ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Pacjentka

Siedział na gzymsie i patrzył na nią, a ona na niego. Wróbel, czy sikorka? Niespecjalnie się na ptakach znała. Na małych ptaszkach, co innego, papuga czy kondor. Był mały i zwyczajny, pełno ich wokół, ale mniej niż jeszcze niedawno. Gdzie podziały się stadka wróbli furkocące to tu to tam, śmigające tuż nad ziemią? Malutka główka odchyliła się szybko dwa razy w lewo, raz w prawo, ich wzrok spotkał się i ptaszek zadowolony odleciał.

Nadchodzi zima, trzeba by może kupić ziarenka, pomyślała i włączyła radio. Stare radio, z lampami. Kiedyś wspomniała, że chciałaby mieć takie stare radio, z lampami, i mąż jej kupił, kiedy jeszcze żył. No przecież, że kiedy żył, jakżeby inaczej? Męski głos mówił o pandemii i że pewnie niedługo będzie trzeba znowu zamknąć domy starców dla odwiedzających, dla wszystkich w ogóle, aby strzec przed zarazą nasze kochane staruszki i miłych staruszków.

Bardzo nie lubiła takich słownych kombinacji. Miłość to co innego i o wiele więcej. Miłość jest bardzo wytrzymała, cierpliwa i o wiele dojrzalsza w słowach i czynach niż to, co mówią o niej setki razy na dobę glosy (do redaktora – proszę nie poprawiać na „głosy”) reporterów i dziennikarzy. Drogie staruszki i kochani staruszkowie, brzmi przedszkolnie, trochę jak: Kochane dziewczynki i chłopcy! Znała się na tym dobrze, miała niemałą gromadkę wnuków.

Gdy umyła się, ubrała, trochę podmalowała, i po tym wszystkim odpoczęła, pojechała do miasta, do sklepu „ZOO SZKOLNE”, i kupiła parę torebek karmy dla ptaków, bo słyszała, że mogą ich, „naszych drogich mieszkańców”, zamknąć przed światem. Nie lubiła być nazywana mieszkańcem, do tego jeszcze drogim. Myślała o sobie raczej słowem „pacjentka”, bo to słowo lepiej oddawało to, jak się tu czuła. Pacjent, od łacińskiego pati oznacza: znosić chorobę, wytrzymywać, tolerować, cierpieć.

Wróciła zmęczona, ale zadowolona. Lubiła małe ptaszki i cieszyła się, że przyniesie im radość, przyjemnie przecież mieć pełen brzuszek ziarenek. Zanim zasnęła przyglądała się zadowolona sikorce (może wróbelkowi?), jak przyczepiona pazurkami do woreczka wydziobuje swój poczęstunek. Miała nadzieję, że będą często przylatywały. Zamiast patrzeć w pozbawiony nierzadko sensu, a z reguły życzliwości, telewizyjny ekran, wystarczyło odwrócić głowę ku oknu.

Tego wieczora zamykając oczy czuła się o wiele lepiej niż w ostatnich dniach, jak glosa na marginesie tłumacząca pragnienia i namawiająca do przykuwania się do czegoś.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar