ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: O umieraniu

Świat wpadł w obsesję na punkcie śmierci. Dzienniki telewizyjne od Bombaju przez Warszawę po Nowy Jork zaczynają się od dwóch cyfr: ilość nowozarażonych, ilość zgonów. W Polsce druga cyfra przekroczyła osiemdziesiąt sześć tysięcy. To jakby zapadło się pod ziemię duże miasto. Aż ciarki chodzą po plecach kiedy sobie uzmysłowię, że gdy zamieszkaliśmy w 1947 roku w Gdyni, liczyła właśnie około osiemdziesięciu tysięcy mieszkańców. Orłowo, Mały i Wielki Kack, Chylonia, Cisowa, Obłuże, ulice, skwery, wille, porty, wszystko out, NIE MA NIC, jeden wielki lej, jak dziura po zębie. Straszna wizja.

Śledzę licznik śmierci w Polsce, w Szwecji, na świecie. Początkowo codziennie, bez mała obsesyjnie liczyłem, liczyłem, liczyłem.., i cyfry stawały się z każdym tygodniem jakby mniej dramatyczne. Przywykłem? To jedno, drugie że pandemia nie jest heroiczna. Trupy nie walają się po ulicach, nikt nie ucieka, sklepy spożywcze i stacje benzynowe nie są oblegane, nie grasują szajki rabusiów i bandytów.

Kiedyś, dawniej, jak nadchodziła katastrofa wojny, pakowało się na wóz dzieci i żonę, pierzynę i słoninę, i wio! Moja mama, babcia i dwuletni ja, trochę podwodami a trochę koleją, dotarliśmy z Dębicy do Warszawy. Dziś państwa mówią obywatelom – Zostańcie w domu! Nie ma widowiska, nie ma z czego zrobić Bitwy pod Grunwaldem. Covid się skrada i dla niestety wielu jakby go w ogóle nie było. Tylko te cyfry, te cyfry!

Opisać covidową śmierć trudna sprawa. Ciche umieranie, nie przeciw komuś, nie z samopałem i szablą w dłoni, tylko po prostu przestaje się oddychać i już. W cichym umieraniu nie ma potencjału. Przyjaźnie, wspomnienia, migawki zdarzeń i nagłe nieobecności, jesteśmy zawieszeni w oczekiwaniu, w nibyczasie, który nas przeczołguje.

To wszystko nie jest łatwe. Fakt, że dzieją się rzeczy śmiertelnie poważne, dotarło do mnie dopiero po paru miesiącach. Aż dziw bierze, przecież moje miejsce w grupie najstarszych seniorów! Nie byłem w stanie, nie potrafiłem traktować tego poważnie, ponieważ wokół mnie nie zauważałem większych zmian. Jak tu się mierzyć z czasem, z tym jak najbardziej teraźniejszym czasem świata pogrążonego w pandemii? Trawersując dwuwiersz Wojciecha Młynarskiego: Jeśli z kamienia serce masz / To ci wychodzi na twarz

Przytłaczający ciężar umierania w ciszy. Tąpnięcie organizmu… i wszystko się sypie. Nagle wysportowany pełen werwy człowiek nie może złapać oddechu, nie może chodzić, wstać z łóżka. Umiera ciało, staje się odległe i obce, umiera mózg i broni się coraz dłuższymi przerwami świadomości. Stan umysłu przechodzi w stan duszy, człowiek odchodzi.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar