ZYGMUNT BARCZYK: Onirycznie czy duchowo?

Wspiąłem się na szczyt wzgórza. W dole, po przeciwległej stronie zatoki, ukazało mi się białe, ciasno zabudowane miasto w oprawie gór. Te bliższe odcinały się szafirem zboczy od pasm dalszych, odchodzących, okrytych modrą tonią, coraz bledszą, Przechodzącą w bladoniebieską siność przy linii horyzontu. Szal morza mienił się odcieniami turkusu.

Oneiro

Przede mną:  ólo ton ble kósmo! (cały błękit świata!).  Pantodýnamos!

Tkwiłem tam dłuższą chwilę. Czułem, że tracę kontrolę nad upływem czasu. W tężejącej spiekocie dnia, lazur nieba zdawał się zmieniać tony błękitu. Łączyły się one z niebieskimi barwami świata w dole. Dominującą tonację tworzył teraz lapis lazuli. To barwa kamienia, ale i spotykana na starych obrazach Panagii, „Matki wszystkich ludzi”. Gra Błękitu, z dominantą tonacji lapis lazuli, to dopiero cudo. Po chwili: niebo, góry, morze, wiatr, domy w dole, wszystko rozpływać się zaczęło w kosmicznym oceanie lapis lazur.

wyrzeknij się pewności,

lecz nie ufaj zwątpieniu

jasne niebo i ciemny las są tym samym

jedynie na linii horyzontu

i w snach

z pewnej odległości i po jakimś czasie

wszystko staje się

smugą drgającego błękitu.

I bardzo dobrze.

Ale to dopiero początek wtajemniczenia.

Przypominam sobie frazy z wiersza Jerzego Szymika: „Smuga błękitu”. Niczym mantrę powtarzam sobie:

…z pewnej odległości i po jakimś czasie / wszystko staje się smugą drgającego błękitu.

Czas się ocknąć z mojej oneiry (obrazów marzennych), wygrzebać z lazurowej medytacji. Ma tę zaletę, że można w nią zapaść w dowolnej szerokości geograficznej. Już próbowałem. Działa nawet na stock-holmskim archipelagu, blisko domu. Lapis lazuli nie wymaga obecności szlachetnego kamienia w bliskości, dobre wibracje nie wymagają wizyty w Grecji. Greckość mogę sobie wywołać w dowolnym czasie i miejscu.

Anagonia

I ta cisza duszna…

Nie chodzi jednak o duchotę pomieszczenia w wyniku kiepskiego przewietrzenia, chociaż ta doskwiera. Dwuznaczność tego stwierdzenia pozwala mi uniknąć patosu i nie mówić, o tak, ni z gruszki niż pietruszki, o czymś tak trudnym i nieprzeniknionym, jak duchowość.

Cisza duszna. Nie o żart chodzi, lecz o zwrot użyty w charakterze samoobrony przed wrażeniem jakie wywołuje każdorazowe wejście do greckiej świątyni. Chodzi o atmosferę, jaką oferuje duszna – w intencji zaś duchowa – cisza bizantyjskiego kościółka. We wnętrzu którego jest zawsze, po prostu, duszno. I pusto, kiedy zaglądam w dzień powszedni. Po wejściu, momentalne odczucie tajemniczości. Wrażenie to nie towarzyszy mi w świątyniach katolickich (z wyjątkiem ulubionych, drewnianych kościółków na Śląsku). Może to kwestia wystroju, polichromii fascynujących, a może i tego, że czuję na sobie spojrzenia świętych z obrazów, ikon, fresków.

Jeden z moich ulubionych, Kościół Panagii w Nafplion (pod wezwaniem Najświętszej Marii Dziewicy, Matki Boga). Ołtarz oddzielony od części przeznaczonej dla wiernych zdobnym ikonostasem. Po obu stronach absydy ściany pokryte mozaikami i freskami. Liczne ikony i dary wotywne. Na suficie głównej kopuły wizerunek Pantokratora – Chrystusa,Władcy Świata.

Jestem sam. Staję przed ikonostazem, wędruję wzdłuż ścian, zatrzymuję się przy kolejnych ikonach.

Ikona jako “ sakramentalny uczestnik istoty Boga”. Jest “łaską Jego nieskończonego miłosierdzia”, a także okazją, by “ dotknąć poły Jego płaszcza”. To z moich lektur. Ikona nie jest zatem “świętym” obrazem. Nie jest obrazem, po prostu.

Wierzący powie tak: Jest miejscem spotkania kontemplującego przed nią człowieka z Żywym Uobecnionym Bogiem. I to właśnie On, w mocy Ducha Świętego, “wychodzi z inicjatywą” takiego spotkania, gdyż to “Światło Ducha” przenika świętą deskę i wylewa się na człowieka.

I co ja mam z tym wszystkim począć? Ja, niewierzący, intruz w świątynnej ciszy, zapatrzony, a zarazem jakoś dziwnie… udobruchany.

Za każdym razem, kiedy znajdę się w tajemnej autonomii kościółka greckiego, i to bez względu na turystyczny harmider panujący wokół, doznaję ukojenia, które trwa aż do wyjścia z dusznej ciszy. Patrzę „estetycznie”, nie religijnie, receptory otwierają się na artystyczne wrażenie dzieła. Patrzę na Chrystusa: Mandyliona, Pantokratora, Chrystusa w Mandolii i Tronującego, patrzę na Bogurodzicę: Theotokos, z Dzieciątkiem Jezus. Przedstawiana jest jako Hodegetria, Eleusa, Oranta. Patrzę na  świętych: Mikołaja i Gabriela, czuję Ich spojrzenia.

Patrzą i widzą mnie. Wzajemność spojrzenia, czyli… jest spotkanie? Zaproszenie do wglądu? Patrz byś widział! Po chwili wydaje mi się, że spoglądam „poza” wizerunek postaci. Czy jest coś poza czystą wizualnością obrazu? Czy umiem „widzieć ikonę”? Nie sądzę, nawet jeśli ogarnia mnie uczucie uniesienia i ukojenia, i to w jednej krótkiej chwili spotkania Oczu. Próbuję zrozumieć moją własną fascynację, nie ośmielając się nazwać jej medytacją. Myślę o anagonii (od greckiego: wstępowanie), kontemplacji ikony, drodze od widzianego do niewidzianego, od obrazu do bezpośredniej wspólnoty z Archetypem. Na tym poziomie dopiero ujawnia się sens – po to istnieje ikona.

Póki co, zostaję przy moim amatorskim zapatrzeniu.

Kanoniczny sznyt ikon nie zaprasza do wizualnych niespodzianek. Oblicza świętych to motywy powtarzalne. Trudno od nich odejść, choć nie wyrażają żadnych specjalnych uczuć. Jakaż zatem siła tkwi w desce pokrytej temperą?

Ikony się nie maluje, ją się pisze. W praktyce, poszczególne etapy pracy dzielą się na związane z twarzą i nie mające z nią związku. Ikonograf zawsze rozpoczyna pisanie od głowy, to ona dyktuje wymiar i pozycję ciała oraz resztę kompozycji. Człowiek z wielkimi oczami i nieruchomym głębokim spojrzeniu – widzi świat pozaziemski. Punktem centralnym twarzy są oczy, które rozpłomienia ogień niebieski. Wąskie wargi pozbawione są jakiejkolwiek zmysłowości, namiętności czy łakomstwa. Wydłużone uszy słuchają ciszy. Nos jest zaledwie cienką krzywą linią; czoło wysokie i szerokie, którego lekkie zniekształcenie podkreśla przewagę myśli kontemplacyjnej. To co wiąże się z obliczem to nie tylko twarz i oczy, ale i ręce, których każdy gest jest w ikonie na swój sposób przemyślany i związany z całością .

Patrzę  na Twarz Panagii, Matki Najświętszej. Spotykam tę ikonę w wielu miejscach. W kościółku na Monastiraki, na Plaka, w Salonikach. Jej oczy – duże, nieproporcjonalnie duże, skupione i równocześnie pozbawione wyrazu. Powiada się, że światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie rozświetlone. Skupienie, czystość spojrzenia. Kogoś o takim spojrzeniu nie można niczym przerazić.

To co „estetycznie” uderza w greckich ikonach, to brązowy sankir i rozjaśnienia w kolorze ochry, dające ciepły, miodowy kolor. Kolor twarzy zwykle nie jest jaśniejszy niż ochra pomarańczowa. I co ciekawe, postaci są jakby bardziej “ludzkie”, naturalne, żywe, w sensie potocznym, niż w ruskich ikonach, nawet jeśli też przestrzegają restrykcji w samym pisaniu ikony.

Ikony, to nie tylko oblicza, ale i sceny zbiorowe. Jerzy Nowosielski w rozmowach o “Moim Chrystusie” powiada, że w ikonie nawet infernalne sceny są jakby odarte z grozy zła, wszystko ulega przemienieniu. Jego zdaniem, ikonę trzeba uchwycić wpierw zmysłami, podziwem dla sztuki, nawet jeśli jest ona, w rzeczy samej “oknem do nieba”.

Wzruszenie artystyczne, jako wstęp do modlitwy?

Czy chodzi zatem tylko o bliskość piękna, danego mi wpierw jako przeżycie zmysłowe? Przygoda estetyczna to jednak nie kontemplacja. Często o tym myślę, kiedy w domu „zapatrzam się” w naszą ikonę przedstawiającą Panagię Pantanassę z Dzieciątkiem Jezus wykonaną w pracowni w Salonikach, a przywiezioną ze Skopelos. „Królowa Wszystkiego” spogląda na nas z deski oprawionej w misterną złotą koszulkę z licznymi grawerowanymi motywami biblijnymi. Ona, Hodegetria, Wskazująca Drogę, w ciemno brzoskwiniowej szacie. On odziany w bursztynowy chiton. Wokół ikony sporo kwiatów.

To nie ołtarz jednak. To… gość w dom.

Co znaczy patrzeć na obraz, który z założenia nie jest malunkiem, swobodnym dziełem artysty, lecz udziałem „piszącego” w medytacji? Spisać  na „świętej desce” należy to, co już jest już dane. Trzeba się jednak na to wpierw otworzyć, jeśli się chce:  zobaczyć.

I znów wraca myśl o dialogiczności dzieła. Jednak chodzi o spotkanie, a nie tylko o kontemplację. Chodzi o medytację, którą grecki język określa mianem … dialogimos.

Anagonia pozostaje dla mnie tajemnicą, nie czuję się jednak odrzucony.

Czekam na kolejne wejście w duszną ciszę greckiego kościółka.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar