Polska nie ma żadnych praw do odnalezionej kolekcji. Koniec „afery Gurlitta”

Tylko co do jedenastu spośród 1,5 tysiąca obiektów z kolekcji niemieckiego marszanda Gurlitta są niejasności, jedynie pięć zostało z pewnością zrabowanych. Ta wiadomość jakoś nie przebiła się w polskich mediach. Właściwie trudno się dziwić, Polacy mają teraz poważniejsze zmartwienia na głowie. Ale biorąc pod uwagę, iż dotyczy ona sprawy, która nieco ponad dwa lata temu zelektryzowała miliony czytelników, jest to cisza znamienna.

Po prostu nie takiego newsa oczekiwano. Przecież nadzieje budowano ogromne. Nagłówki w gazetach i portalach internetowych krzyczały: Polska odzyska obrazy zrabowane przez nazistowskie Niemcy? Konsul RP zrobiła pierwszy krok. Jest o co walczyć, łączną wartość obrazów oszacowano na miliard euro”; „Obrazy z Polski w kolekcji Gurlitta? Ministerstwo Kultury podało, że w cennej kolekcji obrazów Hildebranda Gurlitta, znalezionej w mieszkaniu jego syna, mogą znajdować się obrazy z Polski”. Raport opublikowany 14 stycznia 2016 r. przez zespół niezależnych ekspertów (wynajętych przez rząd krajowy Bawarii i niemieckie władze federalne za blisko 2 mln euro) grzebie wszystkie te nadzieje.

Przypomnijmy: kolekcję odnaleziono w monachijskim mieszkaniu syna marszanda, Corneliusa Gurlitta oraz w należącym do niego domu w austriackim Salzburgu. Odkrycia obrazów dokonano przypadkowo – przy rewizji podjętej w związku z podejrzeniem popełnienia przez Gurlitta juniora nadużyć podatkowych.

Kiedy pod koniec 2013 r pisałem na łamach NGP o sensacyjnym odkryciu zbioru prawie 1500 dzieł dzieł zdefiniowanych przez nazistów jako sztuka zdegenerowana, ukrytych przez ponad pół wieku przed oczami świata, a pochodzących głównie z wycofywanych w drugiej połowie lat 30. zasobów muzeów niemieckich, starałem się zachować zimną krew. Patrząc na wstępną listę prac, pierwsze dostępne zdjęcia i analizując losy twórcy tej kolekcji, zadawałem pytanie: Czy rzeczywiście zawiera dzieła zrabowane w Polsce lub polskim kolekcjonerom?

Dla większości polskich mediów była to „oczywista oczywistość” a zidentyfikowanie takich prac było tylko kwestią czasu, a proces ten opóźniała tylko opieszałość władz niemieckich, które – jak wiadomo – nie palą się do rozliczania hitlerowskich przestępstw. Gorączce miliarda „do odzyskania” nie oparł się nawet znany historyk sztuki, prof. Jerzy Miziołek, który w wywiadzie dla dziennika „Polska.The Times”mówił: „Biorąc pod uwagę fakt, jak liczny jest ten zbiór, jak i to, że obrazy mogą pochodzić nawet z XVI w., i co więcej – zostały dobrane w tak przypadkowy sposób, jestem niemal pewien, że znajdziemy tam polskie akcenty. Nie zgadzam się ze stwierdzeniami, że znalezienie w Monachium dzieł należących do Polaków jest praktycznie niemożliwe”.

Nie mam zamiaru chwalić tu swojej intuicji. Po prostu każdy krytyk sztuki oraz obserwator światowego rynku sztuki od razu musiał mieć wątpliwości co do „polskości” a przede wszystkim rangi i wartości kolekcji. Nie mieli ich tylko dyletanci, podobni do tych, których na przykład zachwyciła (i co gorsza nadal zachwyca) tzw. kolekcja Porczyńskich, składająca się z przede wszystkim z tanich kopii znanych obrazów, ich mniej lub bardziej udanych naśladownictw oraz stuprocentowych fałszerstw. Swoją drogą może władze Warszawy zrobią wreszcie coś z tym artystycznym kuriozum zajmującym jeden z najpiękniejszych gmachów w centrum stolicy przy Placu Bankowym – o ironio – zaledwie o rzut beretem od Ratusza. Porczyński zaszantażował ignorantów i zagrał na ich snobiźmie rzucając nazwiskami Rembrandta, Rubensa czy Velasqueza oraz nazywając swoją „kolekcję”  imieniem Jana Pawła II – nota bene – bez wiedzy i zgody polskiego papieża. W przypadku Gurlitta, obok dyletanctwa i zwykłej chciwości, mieliśmy do czynienia z epidemią poprawności politycznej, nakazującej szybkie i głośne potępienie nazistowskiego reżimu i jego popleczników. Takich jak Hildebrand Gurlitt, który gromadził obrazy zdyskwalifikowane w muzeach lub skonfiskowane bądź też odkupione po zaniżonej cenie od właścicieli, w większości niemieckich Żydów. Ale żaden z tych domagających się radykalnych aktów sprawiedliwości i natychmiastowego zwrotu prac nie miał w istocie zielonego pojęcia jaka była faktyczna proweniencja prac, jakie były rzeczywiste ich losy – przed, w trakcie, i po wojnie.

Oczywiście, obok kwestii czysto prawnych, pozostaje wymiar moralny działalności Gurlitta i (nie)etycznego trybu gromadzenia przez niego kolekcji. W każdym razie tej części, która pochodziła od osób prywatnych. Obrazy kupione od muzeów, niezależnie od naszej oceny barbarzyńskiego pomysłu usuwania z ich ścian prac „niearyjskich” lub choćby tylko awangardowych twórców, Gurlitt posiadł w pełni legalnie. Jeżeli coś zostało zagrabione, na ogół można to udowodnić lub choćby wyrazić wątpliwość co do tytułu własności dzieła, ale jeżeli za obraz zapłacono niską cenę, nie jest łatwo dowieść, że rzeczywiście była ona rażąco niższa od aktualnej wartości rynkowej pracy. Nawet najwyższej jakości artystycznej dzieło dopóki nie znajdzie nabywcy można uważać – z punktu widzenia rynku – za pozbawione wartości.

Dlatego do oskarżeń kierowanych pod adresem marszandów, że kupili coś „za tanio” należy podchodzić z dużą ostrożnością. Bywają oczywiście okoliczności, tak jak w przypadku Gurlitta, mogące wzmacniać tezę, iż nabywca zapłacił za mało, skoro sprzedający byli pod presją czasu, policyjnych nacisków, klimatu nagonki, czy dramatycznej sytuacji materialnej  po utracie dotychczasowych źródeł utrzymania. Praktycznie żydowscy kolekcjonerzy w Niemczech mieli do wyboru: albo utracić obraz, czy całą kolekcję, albo przyjąć proponowaną zapłatę, choćby śmiesznie niską. Co jeszcze bardziej komplikowało tę konkretną sprawę, to fakt, iż Hildebrand Gurlitt sam był ofiarą nazizmu. Jako „Mischling’, czyli mieszaniec drugiego stopnia, wnuk żydowskiej babci, był przedmiotem różnych szykan. Równocześnie mogło to jednak sprawiać, iż w środowiskach żydowskich cieszył się większym zaufaniem niż inni marszandzi.

Z pięciu – tych bez cienia wątpliwości – zrabowanych obrazów znajdujących się u Gurlitta dotąd zwrócono prawowitym właścicielom dwa: „Siedzącą kobietę” Henri Matisse’a i „Dwóch jeźdźców na plaży” Maxa Liebermanna. O tym drugim obrazie, zagrabionym żydowskiemu kolekcjonerowi Davidowi Friedmannowi z przedwojennego niemieckiego Wrocławia pisałem już dwa lata temu. Kolejne trzy sprawy są w toku. Ale żadna nie dotyczy jakiegoś wielkiego arcydzieła sztuki o ogromnej wartości. Większość pozycji z półtoratysięcznej kolekcji to jednak niezbyt drogie prace na papierze.

I na koniec jeszcze jeden gorzki paradoks. W trakcie badań okazało się, że należący do zbioru obraz Marca Chagalla „Scena alegoryczna”, o który niezależnie od siebie upomniało się kilku spadkobierców różnych kolekcjonerów, jest falsyfikatem o nieustalonym dotąd pochodzeniu.
Przyszłość kolekcji pozostaje kwestią otwartą. Niedługo po odkryciu zbioru Cornelius Gurlitt zmarł. W testamencie zapisał go muzeum sztuki w stolicy Szwajcarii Bernie, ale dopiero sąd w Monachium ma rozstrzygnąć, czy jednak nie należy się on dalszej rodzinie Gurlitta.

Piotr Cegielski

P.S. Omawiana przeze mnie we wspominanym artykule praca szwedzkiego dziennikarza Andersa Rydella „Plundrarna. Hur nazisterna stal Europas konstskatter” („Rabusie. Jak naziści ukradli skarby sztuki Europy”)  ukazała się w międzyczasie po polsku w tłumaczeniu Wojciecha Łygasia pod wysilonym i dość dalekim od oryginału tytułem „Bezcenne. Naziści opętani sztuką” (Wydawnictwo Albatros 2015). Mimo różnych – wskazanych przeze mnie – słabości książki, polecam jej lekturę wszystkim zainteresowanym tematem hitlerowskich grabieży dzieł sztuki.

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2016 roku

En reaktion på ”Polska nie ma żadnych praw do odnalezionej kolekcji. Koniec „afery Gurlitta”

  1. Jak by nie patrzeć na kolekcję p. Gurlitta to warto pamiętać, że Hans Frank wywiózł wiele cennych dzieł sztuki znajdujących się w Generalnej Guberni i które do tej pory nie zostały odzyskane. Zgodnie z niemieckim dowcipem, jedź do Polski twój samochód już tam jest, można napisać, jedź do Niemiec, zrabowane polskie dzieła sztuki już tam są.

Lämna ett svar