupełnie niezainteresowanych jego osobą. Carlberg doszukała się tu sensacyjnych wątków – w 1978 r. CIA zaczęła fabrykować fałszywe zeznania byłych więźniów Gułagu (m.in. polskiego Żyda Abrahama Kalinskiego), którzy mieli rzekomo widzieć Wallenberga przy życiu grubo po przypuszczalnej dacie jego śmierci w 1947 r. – tylko po to, by sprowokować Szwedów do ponownego wywarcia nacisku na ZSRR w celu wyjaśnienia losów dyplomaty.

Nie ze wszystkimi tezami autorki się zgadzam – zwłaszcza z tą wskazującą na przypadkowość wyboru Wallenberga przez Amerykanów do misji na Węgrzech, ale lekturę gorąco polecam.

Monument upamiętniający Raoula Wallenberg w Sztokholmie. Foto: Wikimedia

Druga pozycja – „Raoul Wallenberg. En biografi” Bengta Jangfeldta wywołała już większe kontrowersje. Z jednej strony przyniosła kilka ciekawych faktów, mogących mieć znaczenie dla zrozumienia dlaczego Sowieci aresztowali i zamordowali szwedzkiego dyplomatę, a Szwecja była tak pasywna w jego poszukiwaniach, z drugiej zaś, mimo tych nowych hipotez, nie wzbudziła entuzjazmu historyków i krytyków. Podkreślano np. iż napisana została na klęczkach, czołowy szwedzki historyk, specjalista od spraw Europy Wschodniej, prof. Kristian Gerner stwierdził wprost, iż jest to „hagiografia”. Gwoli sprawiedliwości: tom ten zawiera bardzo ciekawy materiał ikonograficzny, potwierdzający iż ów „święty Raoul” zanim podjął się swej misji był naprawdę zdolnym architektem i rysownikiem. Jest tu też prawdziwy artystyczny cymes – kolorowa reprodukcja teki podarowanej Wallenbergowi przez węgierskich współpracowników na Boże Narodzenie 1944 roku zatytułowanej: „Der Schutzpass in der Kunstgeschichte”, będącej dowcipnym malarskim hołdem złożonym jego najcenniejszemu autorskiemu pomysłowi jakim był właśnie Schutzpass – szwedzki paszport ochronny wystawiany budapeszteńskim Żydom.

Niestety, dzieło Jangfeldta okazało się być ukradzionym pomysłem. Wydawnictwo Norstedts, które opublikowało książkę Ingrid Carlberg, oskarża przede wszystkim sztokholmskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które dowiedziawszy się o pracy nad biografią Wallenberga podjętą przez pisarkę (było to jesienią 2009 r.) szybko „zasugerowało” Jangfeldtowi stworzenie konkurencyjnej książki. Konkretnie zrobił to doradca ministra Carla Bildta Olof Ehrenkrona. Pikanterii tej historii dodaje fakt, iż Carlberg jest prywatnie żoną czołowego socjaldemokratycznego polityka Pära Nudera, czyli przedstawiciela przeciwnego obozu politycznego. Nordstedts wskazuje, że zakulisowa, polityczna decyzja o stworzeniu drugiej, „słuszniejszej” biografii Wallenberga, oznacza dla wydawnictwa konkretne, wymierne straty finansowe. MSZ broni się, iż Carlberg jest mniej znaną, nietłumaczoną dotąd na obce języki autorką, zaś docent Jangfeldt znaną powszechnie „gwiazdą”. Tyle tylko, że ta światowa sława Jangfeldta ma nieco dwuznaczny charakter, na przykład w kręgach historyków sztuki oskarżany jest o przywłaszczenie sobie czterech obrazów słynnego Kazimierza Malewicza, wartości co najmniej kilkunastu milionów dolarów. Pisałem o tym obszernie w swojej książce „Spokojnie, to tylko sztuka” (Polonica, 2008). Jakby na pocieszenie Ingrid Carlberg otrzymała niedawno nominację do prestiżowej nagrody „Augustpriset” (ogłoszenie wyników 26 listopada br.) w kategorii literatury faktu. Nie zdziwię się jednak, gdy wyróżnienie to zdobędzie, bo zasługuje na nie bez względu na wszelkie towarzyskie i polityczne rozgrywki.

Jengfeldtowi przypadło natomiast w udziale zelektryzowanie szwedzkich i zagranicznych mediów informacjami o bezpośrednich przyczynach aresztowania Wallenberga. Oto precyzyjnie dokumentuje on w swej książce przebieg wydarzeń z połowy stycznia 1945 r., kiedy Armia Czerwona była o krok od Budapesztu. Jego zdaniem, jest to klucz do zrozumienia dalszych losów szwedzkiego dyplomaty. Wallenberg postanowił wtedy przedostać się ze stolicy do Debreczyna i spotkać się z dowódcą frontu sowieckiego, marszałkiem Rodionem Malinowskim. Do celu nie dotarł, 13 stycznia 1945 r. wraz ze swym kierowcą został zatrzymany przez sowieckich żołnierzy. W jego służbowym studebakerze znaleźli oni co najmniej 15 kg złota i biżuterii. Ładunek kosztowności ukryty był w baku samochodu. Dyplomata miał też przy sobie duże ilości gotówki w różnych walutach. Na tej podstawie Sowieci oskarżyli go o współpracę z Niemcami, przypuszczając, że złoto pochodzi od nazistów. Tymczasem był to depozyt pochodzący od żydowskich mieszkańców Budapesztu, którzy lokowali swoje mienie w przedstawicielstwach państw neutralnych, tak by nie wpadło w ręce Niemców lub Sowietów. W styczniu 1945 r. Wallenberg ocenił, że placówka nie jest bezpieczna (faktycznie, została splądrowana trzy tygodnie później), dlatego chciał wywieźć najcenniejsze przedmioty. I to one stały się jego zgubą. Na dodatek szwedzki MSZ uznał okoliczności wpadki Wallenberga za tak żenujące, iż ostudziło to chęć niesienia mu pomocy na dobrych parę lat. W rezultacie – najprawdopodobniej 17 lipca 1947 r.– dyplomata został zamordowany w więzieniu na Łubiance.

Jangfeldt wskazuje, że fakty te były już wcześniej znane, ale na dobrych 60 lat wolano o nich zapomnieć, łatwiej było spekulować, iż Rosjanie aresztowali i zgładzili dyplomatę jako „amerykańskiego szpiega” albo ze względu na kontakty rodziny Wallenbergów z hitlerowskimi firmami i bankami, czy też dlatego, iż w jego notesie zapisane były numery telefonów do pułkownika SS Adolfa Eichmanna, u którego podejmował interwencje (choć ten nazywał go „żydowskim psem”). Oczywiście w niczym nie umniejszałoby to skali zasług i bohaterstwa Raoula Wallenberga.

Wspomniany już prof. Gerner jest jednak sceptyczny co do znaczenia faktu przyłapania Szweda z „kontrabandą”. Uważa, że o jego tragicznym losie przesądziło to, iż cała akcja ratowania Żydów przeprowadzona była z inicjatywy władz USA, a szwedzki MSZ stworzył jej tylko formalne warunki. Dlatego Sowieci nie uważali Wallenberga za prawdziwego dyplomatę. I co najważniejsze – ktoś taki jak on, kto ratował życie ludzkie z przesłanek humanitarnych, zupełnie nie mieścił się w świecie ich pojęć – podkreśla Gerner.

Był jednakże w mijającym roku taki moment, kiedy Carlberg i Jangfeldt solidarnie zwarli szeregi. Oto w poważnym skądinąd dzienniku „Dagens Nyheter” ukazał się w sierpniu zupełnie kuriozalny tekst Henrika Arnstada, dziennikarza i historyka, w którym autor dowodził, iż zasługi Wallenberga w ratowaniu Żydów w czasie Holocaustu są przeceniane („w rzeczywistości był on tylko niskiej rangi urzędnikiem w ogromnej szwedzkiej machinie przeciwdziałającej Zagładzie”) , a uznanie na tym polu należy się przede wszystkim rządowi Szwecji oraz jego ministerstwu spraw zagranicznych („Osoba prywatna Wallenberg nie uratowała żadnych Żydów – tego dokonało państwo szwedzkie”). Autorzy obu biografii, podobnie jak inni polemiści, nie mieli trudnego zadania, by wykazać, iż są to brednie – Wallenberg, oprócz rzeczywiście istotnej pomocy ze strony kilku kolegów ze szwedzkiej legacji w Budapeszcie, nie miał żadnego wsparcia „oficjalnego” Sztokholmu. Co więcej, władze później nie uczyniły nic, by uratować go z rąk sowieckich. Miliony koron na jego misję nie pochodziły z funduszy MSZ, lecz od organizacji amerykańskich i żydowskich – podkreśla Jangfeldt. Rząd w obliczu Holocaustu wykazywał się przede wszystkim biurokratycznym oportunizmem, a nie heroizmem – to konkluzja sformułowana przez praktycznie wszystkich zabierających głos w tej sprawie. To dopiero dziś Szwecja zaczyna dojrzewać do dumy z dokonań Raoula Wallenberga.

Piotr Cegielski

Tekst był publikowany w Nowej Gazecie Polskiej w 2012 roku.

 

Lämna ett svar