Polski Dom Dziecka w Bolszoj Jerbie

Dzieci deportowane ze wschodnich ziem II Rzeczypospolitej przez sowieckich okupantów przechodziły błyskawiczny „kurs dorosłości”. Osierocone lub pozostające bez opieki, trafiały do sowieckich ochronek, gdzie groziło im wynarodowienie. Dlatego jednym z najważniejszych zadań, jakie postawiła przed sobą w 1941 r. ambasada RP w ZSRS, była organizacja polskich sierocińców.

Z Krasnoborek do Bolszoj Jerby

Enkawudziści wtargnęli do domu Mroziewskich w Krasnoborkach koło Sztabina nocą 20 czerwca 1941 r. Witolda, który był głową rodziny, już dwa tygodnie wcześniej zabrali do budowy bunkrów nad Biebrzą. Jego żona Maria, wraz z dziećmi: Stasią, Czesiem, Wiesiem i Halinką została deportowana. Szczęśliwe życie rodziny zostało przerwane na zawsze (W 1945 r. Witold został zamordowany przez Sowietów w czasie obławy w lasach augustowskich). Pakując się w pośpiechu, Maria zdążyła zabrać tylko pościel, trochę ubrań, jedzenia, siekierę i piłę. Przerażoną kobietę z dziećmi przewieziono najpierw na stację Jastrzębna, potem do Augustowa. Stąd 22 czerwca pociąg ruszył w długą trasę: przez Grodno, Mińsk, Omsk, Nowosybirsk, Tomsk aż do Aczyńska, gdzie część wagonów odczepiono i skierowano do Irkucka. Pozostałe dotarły do stacji Son (obecnie Sonskoje) w Chakaskim Obwodzie Autonomicznym. Tam, niczym na „niewolniczym targu”, przewodniczący okolicznych kołchozów wybierali sobie spośród deportowanych najlepszych ludzi do pracy. Maria trafiła do kołchozu Krasnyj Bajec (czerwony żołnierz) we wsi Bolszaja Jerba (rejon bogradzki), położonej 35 kilometrów od stacji. Wraz z sześcioma innymi rodzinami z Polski zamieszkała w starym, drewnianym baraku z dwiema izbami i kuchnią. Położoną w Górach Sajańskich wieś Bolszaja Jerba zamieszkiwali głównie Rosjanie i miejscowi Chakasi. Pierwsze wrażenia Stasi Mroziewskiej z nowego miejsca nie zapowiadały późniejszych dramatów: „Na stacji Son krajobraz przepiękny. Pełnia lata, lipiec 1941 r. Góry całe w kwiatach… Wieś, do której przyjechaliśmy, leży w przepięknie położonej dolinie rzeki Jerby, dopływie Jeniseju”.

Z Krasnoborek do Bolszoj Jerby trafiła też pani Byczowa z czwórką dzieci, Władysław Sztukowski i szwagierka Marii Apolonia Karp z dziećmi: Ryszardem i Jarosławą. To właśnie dzięki Apolonii powstał w Bolszoj Jerbie polski dom dziecka.

Bilet dla Apolonii

Represyjna polityka Sowietów wobec deportowanych Polaków złagodniała nagle po tym, jak w czerwcu 1941 r. zaatakowali ich Niemcy. Wkrótce ZSRS nawiązał zerwane w 1939 r. stosunki dyplomatyczne z rządem Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie i udzielił deportowanym „amnestii”. Jednocześnie robił wszystko, by zatrzymać ich na miejscu, zdając sobie sprawę, że stanowią tanią „siłę roboczą”. To dlatego wiadomości o podpisaniu 30 lipca 1941 r. układu Sikorski–Majski i powstaniu polskiej ambasady docierały do  deportowanych z dużym opóźnieniem. Ta piorunująca wręcz informacja przywracała wycieńczonym głodem i pracą ponad siły nieszczęśnikom wiarę w przyszłość i przypominała, że polski rząd istnieje, że są ludzie, którzy chcą im pomóc. W 1942 r. mieszkańcy Bolszoj Jerby dowiedzieli się, że do Krasnojarska przyjechali przedstawiciele polskiej ambasady (przeniesionej po niemieckiej agresji do Kujbyszewa), którzy poszukują mieszkających w okolicy Polaków. Jako pierwsza zareagowała Apolonia Karp, która wysłała depeszę z informacją, że w Górach Sajańskich żyje wielu jej rodaków. Stanisława Mroziewska wspominała później, że odpowiedź przyszła szybko. Apolonia została zaproszona do delegatury ambasady polskiej w Krasnojarsku. Żeby mogła pokonać 500 kilometrów dzielących kołchoz od Krasnojarska, każdy z miejscowych Polaków musiał coś sprzedać i dołożyć się do jej biletu na pociąg. Ale było warto! Apolonia wróciła z oficjalną nominacją na „męża zaufania” na cały rejon i z zadaniem sporządzenia spisu wszystkich Polaków. Szybko ruszyła w trasę, jeżdżąc czym popadło, najczęściej wołami zaprzężonymi w drabiniasty wóz. Mimo trudności, szybko udało się jej odnaleźć niemal wszystkich i wysłać spis do Kujbyszewa.

Dziewczęta z polskiego domu dziecka w Bolszoj Jerbie, ZSRS, 1943

Brudne, zawszone, wygłodzone…

Podczas wizyty w Krasnojarsku Apolonia Karp otrzymała polecenie zorganizowania w Bolszoj Jerbie polskiego domu dziecka. Miejscowe władze przeznaczyły na ten cel trzy stare, wymagające remontu baraki. W budowę ochronki zaangażowali się Polacy z okolicznych kołchozów: rąbali i ściągali z gór drewno, z którego wykonywali łóżka, ławki i stoły. W jednym baraku znalazła się sypialnia dla dziewczynek i stołówka, w drugim kuchnia, w trzecim zaś ulokowano najmniejsze dzieci. Zbudowano też czwarty barak, który przeznaczono na sypialnię dla chłopców, a także banię (łaźnię).

Pierwsza grupa 130 dzieci w wieku od 3 do 16 lat, zabranych z sierocińców położonych na północy ZSRS, przyjechała koleją. Mimo mrozu sięgającego 45 stopni Celsjusza, były lekko ubrane i kuliły się z zimna pod kocami. Były brudne, zawszone, wygłodzone, przeważnie nie miały butów. Sześcioro wkrótce zmarło…

Dyrektorem Polskiego Domu Dziecka w Bolszoj Jerbie został Franciszek Karpiński, przedwojenny wykładowca chemii na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Apolonia Karp została jego zastępczynią. Wychowawcami byli m.in. Wanda Surkont, Zenon Jaworowski, Irena Borkowska, Zofia Łyżnik i Helena Sztukowska. Gotowaniem zajęła się m.in. Maria Mroziewska, opieką nad najmłodszymi dziećmi: Anastazja Pycz i Jadwiga Karp. Wychowanków było w sumie 180, a pracowników – 36. Wyżywienie w sierocińcu było początkowo bardzo skromne, np. na śniadanie była kawa i kromka pieczonego na miejscu chleba. Dzieci pomagały w sprzątaniu, gotowaniu, pracy w polu czy przy inwentarzu. Za dary otrzymane z zagranicy udało się kupić trzy krowy, dwa konie i kilka świń, ale trzeba było zdobyć dla nich paszę. Stanisława Mroziewska wspominała: „Wywieziono nas wołami, takich 13-, 14-latków, daleko w góry, pod szałasy z gałęzi i liści, pod opieką wychowawców, na tzw. paszniu – na łąki. Tam dziewczynki z grzybów i jagód oraz warzyw przygotowywały posiłki. Chłopcy kosili trawę, a dziewczynki grabiły siano i po kilku dniach zwożono to siano z gór. Była to ciężka praca, ponad siły, ale konieczna”.

Pod opieką świata

Od początku istnienia sierocińca ambasada słała w świat apele o pomoc materialną i rzeczową. Napływające do ZSRS produkty żywnościowe, ubrania, leki i inne artykuły pierwszej potrzeby kierowane były do Centralnego Magazynu w Buzułuku, magazynów w Archangielsku, Kirowie, Nowosybirsku i Ałma-Acie. Część darów od razu wysyłano z portów rozładunkowych do miejsc, w których były duże skupiska polskiej ludności. Niestety, brak sprawnej organizacji i nadzoru nad pomocą płynącą z zagranicy sprawiał, że nie docierała ona do wszystkich potrzebujących. Do domu dziecka przysyłano jednak odzież, obuwie, leki, mąkę, żółte sery, konserwy mięsne, cukier, kawę, herbatę itp.

Poważnym problemem były w sierocińcu choroby. Stanisława Mroziewska pisała:  „Każdą wiosną w Polskim Domu Dziecka panował szkorbut, gniły dziąsła, trapiły różne inne choroby, głównie malaria. Nie było leków. Rosjanie podpowiadali nam, że latem należy zbierać w górach korzonki dzikiego czosnku oraz soczyste łodygi różnych ziół, których w górach było pod dostatkiem, a które spożywało się jako sałatki. One goiły dziąsła i chroniły przed chorobami”.

Oprócz utrzymania, mieszkania i opieki lekarskiej, sierocińce zapewniały dzieciom edukację i wychowanie. Polskie władze zdawały sobie sprawę z tego, że dla dzieci była to często jedyna szansa na kontakt z językiem ojczystym i polską kulturą, a co za tym idzie – sposób na to, aby nie uległy one wynarodowieniu. Starano się, by nauczycielami zostawały osoby z odpowiednimi kwalifikacjami, w praktyce często było to jednak niemożliwe. Organizatorzy szkół napotykali na liczne trudności: brakowało pomieszczeń, papieru, podręczników. Ambasada próbowała temu zaradzić drukując na łamach tygodnika „Polska” instrukcje i pomoce naukowe.

W Bolszoj Jerbie udało się zorganizować czteroklasową szkołę. Stanisława Mroziewska wspominała, że uczono w niej pisania i czytania po polsku, geografii oraz historii Polski i świata, modlitw „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” oraz „kulturalnego zachowania w stosunku do siebie i dorosłych”. Prezentowano sztuki teatralne, pokazy tańca i jasełka, którymi bardzo interesowała się miejscowa ludność.

Jasełka w polskim domu dziecka w Bolszoja Jerbie, ZSRS, 1942-1946

Koniec nadziei ?

Wraz z rozbudową jednostek Armii gen. Władysława Andersa, zaczęły nasilać się napięcia w stosunkach polsko-sowieckich. Wiosną 1942 r. wstrzymano rekrutację do polskiej armii, a latem rozpoczęły się aresztowania mężów zaufania, a potem – pracowników likwidowanych delegatur. Brak personelu uniemożliwiał odbieranie i rozdzielanie pomocy nadchodzącej z zewnątrz, interwencje w sprawie obywateli czy kierowanie placówkami opiekuńczymi.

W lipcu 1942 r. Apolonia Karp i pozostali pracownicy Polskiego Domu Dziecka zostali aresztowani. Przez kilka dni przetrzymywano ich w siedzibie NKWD w Bogradzie i przesłuchiwano, a na koniec zaproponowano zrzeczenie się polskiego obywatelstwa. Ponieważ dawało to możliwość powrotu i dalszej opieki nad dziećmi, większość aresztowanych propozycję tę przyjęła.

Tymczasem do ambasady napływały niepokojące informacje dotyczące polskich placówek opiekuńczych: wiele z nich likwidowano, dzieci przekazywano do sowieckich sierocińców, a personel przenoszono do okolicznych kołchozów. Wstrzymywano też dostawy żywności. W niektórych miejscach zaniechano nauki języka polskiego i usunięto wszelkie symbole kojarzące się z polskością. Wprowadzano sowieckie regulaminy, zabroniono praktyk religijnych.

Na przełomie 1942 i 1943 r. strategiczna pozycja ZSRS uległa diametralnej zmianie. Zwycięstwa Armii Czerwonej sprzyjały zaostrzeniu konfliktu polsko-sowieckiego. 16 stycznia 1943 r. Sowieci wydali rozporządzenie w sprawie likwidacji polskiej sieci opieki. Zaczęto zamykać polskie szkoły, w lutym zamknięto delegatury. Najszybciej i najbardziej brutalnie zakłady opieki niszczono na północy i w centrum ZSRS: personel zwalniano, placówki likwidowano, a pensjonariuszy przenoszono do innych, często dzieląc zżyte ze sobą grupy. Na południu wszystko było rozłożone w czasie. Miejscowe władze starały się nie likwidować stworzonych przez ambasadę struktur, a jedynie wyznaczać sowieckie kierownictwo i własny personel.

Kiedy w kwietniu 1943 r. Niemcy poinformowali o odkryciu zbiorowych grobów polskich oficerów rozstrzelanych przez NKWD pod Katyniem, ZSRS zerwał stosunki dyplomatyczne z polskim rządem. Ambasadę w Kujbyszewie zlikwidowano.

Pod opieką komunistów…

Na początku czerwca 1943 r. w Moskwie odbył się założycielski zjazd Związku Patriotów Polskich – organizacji podporządkowanej władzom ZSRS. Uczestnicy zjazdu wezwali do „jak najczynniejszego współdziałania” z nimi przy organizacji polskich przedszkoli, szkół, wszelkich placówek kulturalno-oświatowych, a także kursów języka polskiego i literatury, historii i geografii Polski.

Instytucją, która miała zajmować się polskimi dziećmi, był powołany 30 czerwca 1943 r. Komitet do spraw Dzieci Polskich, tzw. Kompoldiet, którego przewodniczącym został Grigorij Ignatjewicz Iwanienko. Z ramienia ZPP w skład Komitetu weszli: Stanisław Skrzeszewski (zastępca przewodniczącego) i Henryk Wolpe. Kompoldiet działał poprzez inspektorów terenowych – polskich nauczycieli, którzy zapisali się do ZPP. Wszystkie inicjatywy Kompoldietu były wzorowane na systemie sowieckim. Do jego podstawowych zadań należała organizacja żłobków, przedszkoli, domów dziecka i klas polskich przy istniejących placówkach sowieckich, organizacja kursów, zakup i wydawanie polskich książek. Sierocińce miały być zaopatrywane przez bazy Uprosobtorga (specjalny urząd zaopatrujący Polaków) m.in. z zapasów pozostałych w magazynach przejętych od ambasady i delegatur polskich. Przy domach dziecka otwierano także gospodarstwa pomocnicze, co miało pomóc w dożywianiu dzieci. Planowano też organizację warsztatów, kółek zainteresowań (dramatycznych, rękodzielniczych, recytatorskich, tańca, śpiewu), udział dzieci w przygotowaniu polskich i sowieckich uroczystości. Poprawiło się nieco zaopatrzenie w pomoce naukowe.

Wkrótce władze sowieckie uruchomiły akcję propagandową, której celem była dyskredytacja wcześniejszych działań polskiej ambasady. Podkreślały, że stan większości domów dziecka był opłakany, że prowadzili je przypadkowi ludzie, poziom szkół był bardzo niski, a wychowanie dzieci prowadzono w duchu antysowieckim. Argumentowano w ten sposób konieczność „uporządkowania” placówek i redukcję ich liczby. Nie ulega jednak również wątpliwości, że bez dalszej pomocy i opieki organizowanej przez Kompoldiet polskie dzieci nie miałyby najmniejszych szans na przeżycie i powrót do kraju. Katarzyna Żdanowicz, była pracownica delegatury w Krasnojarsku, pracowała w Bolszoj Jerbie jako nauczycielka i opiekunka. Warunki panujące wówczas w sierocińcu opisała następująco: „Podręczników oczywiście nie miałyśmy, brakowało też zeszytów, papieru i niezbędnych pomocy naukowych, więc improwizowałyśmy, jak mogłyśmy. Dzieci były dobre, posłuszne, chętnie uczyły się. Były nieźle, jak na wojenne czasy, karmione i odziane”.

Jeden z podopiecznych, Edward Cymerman, deportowany w lutym 1940 r. wraz z rodzicami i czworgiem rodzeństwa ze Śmigłowa (powiat Zaleszczyki) wspominał, że w sierocińcu brakowało jedzenia, i aby dostać dodatkową kromkę chleba, należało napełnić wodą dwustulitrową beczkę. Chcąc się najeść, chłopcy musieli walczyć o miejsce w kolejce do noszenia wody. Próbowali też innych sposobów na zaspokojenie głodu. Pod barakiem, w którym mieszkali, znajdowała się piwnica z ziemniakami. By dobrać się do nich, chłopcy wydłubali nożami dziurę w podłodze. Na szczęście dzieci znajdowały też czas na drobne przyjemności. Kiedy rzeka Jerba zamarzała, dzieci robiły sobie wówczas z drewna łyżwy lub sanki i ślizgały się do woli.

Dziewczęta z polskiego domu dziecka w Bolszoj Jerbie, ZSRS, 1942

Dyrektor znikł bez śladu…

Nową kierowniczką Polskiego Domu Dziecka w Bolszoj Jerbie została Rosjanka Maria Andrejewna Pluszczyk. Pod jej zarządem funkcjonowanie placówki nie zmieniło się znacząco choć np. starsze dzieci musiały odtąd chodzić do siedmioklasowej szkoły sowieckiej. Były dyrektor Franciszek Karpiński został aresztowany przez Sowietów w 1945 r. Helena Błażewicz, wykształcona przed wojną nauczycielka, która przybyła do Bolszoj Jerby w maju tr. wspominała: „Władze zechciały, żeby dyrektor objął dyrektorstwo w kołchozie, na co p. Karpiński nie zgodził się. Więc znaleźli oszukańczy powód i aresztowali go. Znikł bez śladu. Dyrektorem [kołchozu] został p. Sowa”.

Helena Błażewicz odpowiadała w sierocińcu za kwestie wychowawcze. Jak wynika ze sporządzonego przez nią planu pracy na lata 1945–1946, dzieciom należało urządzać pogadanki o treści politycznej, przygotowywać okolicznościowe imprezy na polskie i sowieckie uroczystości państwowe, uczyć je tańców i geografii najbliższej okolicy. Nauczycielka zaplanowała też zajęcia praktyczne: cerowanie pończoch, skarpet, rękawiczek, czapek, dyżury w sypialniach, w stołówce i w kuchni, pracę w polu, w ogrodzie i w lesie. Praca polityczno-wychowawcza miała spowodować, by każde dziecko stopniowo stawało się „człowiekiem świadomym politycznie, zobowiązanym swemu narodowi i ludzkości”. Cel ten należało osiągnąć „drogą wpojenia dziecku pewnych prawd ekonomiczno-społecznych rzucających światło na stosunki polityczne między narodami i państwami, a także wewnątrz społeczeństwa między klasami jego”. Błażewicz zamierzała omawiać „błędy historyczne” i podkreślać pozytywne wydarzenia z przeszłości, do których zaliczyła np. chrzest Polski, unię z Litwą, panowanie Władysława Łokietka, bitwę pod Grunwaldem, tolerancję religijną „złotego wieku”, uchwalenie Konstytucji 3 Maja czy prace Komisji Edukacji Narodowej. Jej zdaniem należało też podkreślać, że Niemcy to odwieczny wróg Polski, która może sobie pomóc tylko „przez zawarcie i utrzymanie ścisłego sojuszu z tym państwem, które szczęśliwym trafem jest jednym z naszych silnych sąsiadów”. Omówienie wydarzeń z historii Polski miało zająć piętnaście godzin. Wychowawcy mieli przygotować uroczystości z okazji dożynek, imienin dyrektora, piętnastej rocznicy utworzenia Chakaskiego Obwodu Autonomicznego, rocznicy rewolucji październikowej, święta odzyskania niepodległości przez Polskę, rocznicy Powstania Listopadowego czy śmierci Adama Mickiewicza. Dzieci miały nauczyć się pieśni: Niesiemy plon, Sto lat, Dzień dzisiejszy upragniony, Hej, z góry jadą Mazury, Warszawianka, Bracia, do bitwy nadszedł czas. Starsza młodzież miała np. wziąć udział w akademii z okazji drugiej rocznicy założenia ZPP.

„Wracamy do Ciebie ukochana Ojczyzno”

Repatriacja wychowanków polskich szkół, domów dziecka i innych placówek stała się możliwa po podpisaniu 6 lipca 1945 r. przez władze Polski „Ludowej” stosownej umowy z Sowietami. Za organizację repatriacji odpowiadały lokalne władze, które miały zaopatrzyć dzieci w ubrania i żywność. Jednak mimo oficjalnych zgód, sprawa powrotu do Polski przeciągała się. Komplikowano kwestie formalno-prawne, żądając np. od osób wnioskujących o polskie obywatelstwo przedstawienia oryginalnych dokumentów sprzed 1939 r. czy uzyskania pisemnej zgody rodziców znajdujących się na terytorium ZSRS na wyjazd ich dzieci. Nie bez znaczenia były też warunki klimatyczne i duże odległości.

W związku z tym, że część dzieci zabierali ze sobą rodzice, na liście repatriacyjnej pojawiały się wolne miejsca. Pracownicy zamieniali więc nazwiska tym dzieciom, które nie mogły udowodnić swego polskiego pochodzenia, i kazali im nauczyć się ich na pamięć, aby podczas kontroli wszystko wyglądało prawidłowo.

Pierwsze transporty ruszyły w lutym 1946 r. Repatrianci jechali głównie w wagonach towarowych, choć niektórych zabierały też pociągi pasażerskie. Raz na dobę otrzymywali gorące posiłki. Transport konwojowała służba ochrony kolei, bliżej granicy z Polską pojawiali się też funkcjonariusze NKWD.

Dla wychowanków z Bolszoj Jerby upragniony dzień wyjazdu nadszedł wreszcie wiosną 1946 r. Przewieziono ich na stację, gdzie czekały już udekorowane zielenią wagony, z napisem: „Wracamy do Ciebie ukochana Ojczyzno”. Stanisława Mroziewska wspominała: „Żegnamy się z Rosjanami. Prości, przemili ludzie, ściskają nas, płaczą i mówią: »Wy już doczekaliście wolności, a kiedy my się doczekamy«. My i Oni czekali na tą chwilę bardzo długo… Pociąg rusza i znowu pieśń »Boże coś Polskę«. Odjeżdżamy, tym razem w otwartych wagonach. Nie towarzyszy nam już NKWD ani żołnierze…”.

K. Śliwowska

www.sybir.bialystok.pl

Publikacja opiera się na wspomnieniach nauczycielek: Heleny Błażewicz i Katarzyny Żdanowicz (po mężu Gruber), wychowanka domu dziecka Edwarda Cymermana oraz Stanisławy Mroziewskiej (po mężu Urbanowicz).
Foto: Apolonia Karp z dziećmi, Bolszaja Jerba, ZSRS, 1942–1943

Lämna ett svar