MIĘDZY POLSKĄ A SZWECJĄ. Ujarzmianie materii

Między Polską a Szwecją. W takim stanie znajduje się wielu polskich emigrantów, zarówno starszej, jak i nowej emigracji. Często jest to stan zawieszenia, bo z czasem coraz trudniej określić do czego nam bliżej. Zwłaszcza, gdy upływają lata i nasz pobyt w Szwecji przedłuża się. Najczęściej zresztą w nieskończoność. Bo choć geograficznie jesteśmy tak blisko siebie, to czasami mentalnie od Szwedów (czy też odwrotnie – od Polaków, którzy zostali w Kraju) oddaleni jesteśmy o całe galaktyki.

Co nas w Szwecji zaskakuje, co drażni? Co nas drażni w Polsce, gdy mamy doświadczenie życia w Szwecji? Czy ciągle jeszcze aktualne jest poczucie, że na emigracji w Szwecji jesteśmy obywatelami drugiej kategorii? A tak często swój byt w Szwecji opisywali Polacy wiele lat temu… Od czego to zależy? Czy młode pokolenia patrzą na świat inaczej? Co to znaczy być Polakiem w Szwecji? Czy ważne jest utrzymywanie swojej narodowej odrębności?

Wiele pytań. I jeszcze więcej odpowiedzi. W cyklu artykułów, wywiadów, zwłaszcza z ludźmi zajmującymi się kulturą, realizujących się na styku Polski i Szwecji, chcemy przyjrzeć się temu zjawisku. Chcemy opowiedzieć o losach Polaków, poznać motywy ich emigracji, poznać ich pasje, zaprezentować ich twórczość.

Między Polską a Szwecją.

 

Cykl rozpoczynamy przypomnieniem artykułu o polskiej artystce w Sztokholmie, Elżbiecie Olszewskiej, który ukazał się w 2006 roku w Nowej Gazecie Polskiej.

Ujarzmianie materii

Moje spotkanie z Elżbietą Olszewską, polską artystką mieszkającą w Sztokholmie.

Artyści mają w sobie wbudowany swego rodzaju radar: dzięki niemu uaktywniają swoją wrażliwość na świat zewnętrzny, potrafią zrozumieć lub wyczuwają intuicyjnie to, czego my nie potrafimy zauważyć, a co prawdopodobnie może się zdarzyć. Może dlatego spotkanie ze sztuką i z artystą jest tak trudne. Świat, w którym on żyje, chroni pancerz tajemniczości. Moje spotkanie z polską artystką mieszkającą w Szwecji, Elżbietą Olszewską to właśnie próba zrozumienia tego fenomenu.

Elżbieta Olszewska nie ma wątpliwości: znalazła w życiu coś, co nie tylko daje jej satysfakcję. To coś dzięki czemu może się realizować. Rzeźbiarka, plastyk, twórca, artystka – każde z tych określeń doskonale do niej pasuje. Ale… co to znaczy być artystą? Czy rodzimy się z tym, czy dojrzewamy do tego, czy może określa tak nas zewnętrzny świat? Pewnie początek jej drogi artystycznej wyglądał jak wiele dróg innych ludzi: gdy już czuliśmy, że osiągnęliśmy wszystko, gdy wydawało się nam, że świat ułożył się i uspokoił, nagle siadamy na puszystym dywanie przy skórzanej kanapie i budzi się w nas pytanie: co dalej? Czy to już wszystko co można było osiągnąć w życiu? Czy o to chodziło? Gdzie są granice naszych możliwości?

Każdy artysta chce, by pisząc o nim koncentrować się na jego twórczości. Łatwo go urazić. I trzeba to zrozumieć. Sztuka to materia delikatna. Artysta to człowiek wrażliwy, bo bez tej wrażliwości nie potrafiłby tworzyć rzeczy unikalnych i pięknych. Każdy z nas chroni własny obraz i we własny sposób interpretuje świat zewnętrzny.

To zrozumiałe, że artysta chciałby usłyszeć coś o swojej sztuce, a nie o sobie, ale przecież za wszystkim co tworzymy czy piszemy jest ktoś, kto posiada własną percepcję i własną interpretację. Dla każdego z nas spotkanie ze sztuką, to także spotkanie z artystą.

Pracowania Elżbiety znajduje się w dawnej fabryce porcelany w Gustavsberg w Sztokholmie. Sedesy i umywalki z logo ”AB Gustavsberg” znane są nie tylko w Szwecji.

Pracownia. Czy byłem rozczarowany? Nie, raczej zaskoczony. Może wyobraziłem sobie, że gdzieś z tyłu, za tą pracownią pełną pyłu i artystycznego bałaganu, w wielkim wykopie obok budynku pracowni, będzie stał ktoś z małą łopatką i kopał glinę, z której później stworzy dzieło sztuki. A jaki kolor ma glina? Brudny, szary, czy brązowy? Jak to jest tworzyć coś, co wypala się w piecu? Skąd czerpać pomysły? Czy można z tego żyć?

Glina. W przezroczystych workach, równe prostokątne bryły z ciemno-szarą materią ułożone są na stosie przypominającym piramidy Faraonów. Sklep, w którym można to kupić nie przypomina składu dla artystów, ale zwykły skład budowlany. W tysiącach worków, woreczkach, leżą setki różnych proszków z farbami i Bóg jeden wie z czym, gdzieniegdzie kamienne koła różnej grubości i różnej średnicy. Jak różny to sklep od tych, gdzie kupują malarze, a jednocześnie podobny, bo i tutaj wybór ogromny: szczypce do wkładania glinianych form do pieców różnej długości i wielkości, można wybierać, przebierać, porównywać, głaskać, tak jak malarz głaszcze pędzle zanim zdecyduje się na jakiś.

Michał Anioł malował leżąco / przywiązany na deskach do stropu / Gdy zatrzęsło freskami, ścianami / I Kaplicą i całą Europą” – pisał Wierzyński.

Nie, Elżbieta Olszewska nie chce zatrząsnąć światem. Chce raczej ten świat – widziany jej oczyma – zatrzymać w materii. A materią jest glina, a na niej porcelanowa powłoka. Świat artysty to świat dla nas niezrozumiały. Zresztą każdy rozumie go inaczej. Elżbieta daleka jest od filozofowania o swojej sztuce. Robi to, co lubi i uwielbia, co nadaje jej życiu sens i barwę. Różnokolorową, tak jak różne odcienie mają tworzone przez nią wypalane figury.

Olbrzymi budynek, tuż za słynną fabryką porcelany w Gustavsberg. Historia tego miejsca sięga 1640 roku. Gustaf Gabrielsson Oxenstierna i jego piękna żona Maria de la Gardie chcieli zbudować nad urokliwą zatoką niedaleko Sztokholmu, rezydencję. By mogła ona powstać, wybudowano pierwszą w tych okolicach cegielnię. Dopiero później rozpoczęto tu produkcję porcelany – produktu, którego oryginalność poznali Chińczycy. Minie niedługo 190 lat, gdy w Gustavsberg rozpoczęła się produkcja porcelanowych arcydzieł, o których głośno dzisiaj w świecie. Początkowo z gliny sprowadzanej z Niemiec, dzisiaj wykorzystuje się produkty z różnych stron świata. Globalizacja? Może, nie omija dzisiaj i sztuki. Nic więc dziwnego, że u boku olbrzymiej fabryki ulokowali się artyści. Najpierw były to – jak określano – piękne produkty codziennego użytku, cudowne zastawy stołowe, później coraz śmielsze dzieła sztuki zdobniczej.

Sztuka zawsze, nieustannie, zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.

Tak swoją wizję sztuki opisywał Borys Pasternak.

To próba definiowania, która zupełnie nie pasuje do mojej wizji sztuki – twierdzi Elżbieta. Dlaczego mamy narzucać komuś nasze myślenie? Dlaczego nie możemy uwierzyć w to, że sztuka po prostu jest pięknem, które budzi w nas uczucia? Zachwytu, wstrętu, ba, obojętności.

Pewnie ma rację. Gdy patrzę na tworzone przez nią gliniane figury koni, stojące na kółkach, to czuję spokój. Może nawet wracam myślami do czasów dzieciństwa, gdy konik był kiedyś zabawką popularną wśród dzieci. Zanim przyszły pluszowe misie. Gdy patrzę na instalacje Paula McCarthy w Moderna Museet przeszywa mnie dreszcz wstrętu i odrazy, a przecież to też Sztuka pisana z dużej litery. Wobec sztuki trudno być obojętnym, ale i nie łatwo ją klasyfikować. Gdy dociekliwie wypytuję się, co mają symbolizować te konie na kółkach, te rycerskie porcelanowe hełmy na stelażach, nie otrzymuję odpowiedzi. Świat artysty to świat hermetyczny.

Gdyby wymienić wszystkich wielkich artystów, którzy przewinęli się przez długie korytarze hal w Gustavsberg, to spisalibyśmy historię szwedzkiej porcelany. Tu swoje prace tworzył Wilhelm Kage, tu tworzył Stig Lindberg. Dzisiaj ma tu swoje studia niemal 30 artystów. Wśród nich jest Elżbieta Olszewska. A, jak dowiem się później, nie wszystkich się tutaj wpuszcza i nie wszystkim wynajmuje lokale. Na dole olbrzymie hale, gdzie stoją dziesiątki pieców, niektóre czynne, gorące, w których czai się wytwór wyobraźni artysty. Ta forma sztuki ma swoją specyfikę. Wszystko wymaga czasu, odpowiedniej procedury, odpowiedniej temperatury….  Na górze olbrzymi hal, przypominający fabryczne zaplecze, sterylny, bez oznak, że za tymi murami i ścianami tworzone są rzeczy unikalne i piękne. Można się rozczarować. Dziesiątki drzwi, a za nimi pracownie. Wysokie sufity, jaskrawe i męczące światło jarzeniówek.

Gdy już taki konik będzie gotowy, trzeba mu przymocować koła i wtedy wygląda ślicznie. Konie uosabiają piękno i siłę, Po długiej chwili Elżbieta próbuje odpowiedzieć na moje pytanie, skąd pomysł na taką formę. I więcej nic. Żadnego wyjaśnienia. Może słusznie. Bo jeżeli te porcelanowe konie potrafią wzbudzić nasze zainteresowanie, rozbudzić ciepłe uczucie, to znaczy, że nie ma potrzeby ubierania formy w definicje. Te konie, koniki, hełmy, zbroje, różne mniejsze formy, którymi można zdobić każde mieszkanie, są dzisiaj w wielu galeriach szwedzkich, również w Polsce, także w Muzeum Narodowym w Szczecinie, skąd pochodzi Elżbieta Olszewska. Nie sztuka powiedzieć „Jestem”, trzeba jeszcze być – napisał kiedyś mądrze Jerzy Stanisław Lec. Właśnie o tym mówi mi Elżbieta: o tym byciu. O trudnej drodze, którą każdy artysta musi pokonać. O stałej potrzebie prezentacji swoich prac, bo bycie artysty to także – jakże prozaiczna i często zapominana – droga do zapewnienia sobie egzystencji.

W tym tworzeniu z gliny jest coś pomiędzy pracą rzeźbiarza, a wytwórcą sztuki. Może to niesprawiedliwa ocena. Czas na zweryfikowanie wyobrażeń. Warsztat artysty zakodowałem sobie na starych filmach, z odwiedzin w pracowni Xawerego Dunikowskiego w Warszawie, ba, nawet z wizyty w sztokholmskim Skansenie. I muszę to teraz weryfikować. Pracownia Olszewskiej jest jak niewielki warsztat produkcyjny. Miał być bałagan, jak ostrzegała, jest dziwny porządek. Na jednych półkach leżą małe wypalone już kółeczka do tych słynnych koników, na innej schną koniki, które powędrują niedługo do pieca. Worki z gliną poukładane, wszystko na swoim miejscu. Na środku stół, na którym równie dobrze można by przycinać deski, co kleić z gliny zmyślne figurki. Ale i to także wygląda inaczej. Przecież trzeba najpierw przygotować formy, a dopiero z nich wychodzą piękne figurki. To gabinet ujarzmiania materii. I nie ma tu tak oczekiwanego przeze mnie obrotowego stolika, na którym spod zgrabnych rąk artysty urastała przestrzeń.

Ten sam koń, a jednak każdy inny. Sam łapię się na tym, że przecież ta sztuka tworzona przez Elżbietę Olszewską, ma tyle samo odcieni i niuansów co twórczość malarza, który ma w swoim dorobku olbrzymią ilość obrazów o tych samych motywach. Ile jest takich samych, podobnych drewnianych figurek zamyślonych Jezusików? Ile pięknych kryształów, które tylko na oko wyglądają jednakowo?

Zbyt często wydaje się nam, że to, co jest podobne do drugiego, to nie jest już oryginalne – mówi Elżbieta.

Tak, zbyt często. Bo dla niej każda figurka ma własne życie, na jednej porcelanowa powłoka pękła w niespodziewany sposób, na innej konik ma mniejsze uszko. Świat materii jest nieokiełzany. Jak ten wielki piec, do którego wnętrza Elżbieta ostrożnie wkłada swoje dzieła.

W życiu można znaleźć piękno, ale można je także tworzyć. Można się nim otaczać. Bo piękno – jak głosi definicja – to pozytywna właściwość estetyczna bytu, wynikająca z zachowania proporcji, harmonii barw, umiaru i użyteczności, odbierana przez zmysły. Skoro tyle galerii, skoro tyle zbieraczy dzieł sztuki, skoro i ja zachwyciłem się formami Olszewskiej, to znaczy, że potrafiła wpłynąć na nasze zmysły. Immanuel Kant uważał, że piękne jest to, co podoba się powszechnie, bezinteresownie i bezpośrednio. To znaczy, że nie trzeba tego określać, nie trzeba filozofować. Twórczość Elżbiety, jej podejście do sztuki, do własnej kreatywności, chyba najbliższa jest pojęciu Kanta.

Polski świat artystyczny w Szwecji byłby uboższy, gdyby nie było w niej Elżbiety Olszewskiej i jej poczucia piękna.

Tadeusz Nowakowski

Logo cyklu artykułów pochodzi z książki ”Leksykon emigracji polskiej w Szwecji”. Autorką rysunków jest Agnieszka Korfanty.

Lämna ett svar