ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Tyrmand

Przypomniał mi się dziś rano Tyrmand. Leopold Tyrmand, pisarz, dziennikarz, babiarz, besserwisser, człowiek wyjątkowo barwny. Różnie (przed wielu laty) o nim mówiono. Także o nazwisku. Franek Walicki twierdził, że gdy poznał go w 1941 roku w Wilnie, nazywał się wtedy Leonard Tyrman. W Warszawie był już Leopoldem Tyrmandem. Interesujące, jakie znaczenie może mieć w życiu człowieka jedna literka w nazwisku. Dopisując „d” Tyrmand uczynił możliwym swoje przeżycie okupacji. Podawał się za Francuza, legitymował (zanim otrzymał kennkartę) studencką legitymacją, gdyż studiował przez rok architekturę w Paryżu. Tak uzyskał status nie-Żyda, co stało się jego polisą ubezpieczeniową na życie.

Poznałem go i jego żonę Barbarę Hoff właśnie przez Walickiego. Franek, za wileńskich czasów mężczyzna sporych rozmiarów, wioślarz, koszykarz, opowiadał o zadziorności Tyrmanda. Tyrmand mówił przy różnych okazjach, że stoczył z nim (Frankiem) wyrównany pojedynek bokserski, który nieznacznie wygrał. Trochę trudno uwierzyć – dzieliły nas co najmniej cztery wagi, mówił Franek z uśmiechem. Ale przyznawał, że Tyrmand choć niewielki i drobnej budowy, był szybki, odważny i skory do bitki.

Posługiwał się świetnym językiem polskim. Miał nadznajomość polszczyzny, czym charakteryzowali się niektórzy Żydzi, mówiący po polsku dużo lepiej niż Polacy. I znał się na jazzie, co w tamtych czasach było ewenementem i budziło szacunek, szczególnie u polskich jazzmanów.

Poznaliśmy się, gdy przyszedł za kulisy w przerwie naszego koncertu w Hali Mirowskiej. Po latach, już ze Szwecji, napisałem do niego do Stanów. Odpowiedział, wymieniliśmy parę listów, i to wszystko.

Tyrmand bywa porównywany z Kosińskim, z czym się zdecydowanie nie zgadzam. Tyrmand był utalentowanym dziennikarzem i literatem z interesującym dorobkiem, Kosiński zaś tylko utalentowanym hochsztaplerem. Głowiński pisze o nim (Kosińskim) i jego nowojorskim blamażu szeroko w swojej książce „Good night, Dżerzi”.

Tyrmand za komuny cienko prządł, ale się nie poddawał. Był na tle powojennej biedy, szarzyzny i szalejącego stalinizmu, jak barwny ptak, ze swoimi kolorowymi skarpetkami i „bikiniarskimi” krawatami.

Był na naszym ostatnim (Rhythm and Bluesu) koncercie. Na Foksal, w Stowarzyszeniu Dziennikarzy. Warszawscy żurnaliści machali marynarami, skakali, darli się, solidaryzując w ten sposób z nami, młodymi chłopakami, którzy odważyli się (rok 1956!) śpiewać po angielsku – czemu Ministerstwo Kultury i Komenda Główna Milicji Obywatelskiej położyli kres, zabraniając nam występów w salach powyżej 300 miejsc – ale następnego i dalszych dni żaden nas „na swoich łamach” nie poparł. Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi, ale do pewnego stopnia.

Andrzej Szmilichowski

Foto: Wikipedia

 

En reaktion på ”ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Tyrmand

Lämna ett svar