Historii rodzinnych ciąg dalszy

Bez krzyku i rozgłośnej reklamy od ćwierć wieku na miejscu istniejące przedsiębiorstwo moje, zdobyło znaną sławę, tak iż obecnie prawie każdy Rodak czy to z miasta lub okolic, wie o tem i drugiemu chętnie opowiada, iż słyną z starannego wykonania, tak eleganckiego jak i zwyczajnego OBUWIA NA MIARĘ. Przytem staram się dowieść zasady: akuratność i cen przystępnych. Reparacye, dobrze, szybko i tanio. ADAM NOWAKOWSKI. Skład i pracownia przy ulicy Rzecznej we Śremie obok składu żelaza p. M. Matuszewskiego”. Tak brzmiało ogłoszenie w lokalnej gazecie w roku 1911. Mój pradziadek był szewcem. Ulica Rzeczna to dzisiaj ulica Kościuszki, pod numer 25, gdzie mój przodek miał warsztat, nadal jest sklep z obuwiem. Czyli już od ponad 100 lat. Nigdy w Śremie nie byłem…

Śrem nad Wartą, dziś miasto z ponad 750-letnią przeszłością, gdzie z kolei urodził się mój dziadek Stanisław Nowakowski w 1889 roku, liczył wtedy około 6000 mieszkańców, z czego większość stanowili katolicy. A miasto pod pruskim zaborem tętniło życiem polskim, przy czym około 120 sklepów znajdowało się w rękach polskich. Łącznie ze sklepem i warsztatem pradziadka Adama.

Rodzina Nowakowskich cieszyła się w Śremie poważaniem. Adam Nowakowski (1860-1920) – ojciec trzech synów i córki, a mój pradziadek, zdobył w 1896 roku tytuł „króla kurkowego”, zaś rok później uczestniczył w otwarciu nowej strzelnicy śremskiej, poświęconej uroczyście przez ks. Piotra Wawrzyniaka. Tam, zgodnie z tradycją, oddał pierwszy strzał honorowy. Zachowało się zdjęcie z tego wydarzenia, które znajduje się w Muzeum Ziemi Śremskiej. Matka Adama (czyli moja praprababcia) była wprawdzie z pochodzenia Niemką, lecz trzech synów (Adama, Ignacego i Aleksego) – jak pisze kronikarz rodziny – wychowała na gorących polskich patriotów, a ci z kolei ducha narodowego wpajali swoim dzieciom.

I tak właśnie było z moim dziadkiem Stanisławem. Kilka lat temu o Stanisławie Nowakowskim napisano wnikliwą pracę magisterską na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Jej autorem był Zbigniew Paweł Babiński z Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych u prof. dr Stanisława Achremczyka. Szkicował on sylwetkę Nowakowskiego jako działacza narodowego na Warmii oraz dziennikarza w Olsztynie i Bydgoszczy.
Już w rodzinnym Śremie Stanisław należał do gniazda Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, które działało tam od 1893 roku. W „Dziejach Śremu” widnieje mało znana fotografia grupowa z 1909 roku, gdzie łatwo można rozpoznać Stanisława Nowakowskiego (wtedy dwudziestolatka). Zespół gimnastyczny prezentuje się w strojach gimnastycznych, upozowany do zdjęcia z dr Sewerynem Matuszewskim (1879-1939) na czele.

Stanisław i Emilia Nowakowscy, pośrodku mój ojciec, Jerzy. W Bydgoszczy, ok. 1938.

W wieku 16 lat Stanisław został uczniem drukarskim w dwujęzycznej (po polsku i niemiecku) gazecie powiatowej „Schrimmer Kreisblatt”, jaka ukazywała się w tym miasteczku od 1853 roku. Gazeta, będąca tygodnikiem, wychodziła w każdą środę, składana w drukarni Hermana Schwantesa, mieszczącej się przy ul. Kościelnej w Śremie. Tam też młody Nowakowski odbył czteroletnią praktykę zecerską. Droga do dziennikarstwa prowadziła bowiem w tamtym czasie najczęściej przez drukarnię, gdzie zecerzy oraz metrampaże byli przyjaciółmi redaktorów i pierwszymi krytycznymi czytelnikami ich artykułów.

Mój ojciec Jerzy, dziennikarz, tę zasadę zastosował także wobec mnie. Nie miałem bowiem wątpliwości, że również chcę pracować jako dziennikarz. Jeszcze chodząc do liceum, mając około 17 lat, ojciec organizował mi letnie praktyki w swojej redakcji, między innymi przez 3 tygodnie pracowałem w drukarni, tyle tylko że nie przy maszynach drukarskich, ale w korekcie. Drukarnia mieściła się koło placu Zawiszy w Warszawie. Pamiętam, że podglądałem pracę drukarzy i linotypistów.

Ale wróćmy do Stanisława. Jak wspominał mój ojciec, w naszym domu rodzinnym wspominano kiedyś także o pracy dziadka u adwokata. To pozwoliło mu później lepiej zrozumieć otaczający świat i problemy społeczne. Często zajmował się tym w pracy publicystycznej, był znaną postacią w przedwojennej Bydgoszczy.

Autor wspomnianej pracy magisterskiej zgłębia strukturę stosunków panujących w zaborze pruskim w ówczesnej Bydgoszczy, dokąd przybył Stanisław Nowakowski. W 1910 roku miasto nad Brdą liczyło 57.696 mieszkańców, przeto było nieomal metropolią w porównaniu z małym miasteczkiem, jakim wtedy był Śrem nad Wartą. Ośrodkiem zdominowanym przez Niemców, ale tym ważniejszym polem do akcji narodowych.

Niewiele egzemplarzy „Słowa Wielkopolskiego” zachowało się w zbiorach polskich bibliotek. W Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego znaleźć można – niestety – nie wszystkie egzemplarze gazety z 1922 roku (nr 1-16), która określa się w nagłówku mianem „niezawisłego pisma politycznego w duchu postępowym”. Wydawcą i redaktorem był Stanisław Nowakowski, a jej redakcja i administracja mieściły się przy ul. Gdańskiej 68 w Bydgoszczy. Tu, komentując tytuł pisma, warto przypomnieć, że Bydgoszcz do 1938 roku należała do województwa poznańskiego, stanowiąc drugie pod względem wielkości miasto na tym obszarze.
Tak pisał mój ojciec:

„Słowo Wielkopolskie” red. Nowakowskiego nie miało wtedy zbyt wielu przyjaciół nad Brdą i oskarżano je o lewicowość. M. Szarski (bez wątpienia pseudonim) w korespondencji z Bydgoszczy pisał o strajkach drukarzy w lutym 1922 r. na łamach konserwatywnej gazety warszawskiej: …Dzięki strajkowi zecerów jedyny u nas organ codzienny „Dziennik Bydgoski” zmniejszył objętość do dwóch kolumn swą objętość, ale wychodzi regularnie. Natomiast przerwały wydawnictwo „Deutsche Rundschau”, nie wyszedł „Volkszeitung” p. Pankratza, socjalisty i esperantysty, i nie ukazał się nr 4-ty nowego tygodnika pt „Słowo Wielkopolskie”. Co za szkoda dla „partii belwederskiej”, która aczkolwiek u nas liczy tylu zwolenników, że można by ich śmiało na palcach policzyć, niemniej zdołała zdobyć skądś fundusze na założenie własnego organu. Redagujący owe „Słowo Wielkopolskie” p. Nowakowski był jeszcze wczoraj zaciekłym chadekiem i sławę ks. patrona Adamskiego pod niebiosy po wszystkich wiecach wynosił. Jednak opłaciło mu się widocznie wywinąć koziołka ideowego, to też wymyśla obecnie bez skrupułów na to niedawno jeszcze wychwalanie, nie szczędząc nawet osoby papieża, o którym wyraził się tak ordynarnie, że nawet najzacieklejszych zwolenników p. Herza oburzyło… (Kur. War. nr 61 – 1.III.1922 r.)

Wydaje się, że autor przeoczył fakt (a może celowo pominął), iż Stanisław Nowakowski w tym czasie był skonfliktowany z chadeckim „Dziennikiem Bydgoskim”, a być może personalnie z grającym tam wtedy pierwsze skrzypce red. Konradem Fiedlerem o nastawieniu endeckim (ten wkrótce przeszedł do „Gazety Bydgoskiej”), zaangażował własne fundusze w dość ryzykowne przedsięwzięcie, jakim było wydawanie własnego pisma (chodzi o Nową Gazetę Bydgoską – dop. TN). No i mógł je mieć, skoro w styczniu 1922 r. za sumę 100.000 marek (według ustaleń Zb. Bagińskiego) nabył trzecią część udziałów w Bydgoskiej Spółce Drzewnej. Sugestie, iż chodziło o dotacje podejrzane polityczne są więc fałszywe.

Natomiast Władysław Herz (1885-1943), rodem z okolic Strzelna, był znanym w Wielkopolsce działaczem ZZP (= Zjednoczenia Zawodowego Polskiego) 1922-1827, organizatorem Towarzystwa Mazurskiego oraz Towarzystwa Katolickiego Robotników, wreszcie delegatem na Sejm Dzielnicowy w Poznaniu, potem posłem na Sejm RP pierwszej kadencji (1922-1927) oraz prezesem Narodowej Partii Robotniczej. Czy jednak chodziło o sugerowaną przez autora obrazę zmarłego papieża Benedykta XV († 22.I.1922 r.), czy też jego następcy Piusa XI – tego nie wiadomo.

Nastroje na Pomorzu i w Wielkopolsce były wtedy bardzo klerykalne i wprowadzanie jednolicie urzędów stanu cywilnego w całym kraju (dotychczas istniały tylko zaborze pruskim napotykało na sprzeciw episkopatu Kościoła Katolickiego. Natomiast na łamach „Słowa Wielkopolskiego” pojawiła się wyraźna krytyka takiej postawy.

W 1912 roku Stanisław wraz ze swoją żoną, babcią Emilią, wyemigrowali do USA. Zachowała się odbitka spisu przybyszy z Europy z 1912 roku. Wrota portu nowojorskiego stanowiła wysepka Ellis Island, przez którą od 1892 do 1924 roku przybyło do USA ok. 24 miliony pasażerów ze Starego Kontynentu. Ich nazwiska i adnotacje oficerów imigracyjnych zachowały się dla potomnych. Lista pasażerów III klasy – List or manifest of alien passengers for the United States immigration officer at port of arrival – dnia 24 sierpnia 1912 roku zawiera także nazwisko młodych małżonków Nowakowskich – Stanisława Nowakowskiego z Emilią, z zaznaczeniem ich narodowości polskiej.
Transatlantyk, którym Nowakowscy przypłynęli do Ameryki, nazywał się s.s. „George Washington” – zbudowany w stoczni szczecińskiej w 1909 roku. Jego wyporność to 25.250 ton, długość 723 a szerokość 72 stopy. Maszyna parowa pozwalała statkowi na rozwijanie szybkości 18 i pół węzła, natomiast na pokładzie mieściło się 2679 pasażerów (568 w klasie pierwszej, 433 w drugiej i 1678 w trzeciej), co z pewnością nie zapewniało żadnego luksusu w kajutach najniższych klas.

Statek zbudowano w 1909 r., jako czteromasztowiec z dwoma kominami (potem zredukowany do jednego komina, po wyposażeniu statku w nowy kocioł parowy) dla Północno-Niemieckiego Lloydu. Pływał pod banderą niemiecką na atlantyckiej trasie Bremerhaven – Nowy Jork. Jak czytamy dalej, w 1917 roku w trakcie pierwszej wojny światowej został zatrzymany w Nowym Jorku, potem skonfiskowany i przekształcony na amerykański okręt – USS. Służył jako wojskowy transportowiec. Dopiero w 1920 r. powrócił do służby cywilnej, obsługując trasę Nowy Jork – Plymouth – Cherbourg – Brema. Następnie wyczarterowany został na statek pocztowy, nosząc przez pewien czas nazwę „Catlin”. W okresie II wojny światowej stanowił transportowiec marynarki wojennej USA – ponownie jako ”George Washington” na szlaku morskim do Panamy. Wskutek pożaru w porcie Baltimore uległ w 1947 r. całkowitemu zniszczeniu, ale wrak przetrwał do 1951 roku. Jak twierdził Rzymianin Terentius Maurus: habent sua fata libelli… Wszelako swoje losy miewają nie tylko książki, ale – jak widać – wszelakie korabie i okręty.

Te luźne notatki to tylko przyczynek do większej historii o rodzinie Nowakowskich. W wielu encyklopediach Stanisław określany jest najpierw jako działacz narodowy na Warmii i Pomorzu, dopiero później jako dziennikarz. W rodzinnej pamięci zapisał się przede wszystkim jako dziennikarz. Z tym zawodem związały się na stałe lub czasowo, aż trzy kolejne pokolenia Nowakowskich. Ja, zupełnie podświadomie, nadając nazwę gazecie, którą redaguję już od 23 lat, dałem nazwę Nowa Gazeta Polska. Dopiero później uświadomiłem sobie, że to “duch” Stanisława” podszepnął mi tę nazwę. Odkryłem bowiem, że mój dziadek też założył kiedyś własną gazetę, która nazywała się…. Nowa Gazeta Bydgoska. I w dodatku logo gazety w przedziwny sposób podobne jest do Nowej Gazety Polskiej….

Tadeusz Nowakowski

Foto: Adam Nowakowski (Archiwum rodzinne)

 

Lämna ett svar