Instynkt stadny

Każde kłamstwo powtarzane wystarczająco często staje się prawdą. Ludzie, zwłaszcza w Internecie, są jak stado baranów – instynkt stadny kieruje nie tylko ich działania, ale także to w jaki sposób myślą. I bardzo to mocno wpływa na ich poglądy.

To oczywiście nic odkrywczego. I nie jest to jakaś szczególna przypadłość, która dotyka tylko Polaków. To uniwersalny mechanizm. Nikt bowiem nie sprawdził, czy podziały w polskim społeczeństwie są głębsze niż w innych, chociaż tak właśnie by się mogło wydawać. Może dlatego, że Polakom brakuje pamięci historycznej, a pokoleniowa rewolucja nadziała się na polityczny establishment, który mentalnie tkwi ciągle w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Jak doszło do tego pęknięcia pokoleniowego? Kto zawinił? – zapytał swego czasu dziennikarz “Newsweeka” wybitnego brytyjskiego historyka, publicystę i pisarza, znawcę spraw polskich, Timothy Gartona Asha:

Częściowo jesteśmy odpowiedzialni my, historycy. Brakuje Europejczykom przekazywanej z pokolenia na pokolenie pamięci jednostkowej i zbiorowej. W Polsce brakuje pamięci historycznej nawet na temat najnowszej historii Polski. To jest zaskakujące, bo Polska tak kultywuje historię. Brak żywej pamięci widać zwłaszcza teraz, kiedy odeszło lub odchodzi pokolenie Helmuta Kohla, Francois Mitterranda, Tadeusza Mazowieckiego i Václava Havla. Przecież właśnie pamięć i doświadczenie indywidualne były najważniejszym motywem europejskiej integracji po wojnie. Nic nie zastąpi doświadczenia osobistego, na własnej skórze. Na 25-lecie polskiej transformacji powiedziałem, że demokracja w Polsce odniosła wielki i trwały sukces. Pospieszyłem się. Liberalizm, wolny rynek, demokracja płacą za swoje wielkie zwycięstwo sprzed 26 lat. Z czasem musiała przyjść antyteza tamtego sukcesu. Mogłaby nią być reakcja lewicowa, ale przyszedł PiS z nacjonalizmem, ksenofobią i ekonomicznymi elementami.

Nie tylko zagraniczni obserwatorzy polskiej sceny politycznej są zdumieni wydarzeniami w Polsce i próbują znaleźć mądre diagnozy. Ten stan zdumienia i konsternacji panuje także wśród polskich intelektualistów. Tak pisał kiedyś Cezary Michalski w Newsweeku:

Proporcje tych, którym się w III RP powiodło i próbują jej bronić, do tych, którzy przegrali albo czują się skrzywdzeni, dodatkowo zaburza syndrom wielokrotnie opisywany przez profesora Janusza Czapińskiego w jego badaniach nad kapitałem społecznym w Polsce (a raczej słabością kapitału społecznego w narodzie przez kilkaset lat, dziczejącym bez własnego państwa). Ten syndrom to “prywatyzacja własnego biograficznego sukcesu i upublicznianie czy upaństwoienie osobistych porażek”. Jeśli coś się nam w życiu powiodło, uznajemy to za zasługę wyłącznie nas samych – naszego sprytu, talentu czy pracowitości, wbrew przeciwnościom losu i kłodom rzucanym nam pod nogi przez innych. Jeśli jednak coś nam w życiu nie wyszło, to winni są: III RP, transformacja, Zachód, Niemcy, Żydzi, solidaruchy, komuchy. W ten sposób nawet z własnych skomplikowanych biografii frustraci i ludzie resentymentu, którzy stanowią dzisiaj kadrówkę Kaczyńskiego, wyciągają to, co jest im potrzebne. Każdy sukces to oni sami, zawsze dzielni, zawsze prący pod wiatr, a każda porażka to wina Balcerowicza, Geremka, Michnika, Wałęsy, Kwaśniewskiego, Millera.

Jeszcze ostrzej sytuację opisywała profesor Jadwiga Staniszkis, która z pozycji propisowskich przeszła na pozycję głównego krytyka tej partii. Zdaniem Staniszkis partia Kaczyńskiego porwała za sobą społeczny margines, którego jedynym argumentem był zawsze argument siły – PiS ośmielił lumpiarstwo – ludzi, którzy na co dzień wystają na placach małych miasteczek bez żadnych perspektyw. Ich agresja znalazła racjonalizację – powiedziała. Profesor wspomniała w tym kontekście o niespotykanych wcześniej w Podkowie Leśnej, miejscowości w której mieszka, radykalnej postawie wobec polityki migracyjnej.

Polacy okopani w swoich “racjach” zamykają się coraz częściej w gronie ludzi myślących podobnie, bo polityka stała się też wyznacznikiem naszych przyjaźni i kontaktów z innymi ludźmi. Słuszne, czy niesłuszne diagnozy niestety nie mają na razie wpływu na zmianę postaw. Raczej utwierdzają ludzi w ich coraz bardziej radykalnych postawach. “Lumpenproletariat” cementuje się jeszcze bardziej przeciwko “przemądrzałym intelektualistom”.

Jeszcze groźniejsze jest zjawisko, gdy dzisiejszych przeciwników politycznych obecnych władz nazywa się agentami, zdrajcami i odbiera się im prawo do bycia Polakami. Jeden z czytelników pisał do mnie: “Utwierdzam się w przekonaniu, że nie służy Pan dobrze mojej Ojczyźnie i nadal zupełnie Pan nie akceptuje tylu ważnych zmian jakie obecnie tam zachodzą. A szkoda! Bo według wielu Polaków mieszkających w Szwecji, właśnie gazeta, i to polska, powinna tworzyć dobry klimat wokół zachodzących zmian”.

– Już to przerabialiśmy – chciało by się odpowiedzieć. Kabotyn, który to pisze, zapomniał o “propagandzie sukcesu” w prześnym PRL-u, zapomniał także, jak dzisiejsi zwolennicy PiS-u odbierali prawo do sprawowania władzy swoim poprzednikom i nie akceptowali “nie swojego prezydenta”. Polityczna amnezja, czy manipulacja? A może tylko chodzi o to, że “moja prawda, jest prawdziwsza”… Dzisiejsza Polska to raj dla kabotynów.

Zamknięci w naszym spojrzeniu na sprawy polskie, często tracimy właściwą perspektywę. Bo przecież takie same dyskusje toczyły się także u naszego sąsiada na południu, w Słowacji. Tam też społeczna ocena rzeczywistości jest rozdzielona głęboką fosą, a wyniki wyborów do parlamentu w 2016 roku nie wróżyły nic dobrego. Wirus ekstremizmu i politycznego radykalizmu dotarł i tam. Nieufność do tradycyjnej polityki, poczucie zagrożenia muzułmańskimi imigrantami, spowodowały, że wściekli wyborcy zagłosowali na neonazistę Mariana Kotlebę z Partii Ludowej – Nasza Słowacja. To oznaka kryzysu demokracji – oceniają komentatorzy. Jacek Pawlicki pisał:

Za sukces Kotleby w dużej mierze odpowiada Fico (prezydent Słowacji – dop. NGP), to on budował atmosferę strachu przed uchodźcami i pobudzał islamo-fobię, to on z imigracji uczynił najważniejszy temat kampanii wyborczej. (…) Kotleba sprytnie wykorzystał tę histerię. Na wiecach mówił, że nawet jeden imigrant to za dużo. Organizował demonstracje skinhedów, którzy wykrzykiwali obraźliwe hasła pod adresem muzułmanów. (…) Kotleba przeszedł ewolucję charakterystyczną dla polityków skrajnej prawicy. Zaczynał od antysemityzmu i wielkich teorii spiskowych z Żydami w roli głównej, ale zrozumiał, że nie zapewni mu to politycznej przyszłości, więc zaczął eksploatować temat romski, ważny szczególnie w gospodarczo i społecznie upośledzonej części Słowacji. (…) Na niechęci do Romów można zbić niezły kapitał polityczny. Kotleba zaczął się odwoływać do haseł antyglobalistycznych, mówi, że trzeba wystąpić z Unii Europejskiej i NATO i wypędzić ze Słowacji obcy kapitał. Siłą Kotleby jest obecność w mediach społecznościowych. Nie przejmuje się tym, co mówią o nim mainstreamowe media, bo jego zwolennicy żyją na Facebooku i są przekonani, że gazety i telewizja kłamią”.

Czy można to traktować jako pocieszenie? Że zjawiska, które przerażają dużą część środowisk w Polsce, nie są tylko polskim wynalazkiem? Raczej budzą grozę, że ten narodowy radykalizm, coraz szerzej rozlewa się po świecie. Tak kiedyś było z ruchami lewicowymi, z zarażeniem komunizmem; dzisiaj to samo zagroziło nam z prawej strony. I nawet świadomość, że stoją za tym polityczni manipulatorzy, nie jest w stanie zahamować tych procesów. Chociażby przykład Kotleby: to były nauczyciel w szkole średniej wydalony z pracy za głoszenie ekstremistycznych poglądów, który w 2005 roku założył skrajnie prawicową partię z programem faszystowskim.

Opisy głębokich podziałów społeczeństwa, stawiane diagnozy – to także przyczynek do… osobnej diagnozy. Polityczne emocje to przecież bardzo często emocje psychologiczne. Gdy jedni je wykorzystują i nimi manipulują, inni – opisując je – lekceważą ich psychologiczną naturę, którą kieruje się tłum/stado. Bardzo trafnie opisał to parę lat temu Maciej Zaremba w “Dagens Nyheter”:

Jak można mówić tak lekceważąco o Bogu, rodzinie i naszych polskich bohaterach? Obrzucać błotem Kościół i naród? Propagować homoseksualizm? I kto właściwie finansuje filmy, w których pobożni chłopi są przedstawiani jako ziejące nienawiścią prymitywy?

To właśnie to poczucie zlekceważenia Jarosław Kaczyński podsyca i wyzyskuje. Kluczowym słowem jego kampanii wyborczej była “pogarda”. Mówi się zatem, że “elity lewicowo-liberalne” gardzą swoim narodem: przedstawiają Polaków, którzy stoją na straży rodziny, wiary i tradycji, jako ciemnogród i zagrożenie demokracji. Ale my nie będziemy się wstydzić tego, że nie cierpimy pedałów, muzułmanów czy feministek, i w prostych słowach dajemy temu wyraz. Wszak to my jesteśmy narodem, prawdziwymi Polakami, w przeciwieństwie do tamtych – i tutaj zwykle pada nowe nieprzyjemne słowo. Nieprzetłumaczalne. “Wykształciuch” to osoba, która z racji swojego dyplomu jest przekonana, że zjadła wszystkie rozumy i wie wszystko lepiej niż prawdziwy naród.

Ta retoryka nie trafiałaby do ludzi, gdyby nie dotykała prawdziwego poczucia upokorzenia. Z naiwnością, którą wyjaśnić można chyba tylko arogancją, polscy liberałowie zdecydowali się zwalczać niezdrowe poglądy metodą zawstydzania i stygmatyzacji. A więc za pomocą tej samej pedagogiki wstydu, której w Szwecji próbowano używać przeciw wyborcom Szwedzkich Demokratów: nie musimy z nimi rozmawiać, wystarczy ich napiętnować. Tyle że taktyka, która w Szwecji jest najwyżej chybiona, w Polsce od razu wywołuje rozłam, bo polszczyzna różnicę między tym, co stosowne, a tym, co niegodne, wyraża, prawie samoczynnie, w terminach klasowych.

Trafne jest to, co pisze Zaremba. Ale też bardzo idealistyczne. Z pewnością zawstydzanie i stygmantyzacja nie są bronią efektywną, mogą wręcz działać odwrotnie. Co jednak robić? Jak dyskutować, gdy żadne argumenty do drugiej strony nie docierają? Jak skutecznie bronić pewnych wartości?

Wszyscy jesteśmy ofiarami instynktu stadnego.

Tadeusz Nowakowski

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej

Lämna ett svar