JANUSZ KOREK: Postprawda i sprawiedliwość

Tak, powtórzę: to, co Czytelniku widzisz powyżej, to NIE jest samolot. To tylko zdjęcie samolotu!

W opublikowanym w „Gazecie Polskiej” 21 października wywiadzie Jarosław Kaczyński stwierdza, że Polska zawetuje nowy budżet Unii Europejskiej na lata 2021 – 2027. Z wypowiedzi wynika, że Kaczyński nie zgadza się na blokowanie wypłaty funduszy tym państwom Unii, które łamią praworządność. Nikogo chyba tym nie zdziwił? Wszak mechanizm blokady utworzony jest właśnie po to, aby móc powstrzymać takich polityków jak on (i jego kolega Orban), którzy pojmują trójpodział władzy jak trójcę świętą, czyli widzą te trzy różne władze w jednej, swojej własnej osobie. Na dodatek marzą o zlikwidowaniu wolnego rynku mediów, czyli przejęciu także czwartej władzy (tej, która kreuje rzeczywistość).

Dziwić natomiast może timing, czyli dlaczego wicepremier Kaczyński wystąpił nagle przed szereg i ogłosił te niebywałe pogróżki jako pierwszy? Czy powiadomił wcześniej premiera i rząd, że Polska złoży VETO (bo prezydenta chyba nie powiadamia o niczym)? Co najmniej powinien uzgodnić to z ministrem finansów ponieważ, jak Kaczyński grozi dalej Brukseli: „nie damy się terroryzować pieniędzmi. Nasza odpowiedź na te działania będzie jasna: nie!”. Moim skromnym zdaniem wicepremier powinien zapytać także innych Polaków co oni na to, bo chyba nie myśli, że to tylko jego pieniądze? Posłuchajmy dalej wicepremiera:

„[…] z punktu widzenia komunistycznego wzorca, czyli Związku Sowieckiego istnienie indywidualnych gospodarstw rolnych to było horrendum, a jednak w PRL one istniały. Działanie Kościoła katolickiego też było nieakceptowalne, mimo to w Polsce Ludowej Kościół działał, choć oczywiście był szykanowany, prześladowany, brutalnie gnębiony. Czyli nawet w warunkach komunizmu pewne sfery ludzkiej wolności, możliwość wyboru, były do obronienia. Polska oczywiście była całkowicie podporządkowana Moskwie, ale pewna oddzielność jednak została zachowana”.

Można? Można! Czy Prezesowi chodzi o powrót PGR-ów? Czy Polacy cierpią dzisiaj z powodu braku wolności i nie mają możliwości wyboru własnej drogi życiowej? Czy przez tę cholerną Unię nie możemy wyjechać z Polski a Bruksela przydziela nam paszporty za dobre zachowanie? Nie. Prezesowi chodzi tutaj tylko o to, aby nikt nie wtrącał się do wydawanych przez niego decyzji i wyroków. Żeby prokuratura działała na jego polecenie, a sędziowie sądzili według jego widzimisię. Zobaczmy co Prezes dalej mówi w tym samym wywiadzie:

„[…] dziś instytucje Unii Europejskiej, jej przeróżni urzędnicy, jacyś politycy, których Polacy nigdy nigdzie nie wybierali, żądają od nas, byśmy zweryfikowali całą naszą kulturę, odrzucili wszystko, co dla nas arcyważne, bo im się tak podoba. […] Na takie działania nie będzie zgody. Będziemy bronić naszej tożsamości, naszej wolności, suwerenności za wszelką cenę.”

Czyżby Kaczyńskiemu umknęło, że Polacy wybrali do Parlamentu Europejskiego także posłów z PiS-u? Posłowie innych partii wybrani też przez Polaków to wszak dla niego „zdrajcy”. A może była premier Beata Szydło przestała przysyłać kartki z Brukseli? Postaram się być jednak poważny, bo mimo odlotowej pompatyczności wypowiedzi Prezesa może to być śmiech nasz ostatni. Jeszcze jeden cytat (bo naprawdę nikt by nie uwierzył):

„Polacy decydując się na wejście do Unii Europejskiej, nie zgadzali się na bycie czyjąkolwiek kolonią, a przecież takie podporządkowanie uczyniłoby z nas i innych właśnie kolonię tak zwanych najbardziej wpływowych unijnych graczy. Jeśli Wspólnota ma […] nie być terytorium, na którym ktoś chce poprzez szantaż i nieuczciwe działania wprowadzać mechanizmy znane z państw totalitarnych. Na uczynienie z Polski kolonii zgody nigdy nie było i nie będzie”

Podsumujmy wystąpienie urzędującego wicepremiera i szefa Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych: Polsce w Unii Europejskiej grozi utrata suwerenności, totalitarna dyktatura gorsza niż za sowieckich czasów. Członkostwo w niej pozbawi nas wolności, zniknie nasza kultura, nasze tradycje narodowe i utracimy tożsamość. Staniemy się przez nieuczciwe knucia kolonią Brukseli, niewolnikami (obcego nam cywilizacyjnie) kręgu państw zachodnich, państw które na dodatek: „są na drodze do upadku”. My jesteśmy oczywiście po „dobrej stronie historii” (cytowane słowa z tego samego wywiadu).

I znowu można przecierać oczy ze zdumienia: skoro państwa zachodnie niedługo upadną, to jakim cudem będą w przyszłości nas uciskać i trzymać w niewoli? Czy ktoś potrafi wymienić mechanizmy jakiegokolwiek państwa totalitarnego, które miałyby na celu zachowanie trójpodziału władzy i praworządność?

Zostawiając czytelnika z tymi pytaniami skoncentruję się na innej sprawie: dlaczego polityk mówi rzeczy, które są tak nieprawdopodobne, że sam chyba w nie nie wierzy? Co pozwala mu, jeśli jest w pełni świadomy, że łże, wypowiadać kłamstwa z przekonaniem, jakby głosił najświętszą prawdę? Nie, nie chodzi akurat o VETO – tu byłbym skłonny uwierzyć Kaczyńskiemu, bo zapewne chętnie odgrodziłby się od zachodniej zgnilizny i stworzył sobie i nam „wyspę wolności” na wzór Korei Północnej. Chodzi o inne twierdzenia, jak na przykład to, że w PRL-u Polacy dysponowali większym marginesem wolności i niezależności niż mamy teraz i będziemy mieli w Unii Europejskiej, czyli od wierutnego kłamstwa, że Unia Europejska to coś gorszego niż Układ Warszawski. Przypomnę młodszym czytelnikom, że był to sojusz państw Bloku Wschodniego narzucony im siłą, pozbawiający je w zasadzie suwerenności państwowej. Sojusz, którym Kreml przypieczętowywał ostatecznie totalitarne rządy jednej partii, cenzurę, procesy polityczne, więzienie obywateli w ich własnym kraju, a także pozbawił państwo polskie podmiotowości (w tym możliwości kierowania własną gospodarką i prowadzenia własnej polityki zagranicznej).

Nie dziwię się, że podobne bzdury głosi Patryk Jaki i inne młode wilczki ministra Ziobry, bo oni w czasach PRL-u na stojąco pod stół wchodzili (a poza tym muszą powtarzać, co starszyzna każe). Autorem tych wypowiedzi jest jednak były opozycjonista, który odczuł komunistyczny system autorytarny na własnej skórze i dla którego Kreml był przez wiele lat synonimem najeźdźcy i kolonizatora oraz symbolem politycznego, militarnego oraz ideologicznego zniewolenia.  Ale to także — UWAGA — polityk, który brał czynny udział w staraniach i pracach nad przyjęciem i (dobrowolnym) wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej.

Jeśli weźmiemy to pod uwagę, można przypuścić, że wypowiedzi z cytowanego wywiadu padają bezrefleksyjnie – w stanie rewolucyjnego amoku? nacjonalistycznego zacietrzewienia? – albo pod wpływem hipnozy. Przecież Kaczyński na pewno pamięta, że przyłożył rękę do zmiany statusu Polski z zabitego dechami baraku Układu Warszawskiego w wolny, pełnoprawny i rozwijający się niespotykanie szybko kraj Unii Europejskiej. Czytając zatem jego wypowiedzi nawet u niespecjalnie inteligentnego człowieka w wieku powyżej 12 lat powinno się pojawić zdziwienie, potem zaniepokojenie, a na końcu pytanie o jego skomplikowany stosunek do prawdy.

Co tłumaczy, że polityk ugrupowania powołującego się na najwyższe wartości, w tym na to, że prawda nas wybawi, postępuje jak populiści, którzy uważają, że nie muszą odnosić się do konkretnych faktów, czy w ogóle do rzeczywistości. Tego typu politycy, którzy wychodzą z założenia, że nie kłamią, jeśli tylko to, co mówią mobilizuje ich elektorat i przysparza im wyborców. Zysk polityczny likwiduje w ich oczach klasyczne pojęcie prawdy. Dlatego grają na instynkcie stadnym, stereotypach historycznych, narodowych resentymentach i biją w bębny moralności, jak w przypadku smoleńskiego mitu. Wraz z nim zaczęło się na większą skalę tworzenie pisowskiej hiper-rzeczywistości, której jedynym celem było przekonanie i scementowanie jak największej liczby wierzących wyznawców. Tutaj mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z tak bezczelnym zerwaniem relacji między kłamstwem a faktami. Wszak wmawianie ludziom, że udowodniona katastrofa lotnicza była zamachem bombowym, a brzoza ładunkiem wybuchowych, przeczy dobrze udokumentowanym faktom i wszelkiej logice.

Na co liczy nadawca takich wypowiedzi? Że słuchający nie będą w stanie zweryfikować jego twierdzeń, że nie mogą lub nie potrafią porównać ich z faktami i przyjmą jako w pełni prawdziwe? Tak, ale to nie wszystko. Tutaj mamy do czynienia nie tylko ze zwykłym cynizmem i nie tylko ze zwykłym kłamstwem. Tutaj chodzi o wielki cynizm i wielkie kłamstwo. Nawet nie to „Wielkie Kłamstwo” (Grosse Lüge), które opisał Hitler w „Mein Kampf”. Bowiem fürer wspomina – jak komentuje John Baker, o używaniu: „kłamstwa tak kolosalnego, że nikt nie będzie w stanie uwierzyć, że ktoś mógłby mieć bezczelność tak wypaczyć prawdę, kłamać”. Tym zatem, co Hitler chciał wypaczyć, była nadal (klasycznie rozumiana) prawda, a odnośnikiem jego „Wielkiego Kłamsta” były fakty.

W przypadku Kaczyńskiego oraz polityków o podobnej mentalności chodzi o celowe tworzenie mgławic dyskursywnej postprawdy. Mamy tutaj do czynienia nie tylko z wyparciem się niechcianych faktów lub z ich przekręceniem na własną korzyść. Wtedy zostałby mimo wszystko zachowany związek między kłamstwem a faktami. Kłamstwo odnosiłoby się do faktów, które zniekształca czy neguje, a więc istniałaby między nimi ścisła relacja. W świecie postprawdy relacja taka staje się nieważna. Ważne jest tylko, czy wypowiadający pewne tezy (kłamiąc lub nie) przekona słuchaczy i przysporzy sobie wyborców lub zmusi swojego przeciwnika do kapitulacji. Jeśli wyborcy wierzą w istnienie Świętego Mikołaja to postpolityk będzie z przekonaniem twierdził, że Unia Europejska zamierza zabrać temu biednemu sympatycznemu staruszkowi sanie i zakazać rozdawania wszystkim prezentów, a kończąc swoje wystąpienie doda: MUSIMY powiedzieć VETO! W wersji młodszych ziobrystów: VETO ALBO ŚMIERĆ! (To też nie żart – lecz deklaracja sekretarza stanu Janusza Kowalskiego).

W wystąpieniach wicepremiera polskiego rządu i prezesa PiS-u nie chodzi zatem o prawdę, podobnie jak nie chodzi o prawo czy sprawiedliwość. Głównym celem jest posiadanie wyłączności na dekretowanie prawa i ustalanie tego, co jest aktualną prawdą. A sprawiedliwość? Nią kupują głosy wyborcze. Myślę czasami, że Jarosław Kaczyński ma chyba rację, kiedy mówi o dwóch sortach Polaków. Są tacy którzy wierzą w jego brednie i tacy, którzy w te brednie nie wierzą, bo nie dają się na jego hiper-rzeczywistość nabrać. Jeśli żyją w komunikacyjnej bańce Kaczyńskiego są (dla niego) lepszym sortem, a jeśli żyją w innej bańce – albo nie dają się nikomu zabańkować są wtedy (dla Kaczyńskiego) gorszym sortem. Wyborcom PiS-u, ludziom wierzącym w partię i jej przekaz, żyjącym w ideologicznej bańce przez jej specjalistów wykreowanej nie jest łatwo odkryć, że w rzeczywistości manipulują nimi (post)nowocześni Polacy, którzy nie tylko wzorują się na amerykańskich kampaniach wyborczych, ale kopiują metody tworzenia hiper-rzeczywistości przez światowego lidera tej dyscypliny – Donalda Trump’a, który właśnie wygrał wybory prezydenckie w USA…

Pokazując dostateczną ilość razy zdjęcie samolotu z odpowiednimi komentarzami można wywołać pragnienie wzniesienia się w niebo, można stworzyć kult maszyny do latania czy wykreować mit lotnictwa, a nawet poczucie, że każdy potrafi nią latać. Problem w tym, że do samolotu ze zdjęcia nikt nie wsiądzie!

Janusz Korek

 

Lämna ett svar