Aleksander Zorkrot. Człowiek z innego świata. Wspomnienie

Pracował nad nową książką. Miała być kolejną, pewnie ostatnią, po dziesięciu latach przerwy. Ale pisanie nie przychodziło mu lekko, zresztą było zawsze obwarowane bardzo rygorystycznym schematem twórczym – nie było tam miejsca na pośpiech. Ostatni raz słyszeliśmy się na początku lutego 2020 roku. Później zamilkł, ale tłumaczyłem to sobie izolacją z powodu pandemii, a i on potrafił milczeć przez wiele miesięcy. Aleksander Zorkrot zmarł 20 marca 2020 roku w Uppsali. Dowiedziałem się o tym dopiero w styczniu 2021 roku…

Leży przede mną kilka wersji jego życiorysu. Każda do siebie podobna, lakoniczna, w zasadzie o swoim życiu pisał zawsze niewiele. Urodził się w Warszawie 12 grudnia 1949 roku, w latach 1967-1969 studiował filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Do Szwecji przyjechał jako marcowy emigrant w 1969 roku. Kontynuował studia slawistyczne w Uniwersytecie Sztokholmskim. I na tym koniec. Po tej informacji już tylko zestaw książek, które opublikował. Nic więcej. Pod spodem dopisek: „Nie dołączam swego zdjęcia, ponieważ nie chcę go publikować”. W tym postanowieniu wytrwał kolejne 30 lat…

Poznaliśmy się w 1988 roku, gdy ja uruchomiłem moje Wydawnictwo Polonica, niedługo po tym jak pierwszą książkę wydał u mnie Michał Moszkowicz. Zadzwonił Aleksander – a raczej Pan Aleksander, bo nigdy nie przeszliśmy na Ty – i zapytał, czy byłbym zainteresowany wydaniem jego książki. Byłem, chociaż nic z niej nie zrozumiałem, ale moją ambicją było wydawanie polskich autorów mieszkających w Szwecji. Rekomendacji Zorkrotowi udzielił Moszkowicz, także Mirek Garczyński Gąssowski, który jeszcze w 1975 roku, jako pierwszy, w swoim wydawnictwie Jedność, wydał jego debiutancki tomik wierszy „3 x 44”. I tak się ta nasza współpraca zaczęła. Łącznie w Wydawnictwie Polonica ukazało się 8 książek Zorkrota.

Był osobą nietuzinkową, schowaną we własnym świecie, posądzam – cierpiącym na różne przypadłości psychiczne. Niegroźny dziwak. Prawdopodobnie byłem jedną z niewielu osób ze środowiska Polonii, z którą utrzymywał w ostatnich 20-25 latach kontakt. Widziałem go dwa razy w życiu – za każdym razem kupował mój stary komputer, zawoziłem mu go do domu i instalowałem. Pokazywałem jak działają programy, a raczej tylko jeden – ten do pisania tekstów. Ale to było dla niego za trudne. Co jakiś czas wydzwaniał i prosił o pomoc, bo nie był w stanie opanować prostej funkcji zabezpieczenia tekstu w komputerze i później otworzenia go. Więc ten sam tekst pisał od początku. I jeszcze raz od początku… I jeszcze raz…

Z kolei dzięki rekomendacji Zorkrota poznałem w Warszawie Leszka Żulińskiego, dziennikarza, cenionego krytyka literackiego, poetę. Często podczas mojego pobytu w Polsce odwiedzałem go w redakcji – dzięki jego zachęcie pisałem teksty do „Wiadomości Literackich”, gdzie Leszek pracował. I opowiadałem mu o Aleksandrze, zostawiając mu do recenzji jego książki. W 2002 roku tak Leszek pisał do mnie:

„Martwi mnie to co mówisz o Alku. Czy on nie ma nawet tych paru koron, żeby wezwać fachowca od komputera? Jak on żyje? Za co? Czy można mu jakoś pomóc? To był bardzo bliski mój przyjaciel z okresu studiów. Marzyliśmy obaj o „prawdziwej literaturze”, jak jacyś dwaj studenci Turgieniewa czy Czechowa, to wszystko był jakiś romantyczny sen… On w tajemnicy przed nami wyjechał w 69. Zawsze byłem pewien, że zrobił dobrze, że tam przy całej swojej księżycowości, poradzi sobie lepiej niż tutaj. Ale on nawet w Szwecji sobie nie radzi. Bo on jest z innego świata. To wariat literacki, per excellence literacki. To wszystko, oczywiście, nie zraża mnie do niego – raczej wzbudza we mnie jakiś dziwny żal. Bo to jest jeden z wariantów naszej „końcówki”, tej która kiedyś była tak daleko, a teraz jest tak blisko…”

Zrozumieć to, co Zorkrot pisał, było ciężko. To rzeczywiście było z innego świata. Dziełem jego życia była broszura „PoRyW – Program Renesansu Współczesności” (Polonica 1993), która po kilku latach doczekała się zmodyfikowanej treści i ukazała się jako książka „Ratunek dla ludzkości” (Polonica 2000). Michał Moszkowicz tak pisał w recenzji:

Według Aleksandra Zorkrota ratunkiem dla ludzkości będę: zlikwidowanie ludzkie śmiertelności, powstrzymanie przemijania, wyleczenie wszystkich chorób fizycznych, umożliwienie fizycznego powrotu do młodości, wyzwolenie od konieczności biologicznych. Jak zrealizować ten niezwykły program? Na pewno nie zwykłymi środkami. Zorkrot tworzy kosmiczną utopię, gdzie centralne miejsce posiadają jądra osobowościowe, które są odnośnikiem i odbiciem istot ludzkich. Krążą po orbitach Saturna i Ziemi i są zamrożonymi na wieczność esencjami ludzkimi. (…) Każda Utopia jest przekroczeniem niemożliwego i baśniowego. Utopia Zorkrota, jak bardzo byłaby zadziwiająca i nieczytelna, prowadzi, jak wszystkie Utopie, do pragnienia szczęścia i akceptacji człowieka” (Most, nr 1/2001).

Moszkowicz był jednym z niewielu, który przez książki Zorkrota się przedzierał i potrafił w nich odnaleźć jakiś sens. Czasami krzyczał: „to genialne”, innym razem mówił: „czyste wariactwo”.

Poetycką twórczość Zorkrota próbowała z kolei rozgryźć Ewa Sławkowa w eseju „Wciąż mi się wydaje, że powrócę do gniazda mojego. Kilka uwag na marginesie tomu wierszy pt. „Nostalgia” Elżbiety Ścibor-Achenbach, Eugeniusza Wiśniewskiego i Aleksandra Zorkrota” (tekst ukazał się w książce „Polska literatura migracyjna w Szwecji po roku 1989” pod redakcją Ewy Teodorowicz-Hellman i Janiny Gesche, Sztokholm 2017):

(…) Interesująca nas opozycja domu i świata uzyskuje w oryginalnych, przyjmujących często postać gatunkową traktatów czy poematów kosmogeniczno-metafizycznych tekstów uniwersalną perspektywę. Wiersze Zorkrota nie noszą prawie zupełnie piętna osobistej, emigracyjnej biografii. Podmiotem lirycznym jest człowiek – każdy, kto, zagubiony we wszechświecie, nie jest już pewien, „czy do nazwy ziemskiej będzie chciał się przyznać /…/ (A. Zorkrot, s.192). Co oczywiste zatem, pozbawiony jest domu w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Światem jest kosmos, zaś domem planeta Ziemia.

Wiersze Zorkrota były o wiele bardziej zrozumiałe, niż jego eseje. Dotyczyły tych samych tematów, ale poprzez swoją poetycką skrótowość i wieloznaczność mogły pobudzić do refleksji. Michał Moszkowicz cenił sobie jego poezję. Obydwaj z emigracji marcowej, ich drogi skrzyżowały się już na Uniwersytecie Warszawskim, później tutaj, w Szwecji. Wspólnie redagowali pisma OTOTO i ŁokiToki (lata siedemdziesiąte). Nie wiem dlaczego, ale ich drogi później się rozeszły. Być może z powodu tego, że Zorkrot obraził się na Moszkowicza, gdy ten w powieści „Paradyz. Śmierć emigranta” jednym z bohaterów uczynił Zorkrota. Występował tam jako zwariowany autor wybitnego dzieła (chodziło zapewne o „PoRyW”), które miało zrewolucjonizować nasze spojrzenie na świat, a które to dzieło główny bohater „Paradyzu” – alter ego Moszkowicza – miał przemycić do Polski. Jak to w twórczości Moszkowicza bywało, pełno tam było ironii i drwiny. Zorkrot był osobą czułą na takie upokorzenia. Jeszcze po wielu latach – opowiadał mi Michał Moszkowicz – przeżywał to bardzo i dzwonił do niego, by po dłuższej chwili ciszy w słuchawce, gdy było słychać jak nabiera powietrza do ust, wyrzucał z siebie: „Ty Żydzie!”. A obaj byli marcowymi emigrantami…

Zorkrot pisał mozolnie, nie było tam miejsca na chwilowe twórcze natchnienie. Był zazwyczaj pewien utarty schemat. Opowiadał mi jak pisał swoją ostatnią książkę „Apoteoza” (Sztokholm, 2010) – jego najgrubsze dzieło liczące 270 stron. Pisał je tylko w określone dni miesiąca, każdy rozdział musiał mieć dokładnie tyle samo stron, niemal każdy akapit musiał się zaczynać od konkretnego słowa: albo „Lucyfer”, albo „Kanon”, albo „Bohaterka”. Książka ma 10 rozdziałów, pisał dokładnie 10 miesięcy, w określonych godzinach dnia. To było istne szaleństwo. Chyba jedna książka Zorkrota, której nie byłem w stanie przeczytać w całości, mimo że byłem jej redaktorem. Nie sądzę by ktokolwiek ją przeczytał dokładnie… W dodatku język, jako używał, był ezopowy, szyk zdań kłócił się ze zdrowym rozsądkiem, a Zorkrot wymyślał słowa. Początkowo czytając przed drukiem jego maszynopisy zwracałem mu uwagę, że takiego słowa nie ma w słowniku, ale on się tym nie przejmował. Uwielbiał neologizmy, uważał, że dzięki nim jest bardziej interesujący i literacko dojrzały.

