ZYGMUNT BARCZYK: ROMUALD. Opowiadanie.

Mieszkamy w tej samej dzielnicy Sztokholmu. On w nowoczesnej willi, zbudowanej według własnego projektu, ja nieopodal, w tradycyjnym mieszkaniu w kamienicy. Polak, znany mi od lat, od lat też będący szwedzkim przedsiębiorcą, handlowcem, z gęstą siecią powiązań w Grecji. Jest człowiekiem udanie pociągającym wiele sznurków – czego nie dotknie, przynosi mu profit.

Romuald, czyli Romuś z internowania, coraz częściej mnie jednak irytuje. Głosuje aktualnie na Sverigedemokraterna, bo chcą ograniczyć napływ emigrantów do Szwecji. Głosuje na partię, która nie ukrywa niechęci do obcych. Romuś jakoś nie chce przyjąć, że sam jest obcy. Sądzi naiwnie, że obcy w oczach tubylców to tylko muzułmanie z Bliskiego Wschodu i uchodźcy z Afryki. Podobnie jak wielu imigrantów z Polski, Europy Wschodniej i Rosji, chce postawić na granicy szwedzkiej szlaban „asfaltom”, „ciapatym”, „opalonym”.

Już nie raz chciałem zerwać nasz kontakt. Nawet sobie kiedyś z Romualda zadrwiłem. Powiedziałem mu: Wyobraź sobie, że twoi polityczni koledzy biorą władzę. I co? Ziszczą to, co obiecali. Czyli co? Nazwijmy to w skrócie tak: „Håll Sverige rent!” (Zachowaj Szwecję czystą). Narodowo, etnicznie, genetycznie. Pewnego dnia załomoczą i do Twoich drzwi z hasłem: A Wy Vscheschnievski spieprzajcie skąd przybyliście. „Szwecja dla Szwedów!”

Nie obraził się. Po kolejnym pobycie w Grecji, znów zaprosił mnie do swojego domu. Dobrze zgadzaliśmy się w internowaniu, dobrze się zgadzamy teraz. Romuś nadal mnie lubi, wylewnie mi to okazując. Przywozi mi najlepszą bakławę, najlepszą chałwę, najlepsze ouzo, pędzone w Plomari, na wyspie Lesbos. I jak go tu ganić za poglądy, skoro takie pyszności serwuje?

Romuald chętnie opowiada o swoich pobytach w Grecji. Uwiązał się interesami z Polakami na stale tam mieszkającymi. Grecja, jako taka, zdecydowanie mierzi Romualda, choć ma tam swoje ulubione miejsca. Za każdym razem, kiedy się spotykamy, częstuje mnie porcją narzekań:

– W Atenach musisz wiedzieć gdzie zjeść, normalnie bratku zerowa jakość. Turyści ich rozwydrzyli. Frytki i ryż na tym samym talerzu, tonące w roztworze pomidorowym do zgrillowanej baraniny. Okropne souvlaki, byle jaka moussaka, mówię Ci: masakra!

Pojedziesz za miasto, pensjonat nawet zgrabny, z miłym widokiem na zatokę, wchodzisz do kibla, a tam stary numer, wciąż jary, to znaczy, papier toaletowy który po użyciu musisz włożyć do kontenerka stojącego obok muszli. Obrzydliwe. Już i piękne widoki na morze nie bawią.

– Patrzysz z tarasu na oleandry, a w sąsiedztwie, zza dorodnego kwiecia, widzisz wypadające śmieci z przepełnionych pojemników.

– W drodze do knajpy musisz uważać. Idziesz ładną, zacieniona aleją, z drzewa oleandrowe ustawione w szeregach, ale nie możesz podziwiać barwności świata. tylko musisz patrzeć pod nogi. Spod chodnikowych płytek wypełzają korzenie, myślisz wtedy tylko o tym, że dentyści drodzy jak diabli, sam zresztą wiesz.

– No i ten serwis. Żar z nieba się leje i wszystko usprawiedliwia. Profesjonalny serwis pojęciem abstrakcyjnym. Ludziska poruszają się jak muchy w rosole, palą papierosy w nadmiarze i to wszędzie. Co z tego, że nie wolno w środku lokalu. I tak dym i smród cię otaczają, pospołu ze zgnilizną butwiejących owoców. Mówię ci, co krok możesz się czuć jak u Arabów.

– Bywałeś w Grecji, znasz wyspy, co ci będę tłumaczył. Fasady domów odrapane, z liszajami, bo nie chce się im tam zadbać o swoją zagrodę. A taki ich artysta, cwaniak, George Meris, uplastycznia je na swoich fotkach, szminkuje w Photoshopie. Jego widokówki sprzedają się jak świeże bułeczki pod hasłem: „jaka śliczna naturalna Grecja”. Ja pierniczę. Mówię ci, syf do poziomu sztuki podciągnęli.

Pijemy zwykle dużo, on dobre whisky, ja ouzo. On anyżowego świństwa do ust nie przyłoży. Po iluś kromkach pysznych trunków, Romuald zmienia poetykę utyskiwań.

– Robiąc biznes w Grecji, nigdy nie wiesz w co się pakujesz. Dla nich przekręt to normalka, nie zawsze łatwo się w tym połapać. Nawet jeśli nie ciebie chcą wypatroszyć to i tak możesz być trafiony i zatopiony. Jak jest podatkowa draka to oni: „rączka rączkę myje”. A Ty, ze swoją rączką zostajesz w nocniku.

– No i te szarańcze. Chodzisz po Atenach, które już nie są dla Ateńczyków. Turyści w kolorowych szatkach, czyste bezgustowie, chińskie grupy tratujące przechodniów, nieletnie Cyganki krążące wokół jak ćmy przy żarówce… ale nie to najgorsze. Chyba z milion nielegalników tam mieszka. Nikt ich nie rejestruje. Groźni są Pakistańczycy. Albańczyków tam mniej, to problem Salonik. Napadają, mogą zabić. Kobietom wyrywają naszyjniki. W Atenach robi się coraz dziwniej. Z jednej strony hipstersko, niby fajnie, ale to i tak nie Amsterdam, z drugiej strony, przejdź się po mieście nocą, są miejsca gdzie jest strasznie, i to nie tylko przy placu Omonii.

Romuald niechętnie opowiada o swoi romansie z Greczynką. Była z Symi, puściła go kantem, i jak ręką odjął, przestał mówić o Symi jako najpiękniejszym miejscu w całym Mediterraneo. Romuald nadal inwestuje, kooperuje i coś tam knuje, głównie w Atenach, wraca zwykle kwaśny, pozytywnie mówi tylko o swoim biznesowym kompanie, który tam mieszka już od lat 90-tych.

– Ateny są dzisiaj ciężkie do robienia biznesu. Po kryzysie finansowym jeszcze cięższe do życia. Były walki uliczne, banki w płomieniach, strajki, w sumie, nieliche awantury. Ale i codzienność zrobiła się niemiła. Dławi tych, co tam mieszkają, dławi i przyjezdnych. Sam wiesz, jak jest. Przyjedziesz latem to chcesz wiać od razu na wyspy. Zaduch, zgiełk, brud, a wszystko to podane w temperaturze 40 stopni. Ludzie z tego wszystkiego na balkonach żyją, to są ich salony, w domu z duchoty nie da się wytrzymać, wentylacja kiepska, na klimę ich nie stać.

Romuald lubi wspominać swojego biznesowego partnera.

– Dla mnie ratunkiem jest Michał. Ożenił się z Greczynką, jest z niego teraz Michalis, nawiguje zgrabnie w interesach pośród tego kolossssalnego szwagrostwa i kuzynostwa, które go otacza.

Na dźwięk słowa kolosssalny roześmiał się, ja też, lubimy sobie razem dworować z Greków, chętnie podkreślających, jak wiele greckich słów wziętych zostało do innych języków.

– Ale i tak bratku, raz po raz, muszę dawać w łapę. Bizancjum zmieszane z socjalizmem w głowach, groźny koktajl. Jak nagle państwo chciało się przyłożyć lepiej do ściągania podatków i puściło drony nad wille w podmiejskich Atenach, to się okazało, że tylko 5% właścicieli płaci podatek od basenu przy domu.

Popijamy sobie pyszne trunki na szwedzkiej werandzie Romualda, słuchamy starych hitów; jakiś Nalepa, Lady Punk, Maanam. Próbuje to jakoś przepuścić przez uszy, nie odważę się zaproponować mu greckich bardów, których płyty widzę, że ma. Jest Dalaras, Remos, Arvanitaki. Podostawał je widać w prezencie.

Romuald często wzdycha znacząco, pokazując na wodę fiordu, którą widać świetnie z werandy:

– Wolę już te świerki i te pieprzone cumulusy kłębiaste, nawet tę wodę, której daleko do egejskiego lazuru. Tak, tak, wiem: Szwecja to nuda, stereotypy, spolegliwy lud i wszechpotężne urzędy. Ale powiem Tobie, że już mam dość tej pozornej greckiej kreatywności, tej niby dynamiki, co jest tylko sprytem, strategią przeżycia. Chociaż ich rozumiem, oczywiście. Ale wiem, że poza chaosem niczego to twórczego nie przynosi.

Przypominamy sobie starą anegdotę, kiedy jadąc razem do Uppsali pociągiem, spotkaliśmy promieniującego radością, wpatrzonego w świat za oknem, Włocha z Kalabrii. Pokazując na wielką walizę rzekł:

– Przyjechałem do córki, pracuje w Uppsali. Wróciłem do Włoch po 10 latach mieszkania w Szwecji i to była porażka. Teraz już tam nie wrócę.

Mówił niezłym szwedzkim z silnym włoskim akcentem. – Przyjechałem znów do Szwecji i chcę już tu zostać. Na to ja do niego: – Jak to tak, z pięknej Italii do nudnej i szarej Szwecji chcesz wiać? – Nudnej, szarej? – odparł. – Wiesz co to jest Italia? Permanentny chaos! A Szwecja? Na to słowo uśmiech na twarzy naszego Włocha zagościł promienny: Szwecja! Lasy, lasy, lasy! I święty spokój! Jest pięknie!

Ja mu na to: – Lasy, powiadasz? Odwiedziła mnie koleżanka z Warszawy, doktoryzowana kulturoznawczyni, pokazywałem jej, jak pięknie można spacerować w naturze pozostając zarazem w mieście, i to w obrębie Sztokholmu. Widziała, jak natura podchodzi aż pod osiedla. Wreszcie pytam ją, nie widząc zachwytu na jej twarzy, „no i jak?”. Ona na to: – Sztokholm? Szwecja? Cytaty z kultury rozwiniętej na kontynencie i nic więcej. Właściwie nie ma tu nic. Tylko te cholerne lasy, woda wokół, skały i tyle.

Kiedy przypominamy sobie stare przekomarzanki, Romuś chętnie podkreśla, że coraz bardziej ceni sobie tę pieprzoną szwedzką nudę.

– Widzisz, stary, tutaj mogę się przechadzać po okolicy, mieć w nosie sąsiadów, nikt się nie obrazi, mają mnie też w nosie, mogę sobie spokojnie posiadywać pośród najbardziej samotnych ludzi świata. Nie muszę cały czas uprawiać tych cholernych grządek towarzyskich, jak w Grecji. Tam bracie, cały czas kontakt, cały czas uwaga, musisz być w ciągłym in touchu, nie wypaść z obiegu…

Romuś zawiesił głos, spojrzał w niebo, postawił wielokropek na tle cumulusa. Wiem, że źle znosi tę swoją samotność. Pije, wzdycha, pije, wzdycha. Jak już wciórności dokuczają zbyt dotkliwie, leci do Aten.

– No tak, no tak – odezwał się po dłuższej chwili. – W tych okolicznościach przyrody najlepiej będzie, jak doszczętnie zeszwedzieję. Lecz najpierw się napiję!

– Håll Sverige rent! – dorzuciłem, wznosząc szklanicę w toaście.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar