Janeczka

Ten fragment mojej książki ”Ludzie o złotym sercu” poświęcam Janinie Ludawskiej (1919-2019). Piszę o niej nie dlatego, że ja osobiście doświadczyąam jej dobroci, jej złotego serca. Nie jest to zatem pean na jej cześć. Jej postawa życiowa pasuje idealnie do poetyki mojej książki. W trakcie pisania poprzednich rozdziałów tej pozycji, a także mojej drugiej książki, którą się zajmuję (”Chleb i sól na brzegu skały”), zauważyłam, że ja często nawiązuję do tej realnej postaci, z którą los zetknął mnie dopiero tutaj – w Szwecji. Zaobserwowałam także, iż właśnie ja mogę o niej bardzo dużo powiedzieć, z czego wcześniej chyba tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy… Tej etiudce nadałam tytuł ”Janeczka”. Tak nazywano ją zapewne w jej rodzinnym domu. Spostrzegłam, że moja bohaterka lubi to zdrobnienie swojego imienia. Ja od początku nazywałam ją Janka. W tekście używam wersji formalnej imienia – Janina.

Janinę Ludawską poznałam w roku 1986. Mieszkałam w Szwecji od ponad dwóch lat i poszukiwałam stałej pracy. Jako polonista z Polski nie miałam dużych szans na znalezienie dobrej posady. Etaty nauczyciela języka ojczystego były już pozajmowane przez osoby, które wyemigrowały z kraju wcześniej. Pracowałam więc tylko na zastępstwach. Trzeba też dodać, że w tamtym czasie liczyła się rekomendacja – zwłaszcza w przypadku cudzoziemców.

Szukałam zatem zatrudnienia poprzez znajomych. Mietek Górski skierował mnie do Katarzyny Gruber – bibliotekarki w Bibliotece Noblowskiej. Tam jednak nie było dla mnie miejsca, ale Gruber zaprezentowała mnie pracującej na Wydziale Teatru i Filmu Uniwersytetu Sztokholmskiego Janinie Ludawskiej, która wkrótce zaprosiła mnie na rozmowę kwalifikacyjną do prefekta, czyli szefa Instytutu, profesor Kirsten Gram Holmström. Ludawska za niecały rok miała przejść na emeryturę i osoba z humanistycznym wykształceniem oraz dodatkowo z pieniędzmi od państwa (uzyskałam prawo do tzw. lönebidrag, czyli dotacji do pensji ze względu na problemy ze wzrokiem) wydziałowi „spadła jak z nieba”. Tak mi powiedziano. Mój atut stanowił też fakt, że posiadałam już świetne intygi – zaświadczenia z innych miejsc pracy. Najistotniejsza jednak okazała się rekomendacja Janiny Ludawskiej. To właśnie ona – w jeszcze obcym dla mnie kraju – podała mi rękę. Pomogła osobie przecież jej nieznanej. W ten sposób zaczęła się nasza znajomość. Oczywiście miałam też szczęście, że spotkałam wielu życzliwych rodaków, których pomoc w sposób pośredni przyczyniła się do stabilizacji mojego życia na emigracji.

*

Janina prowadziła archiwum przeźroczy o teatrze na Wydziale Teatru i Filmu. Gdy ona zaczynała pracę, było tam zaledwie dwa tysiące pozycji i nie istniał żaden katalog. W momencie jej przejścia na emeryturę znajdowało się tam aż dwanaście tysięcy zdjęć i wprowadzony przez nią katalog krzyżowy, umożliwiający łatwe znalezienie poszukiwanych rzeczy. Archiwum zawierało obrazy związane z teatrem od jego zarania do chwili obecnej z podziałem na epoki i na poszczególne kraje. Najwięcej przeźroczy pochodziło z teatru szwedzkiego. Królowały zdjęcia z przedstawień sztuk Augusta Strindberga. Ludawska opracowała także cały dział poświęcony teatrowi polskiemu, który dzięki niej poznali studenci Instytutu na kierunku wiedza o teatrze. Była też autorką kilku publikacji m. in. Politisk poetisk teater (Polityczny poetycki teatr) – książki poświęconej polskiemu romantycznemu dramatowi i jego scenicznym tradycjom. Prezentacja utworów i ich tłumaczenia na szwedzki w tej pozycji to także jej dzieło. Podziwiałam Janinę za to wszystko…  Podziwiałam ją także za to, że perfekcyjnie zna język szwedzki.

*

Podczas mojej dwudziestoletniej kariery zawodowej w Polsce i wówczas kilkumiesięcznej w Szwecji nigdy nie przyjęto mnie tak serdecznie i zarazem z takim profesjonalizmem w nowym miejscu pracy jak tam, na Wydziale Teatru i Filmu US. Janina Ludawska i Hedda Perska, sekretarka na filmologii i nasza rodaczka, stworzyły mi wręcz cieplarniane warunki w okresie próbnym.

Perfekcyjne opanowanie języka szwedzkiego stało się dla mnie najważniejszą sprawą. Byłam już oczywiście po kursie szwedzkiego dla obcokrajowców, nawet ze świetnym rezultatem, lecz mimo to mój poziom tego języka nie dorównywał poziomowi mojego języka polskiego. Wiedziałam, jaka trudna droga przede mną… Dzięki Janinie miałam jednak możliwość uczęszczania jako wolny słuchacz na wykłady o teatrze, najpierw zanim rozpoczęłam pracę, a później także w trakcie zajęć służbowych na teatrologii. Ta niezwykle korzystna dla mnie sytuacja umożliwiała mi przyswajanie nie tylko wiedzy o teatrze szwedzkim, której nie zdobyłam w czasie studiów w Polsce (znałam jedynie część twórczości dramatycznej Strindberga), ale równocześnie poznawanie terminologii teatralnej w nowym języku. Walczyłam o to, aby sprostać trudnemu zadaniu tak, jak potrafiłam najlepiej.

Moja szefowa nigdy nie odmawiała mi pomocy, nawet w trudnych chwilach jej życia. Ona metodycznie przygotowywała mnie do samodzielnej działalności zawodowej po jej planowanym przejściu na emeryturę. Było to oczywiście konieczne dla zachowania ładu i porządku w archiwum i poszerzania zbiorów. Było to też ważne dla mnie – człowieka, który tak jak ona, znalazł się na obczyźnie.

*

Muszę przyznać, że mimo wszystko znalazłam się w dość niezręcznej sytuacji. Janina Ludawska była bowiem dla mnie wzorem nie do doścignięcia! Wzorem jako specjalista w takich dziedzinach jak: ogólna wiedza o teatrze, wiedza o teatrze szwedzkim i o samym archiwum. Ona przez wiele lat stale i systematycznie pracując, osiągnęła wspaniałe efekty. Naukowcy, lektorzy, studenci i ludzie teatru pożyczali przeźrocza do swoich prac, wykładów, prelekcji. Znali je teatrolodzy w całej Szwecji i także poza nią, gdyż przy okazji każdego sympozjum w Instytucie zagraniczni naukowcy odwiedzali archiwum, wyrażając się o nim z uznaniem. Miało to niejednokrotnie miejsce także za moich czasów. Janina znalazła się więc w niełatwej sytuacji. Odchodząc na emeryturę, musiała się z nim rozstać… Rozstać się z jej ukochanym dzieckiem, które tak długo pielęgnowała, dbając o jego rozwój, a które teraz trzeba było powierzyć komuś drugiemu!

Wracając do sedna sprawy, nie zazdrościłam bynajmniej mojej poprzed-niczce jej przewagi nade mną. Nie! To był przecież początek drogi zawodowej na tym etapie mojego życia i to w obcym kraju. Czułam się szczęśliwa, że mam pracę, którą lubię i która daje mi ogromną satysfakcję. Zaczynałam się czuć tutaj jak ryba w wodzie… tak jak kiedyś w Polsce będąc nauczycielem języka polskiego.

*

Janinę podziwiałam również za jej niezwykłą skromność, prostolinijność, bezpośredniość w relacji z innymi osobami – zawsze ciepła, uśmiechnięta, serdeczna i pomocna, ale równocześnie wymagająca wobec siebie i wobec innych. Nietrudno było też spostrzec, że cieszy się dużym autorytetem pośród teatrologów i filmowców, studentów obu kierunków oraz całego personelu Instytutu. Jej sposób bycia sprawiał, iż odczuwało się względem niej respekt.

*

Nastał czas odejścia Janiny na emeryturę. Był koniec roku 1987. W listopadzie, kiedy Janka jeszcze pracowała, wykorzystałam możliwość i pojechałam na pierwszy po przyjeździe do Szwecji urlop za granicę. Byłam dumna z siebie, że jadę za zarobione przeze mnie pieniądze i to aż do Rzymu. Mimo zmęczenia podróżą zwiedziłam wszystko, co chciałam zobaczyć m.in. Koloseum. Przywiozłam przeźrocza z obiektami teatralnymi do naszego Archiwum. W pracy powiedziano mi, że teatrolodzy, ludzie teatru i filmu, tworzą dla Janiny Ludawskiej książkę jako prezent w związku z jej przejściem na emeryturę. Piękny to zwyczaj! Dotyczył on tylko osób, które w sposób wyjątkowy zasłużyły się dla Wydziału. Zwrócono się też do mnie, abym dołożyła moją cegiełkę. W książce mogły się znaleźć teksty w różnych językach i w różnej formie literackiej. Ponieważ ogromne wrażenie wywarło na mnie Koloseum, napisałam wiersz Refleksje z podróży… Oczywiście po polsku. Jego temat stanowiły rozważania o kruchości istoty ludzkiej w porównaniu z trwałością rzeczy martwych. Przedmioty, które on, człowiek, sam stworzył, pozostają… Pozostają jego dzieła… Koloseum istnieje nadal… Po budowniczych, po ludziach z areny, po widowni nie ma nawet pyłu…

Książka TEATERBILDER. En vänbok till Janina Ludawska zawiera dwadzieścia tekstów naukowców i osób związanych z teatrem oraz długą listę tych, którzy dołączają swoje podzięko-wania dla Janiny za przyjaźń i współpracę.

*

Janina i ja dzieliłyśmy wspólnie gabinet, gdzie stały dwa biurka i dwie szafy – archiwum przeźroczy o teatrze. Czasami ona pracowała naukowo w domu. Któregoś popołudnia byłam właśnie sama i zadzwonił telefon – nieznany mi mężczyzna mówiący po szwedzku pytał o Ludawską. Powiedział, że nie może się do niej dodzwonić, więc prosi, abym jej przekazała wiadomość, iż dzwonił Tomek i że jest w drodze do Sztokholmu. Gdy udało mi się z nią skontaktować, dowiedziałam się, że to był jej syn.

*

Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko od czasu tej telefonicznej rozmowy. Wiedziałam, że po raz pierwszy rozmawiam z synem Janiny, nie wiedziałam jednak, że po raz ostatni. Nie wiedziałam też, iż on jest ciężko chory.

Śmierć Tomka była dla mnie zaskoczeniem. Dla jego matki naturalnie tragedią. Rozmowy Janiny z nami koncentrowały się wokół ostatnich chwil życia i momentu odejścia jej dziecka. Mówiąc o tym, zachowywała spokój… tak jakby on, po podróży, tylko głęboko usnął i za jakiś czas miał się obudzić lub jakby jak zwykle odjechał do swojej pracy w Stanach Zjednoczonych, aby później jak zawsze powrócić tu do niej, do matki. Do świadomości rodzicielki wciąż nie docierał fakt… Nie docierał! Ktoś do mnie powiedział: Ona jest dalej w szoku.

*

Cała rodzina Janiny Ludawskiej zginęła w holokauście. Teraz straciła syna. Została zupełnie sama na świecie.

Nadszedł czas żałoby… Co czuje matka po utracie dziecka? Ludziom stojącym z boku, nawet przyjaciołom, trudno znaleźć właściwe słowa… Słowa pocieszenia? Otuchy? Nadziei? Tradycyjne kondolencje i wszystko, co w takiej sytuacji przychodzi nam do głowy, okazuje się właściwie puste emocjonalnie. Może wtedy lepiej milczeć i tylko być w pobliżu? /…/

*

Janina Ludawska po jakimś czasie znowu zaczęła pojawić się w Zakładzie Teatru. Miała wykłady ze studentami. Była w trakcie pisania pracy doktorskiej o Witoldzie Gombrowiczu i przedstawieniach jego sztuk scenicznych w Szwecji.

*

Na  początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przyjechałam do Warszawy z darami dla polskich dzieci przybyłych z Kazachstanu. Tę akcję organizował we współpracy ze Wspólnotą Polską mój mąż (były zesłaniec, ofiara stalinizmu). Ja byłam tylko osobą towarzyszącą, chociaż razem z kilkoma znajomymi w jakimś stopniu także przyczyniłam się do tej pomocy. Doskonale pamiętam zadowolenie dziewcząt i chłopców z otrzymanych rzeczy m. in. dresów i maskotek. Nie wierzyli, że są to prezenty dla nich. Zamierzałam wtedy spędzić urlop na Krecie na słońcu, beztrosko wypoczywając, zdecydowałam się jednak na tę niezbyt komfortową podróż. Roześmiane twarze nastolatków i radość w ich oczach zrekompensowały mi moje wcześniejsze wątpliwości dotyczące wyjazdu. To utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, jak ważne jest czynić dobro.

Po odwiedzeniu dzieci na koloniach w podwarszawskich szkołach wybraliśmy się na Stare Miasto…

*

Na Podzamczu pełno ludzi… Jedni wchodzą na Zamek Królewski, aby go zwiedzić, inni właśnie stamtąd wychodzą, jeszcze inni po prostu spacerują. Niektórzy zatrzymują się w pobliżu studentów z Akademii Sztuk Pięknych, siedzących w jednym rzędzie przy sztalugach, i oglądają ich prace. W pewnej odległości od nich na stołkach nieruchomo siedzą dziewczyna i chłopak. Oboje mają położone na kolanach głowy i ukryte w dłoniach twarze. Szarobura, stara i postrzępiona odzież przykrywa ich szczupłe plecy i wychudzone ramiona. Ponieważ znajdują się niedaleko artystów, można by wnioskować, iż należą do tej samej grupy. Gdy jednak podejdzie się bliżej, można dostrzec, że przed każdym z nich stoi puszka na pieniądze z napisem: Chora/chory na AIDS. Nie mam na chleb! Nie mam dachu nad głową!

Jacyś spacerowicze przechodzą obok, zatrzymują się, przyglądając nieszczęśnikom… i odchodzą. Inni w zamyśleniu stoją przed nimi nieco dłużej niż poprzednicy, ale też odchodzą. Dama w słomkowym kapeluszu podchodzi pewnym krokiem i z góry spogląda na te dwie anonimowe postacie, przypominające bardziej rzeźby niż ludzi i pogardliwie wydymając usta, stoi długą chwilę, po czym energicznie rusza w swoim kierunku. Nietrudno odczytać myśli obserwatorów: Sami sobie zawinili. Niech teraz cierpią!

Kobiety i mężczyźni – roześmiani, szczęśliwi – podchodzą do artystów i kupują obrazki i obrazy. Pojedyncze osoby pozują do swoich portretów, słono za to płacąc.

Wracamy z Zamku. Mijamy Kolumnę Zygmunta. Król z perspektywy odległej przeszłości patrzy na swoich poddanych. Zadzieram głowę, jakbym chciała przyjrzeć się jego obliczu i dowiedzieć, jak nas ocenia… Podchodzimy w to samo miejsce, co przedtem. Naszym oczom ukazuje się ten sam widok: rząd artystów, których otacza wielu ludzi, oraz tych dwoje samotnie siedzących nieco dalej. Puszki jak były puste, tak są nadal. Podchodzimy bliżej…

Jakaś para w średnim wieku staje przed grupą malarzy. Kobieta zamawia swój portret. Mężczyzna natomiast zbliża się do dziewczyny z głową położoną na kolanach. Coś nieśmiało mówi, jakby ją poznawał, a potem słychać już wyraźnie:

– Irena! Co się stało? Co tu robisz?

Adresatka nie reaguje. Kobieta, z którą mężczyzna przyszedł, podbiega do niego, krzycząc:

– Ty ją znasz?! Przecież ona ma…

– Uspokój się, proszę!

– Nie podchodź do niej, bo cię zarazi!

*

W tym momencie przeniosłam się myślami do Sztokholmu… Zaczęłam się zastanawiać, czy społeczeństwo szwedzkie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych tak samo reagowało na ludzi dotkniętych AIDS jak teraz tu, w Polsce? Tego nie pamiętam. Pamiętam jedynie pogadanki w radio, informacje w telewizji o tej chorobie i w ogóle dyskusje w mass mediach na temat ostrożności w kontaktach damsko-męskich. Pamiętam też, iż dość szybko pojawiała się coraz głębsza wiedza na temat AIDS/HIV i wtedy jakby się uspokajał zaistniały problem społeczny.

W moich wspomnieniach mimowolnie pojawiła się postać Janiny. Gdy pewnego razu chciałam oddać jej książkę o polskim dramacie romantycznym po szwedzku, której pilnie potrzebowała, powiedziała mi, że mogę ją zostawić w Arce Noego.

W Arce? Co to takiego? – spytałam zaskoczona.

– Miejsce spotkań dla ludzi dotkniętych AIDS. Jestem tam wolontariuszką. Przeszłam specjalne kursy.

Zrozumiałam wtedy, że w życiu Janiny, robiącej karierę naukową, zaczął się nowy etap: praca charytatywna na rzecz ludzi chorych, ludzi często izolowanych niczym zadżumieni… izolowanych przez społeczeństwo drugiej połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, czyli w okresie, kiedy na świecie wiedza o tej nowej chorobie była jeszcze dość powierzchowna.

*

Po śmierci Tomka niejednokrotnie stawiałam sobie pytanie: Jak pomóc Janinie? Nie umiałam. Nie dlatego, że dzieliło nas pokolenie. Próbowałam ją zapraszać do naszego domu. Odmawiała. Może nie miała sił przebywać tam, gdzie pełna rodzina? Szanowałam jej wolę. (Odwiedziła nas kilkakrotnie wiele lat później.) Wiedziałam, że nie jestem bliską osobą, jej przyjaciółką była Hedda Perska. Może ktoś jeszcze?

Mimo wszystko z niepokojem myślałam: Jak ona sobie poradzi? Tego dowiedziałam się od niej dopiero teraz. Tomek przekazał jej swoją ostatnią wolę: prosił, aby zajęła się ludźmi chorymi na AIDS.

Janina zaczęła działać jako wolontariuszka nie tylko w Arce Noego w Sztokholmie. Kiedyś spotkałam ją na promie. Jechała z darami ze Szwecji dla chorych na AIDS w szpitalach w Gdańsku i w Warszawie. Niosła pomoc nieszczęśliwym ludziom. Robiła to nie z litości dla nich, lecz – jak powiedziała – solidaryzowała się z nimi.

Jolanta Szutkiewicz

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej 14 czerwca 2015 roku.
Foto: Archiwum NGP

Lämna ett svar