Ale to było typowe dla jego pisarstwa. Widać to już w tekście-reportażu z wizyty w Polsce latem 1976 roku, jaki opublikował w drugim numerze OTOTO (marzec 1977):

„Lepiej panu w Szwecji” – tym głęboko ludzkim i humanistycznym /piszę to bez żadnej ironii czy też złośliwości/ pytaniem zaczęła się dla mnie Polska, przerwana w roku 1969. /…/ „Po siedmiu latach na emigracji” – to już była Warszawa, a rzekła to osobowość wręczająca mi na dworcu pęk goździków, pęk krotochwilowy, w barwach polskich, barwach narodowych, zestawionych ze sobą – jak powiedzcież sami, ale wyglądających przecież jak istna krew z mlekiem, którą pożegnałem wtedy. Pożegnać i powitać znowuż słów się obracanie, ich zapędy na tyły tej rzeczywistości, ani wrogiej ani przyjacielskiej, ich sianie zamętu w umyśle pragnącym wciąż się czegoś dowiadywać, coś odkrywać, coś też formułować i spajać myślami.

Po Aleksandrze Zorkrocie zostały cztery tomiki poetyckie („3×44” 1975, „Bohaterka Anna Jo” 1976, „22” 1994, „Przyszłym wiekom” 1999) i pięć książek/traktatów („Datomierz 1985-1986” 1988, „Podomka” – nowela i sztuka teatralna, 1991; „PoRyW” 1993; „Ratunek dla Ludzkości” 2000; „Pełnotłusty sen” 2009; „Apoteoza” 2010). Jego wiersze znalazły się także w trzech antologiach, a „PoRyW” ukazał się także w wersji szwedzkiej jako „Varken-Eller” 1996.

Był członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich w Szwecji (tak pierwotnie nazywało się późniejsze Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Szwecji – organizacji o dość burzliwej i krótkiej historii), ale nie uczestniczył w ani jednym spotkaniu. Na wniosku o przyjęcie w poczet członów organizacji, w miejscu na wpisanie adresu, napisał: „Nie chcę podawać ani mojego adresu, ani telefonu. Wszelkie przesyłki albo informacje do mnie proszę kierować do p. Tadeusza Nowakowskiego, który z n a mój adres”. Taki właśnie był. Skryty, podejrzliwy, zamknięty w swoich dziennych rutynach. Nie mam ani jednego jego zdjęcia, nawet w Leksykonie Emigracji Polskiej w Szwecji zamiast jego portretu jest okładka jednej z jego książek. Wyjątkowy oryginał, który często dzwonił do mnie w piątek, by powiedzieć: „Zyczę Panu i pana rodzinie miłego weekendu”.

„Sen stanowi podstawę, na której się wznosi bytowanie człowieka. Jego pomyślność w ciągu dnia zależy w znacznej mierze od dobrego, pomyślnego snu. Wydarzają się we śnie rzeczy najróżniejsze,  nie objęte wolą ani świadomością. W czasie snu toczy się również istnienie człowieka – często równie ważne, co na jawie”

– pisał Aleksander Zorkrot w „Pełnotłustym śnie” (2009).

Nie jest więc wykluczone, że gdzieś na tym, w drugim świecie, albo w Kosmosie, Zorkrot dalej tworzy, szukając odpowiedzi na egzystencjalne pytania. Tylko kto mu to wyda?

Tadeusz Nowakowski

En reaktion på ”Aleksander Zorkrot. Człowiek z innego świata. Wspomnienie

  1. Piękne wspomnienie… może poza sformułowaniem: ”cierpiał na różne przypadłości psychiczne” (któż na nie nie cierpi?). Pytanie czy cierpiał za miliony czy odważnie – tylko za siebie? Warto byłoby może sprawdzić też parę faktów np. skoro był tak samotny, kto dał ogłoszenie o jego śmierci w Uppsali? Albo jak pamięta go Małgorzata szukająca kontaktu i wpisująca się już po jego śmierci pod recenzją z ”Pełnotłustego snu” na stronach Strefy?
    To tyle, dziękuję za to wspomnienie. Mówi więcej i trafniej o twórczości Zorkrota niż analizy lokalnych ”fachowców” od literatury (e)migracyjnej.

Lämna ett svar