ZYGMUNT BARCZYK: Osobista greckość

Doskonałość formy, sztuka ciała i ziemskiej harmonii, wykwit wyrafinowanej myśli, zmysłowe przyjemności, wszystko to składa się na urok Grecji. Jest ona dla mnie niczym bujny ogród szczególnych wzruszeń, nastrojów, odczuć. Kształt, dźwięk, ruch, smak i zapach, ekscytacja ideą, cudowność chwili… tyle dobrego tam doświadczyłem. Mogę wręcz mówić o mojej osobistej greckości.

Znalazłem w książce Jacka Hajduka „Wolność słoneczna” taki o oto passus, który mnie zachwycił:

„Grecja krajobraz, to niema mowa przestrzeni”. Grecja jest też „tym wszystkim, co wydarza się wiecznie pomiędzy wersami heksametru”. Grecji możemy więc szukać w wierszach poetów dawnych i nowych, i w języku, coraz trudniej nam dostępnym, w mowie gór, morza, drzew i chmur na niebie. Grecja wykracza bowiem poza konkretny obszar, jest stanem, za którym tęsknimy i wzorem, który tylko niewielu z nas umie wpisać w swoje życie”.

Po tym co napisałem, nietrudno zorientować się, że jest to bliska mi perspektywa, chociaż, w rzeczy samej,  Hajdukowi chodzi o niespełnioną tęsknotę za Grecją jaka była udziałem Stanisława Vincenza, Nie dotarł do niej, nosił ją w sercu, dostrzegał w tym co opisywał zajmując się wschodnią Polską.

Zachwyt. Mój zachwyt. Nie uciekam przed nim. Jak i przed sceptycyzmem który sobie czasem serwuje. W myśleniu o Grecji i greckości podlegam oczywiście określonym stereotypom. Które wskazują na dobre i na złe rzeczy. Jakie one? „Macho greckie”, poza wzorem wojownika z Krety, i dzielnego żeglarza bądź rybaka, chyba jednak nieciekawe, ba, pocieszne jakoś. Kobiety za to harde, zaradne acz niekoniecznie nadzwyczajnie powabne, los kazał im często wdziewać czarne stroje. Turecka niewola, wenecka okupacja, bizantyjska tradycja;-wszystko to żłobi Grecję do dziś, sugerując upraszczające formuły rozumienia greckości. Nie sposób jednak nie spostrzec wpływu okupantów na grecką kulturę. Wenecja to styl, architektura, fortyfikacje, tureckość to wpływ na muzykę, taniec, strój ludowy, rzemiosło, dekor, niektóre obyczaje. Z jednej strony grecka nienawiść do okupanta, słynne i zrozumiałe pragnienie wolności (elefteria)  z drugiej, znacząca osmoza tureckości kulturowej ( i tu trzeba z Grekami ostrożnie, kiedy się ten temat podejmuje). No i nie zapominam, że dawna Grecja, Hellada, to imperialna potęga, wdzierająca się w Azję,  która uległa rozbiciu, nad czym Grecy do dziś boleją na wiele sposobów. Ogrom pamiątek po złotym okresie potęgi, rozsianych po dzisiejszej Turcji, Sycylii i wielu innych miejscach, znajdziemy i dziś. Mnóstwo zatem okazji do asocjacji, kiedy przywołuje się greckość. Nawet jeśli porządkowane one na sposób myślenia stereotypami.

Czy Grecja zachwyca, kiedy się tam udać na romantyczny wypad? Mnie nie. Kiedy bywałem tam wypoczynkowo, wiele rzeczy mnie irytowało, nie raz chciałem dać sobie z Nią spokój. Nie wyszło. Nie jeżdżę już na ich plaże, więc jest lepiej. Już mnie zatem nie drażni nieudolność organizacyjna i ociężałość umysłowa, z jaką się spotykałem w ich kompleksach wypoczynkowych, zwłaszcza jeśli porówna się to ze sprawnością i przedsiębiorczością Turków, mistrzów serwisu.

I jeszcze. Pomimo tego wszystkiego, co dotąd napisałem, muszę przyznać iż często czuję się …estetycznym kryptoturkiem(?!) To co wzrusza mnie najbardziej w odbiorze darów Grecji, podszyte bywa tureckością, pasjonującą dla mnie, bo ujawnioną na grecką modłę. Jakże dużo jej w pieśniach, tańcach, rzemiośle, wzornictwie i strojach. I nie chodzi tylko o Kretę. Żeby było wszystko jasne: „tureckość turecką” też lubię. Ich klubowe posiedy z ostrym graniem, nieparzystymi rytmami, ciężkim acz rzewnym śpiewaniem, że aż chce się gryźć trawę.  Cięższe to, ostrzejsze, surowsze niż w greckim wydaniu. Pamięć muzyki ulicy w Stambule, mieście wymykającym się jakiejkolwiek sztancy. Ich granie słyszane w sklepach muzycznych. Spontaniczne śpiewanie na miejskich choć zarazem międzykontynentalnych łodziach.

Grecja i Turcja, śmiertelni wrogowie. Tylko wąskie strużki szukania  zrozumienia porozumienia płyną nieprzerwanie dzięki staraniom części ich elit.

Kiedy piszę o moim odbiorze Grecji, greckości, kiedy zatem formuję swoją osobistą greckość ( odrobina patosu, podkreślona dużymi literami mi się należy, patos to greckie słowo!), zauważam że wiele w tym naskórkowości, przeżyć ślizgających się jedynie po powierzchni znaczeń. Przyznaję : moja osobista greckość, chociaż utkana z fascynacji Grecją i greckością, może i cokolwiek podejrzana i do tego bardzo rozciągliwa. W moim uczuciowym penetrowaniu greckości mieści się bowiem i to, co przekracza znane nam ramy pojęciowe Grecji ( tak to już jest z tą osobistością, kapryśną, chadzającą własnymi ścieżkami znaczonymi w świadomości). W mojej osobistej greckości zmieści się zatem porządny kawał Południa. I znów, świetnie ją wyraża muzyka. Jest w tym i: kurdyjski lament, turecka chuć frenetycznych rytmów, jest śpiew/modlitwa muezzinów, są żydowskie songi, tęskne zawodzenia wygnańców z Azji Mniejszej zaległych w ouzeriach.

Najchętniej roztapiam się w aurze songów greckich uchodźców, śpiewanych w tawernach Pireusu i Salonik. W ich  piosenkach wybrzmiewa tęsknota za swojszczyzną stworzoną w Azji Mniejszej. Ich rembetika umaczana jest w tanim winie, w ouozo, tsipouri, porywa do solowego „tańca pijaka” ( tawernowa wersja „tańca orła”). Jest w tym radość i smutek, ekstaza i udręka. Czasem jednocześnie. Jest w tym solidne umocowanie w egzystencjalnym nieszczęściu, zatem i „odloty” podszyte są dramatycznie odczuwaną tęsknotą za czymś Innym. Za utraconym miejscem, miłością niespełnioną, a i za  światem lepszym, choć nieosiągalnym. To nie tylko grecki specyfik. W greckich, kurdyjskich i tureckich pieśniach często słychać smętne zawodzenie wygnańca, i to w wielorakim tego słowa znaczeniu. Wygnaniec tęskni za miejscem utraconym. I co ciekawe, nie chodzi tylko o utracone zakotwiczenie w oswojonym przez niego miejscu tej ziemi. Słychać, że tęskni do  swojego miejsca w uniwersum. Siła ich pieśni, tańców, poematów, tego jak odbijają się od ziemi w radosnym upojeniu, jest w tym, że tęsknią za miłością dotąd niespełnioną i za Pełnią o której się wie, że się jej nie osiągnie i której, być może, i nie ma.

Wyczuwam zatem w mojej osobistej greckości cały ten specjalny sznyt wschodniej części mediterraneo. Drukowany w mojej jaźni po mojemu. Myślę jednak, że przy całej mojej dezynwolturze, to Ona, realna Grecja, tworzy pole magnetyczne, w którym się znajduję i dzięki któremu mogę czerpać z greckości a potem i przetwarzać ją na moją modłę.

Moja osobista greckość zatem jest prosta, aintelektualna i jakoś tak ponowocześnie potrzaskana. Jest stanem umysłu, duszy, serca i zmysłów. Greckość którą sobie ulepiłem, wkracza w moją tożsamość, czy chcę tego, czy nie. Nic w tym dziwnego. I nie chodzi tylko o greckość. Każdy z nas przecież zdaje sobie sprawę z tego, że to, co go lepi, stwarza jako osobę w biegu żywota, jest zarazem wspólne i unikalne. Każdy z nas zadaje sobie pytanie o to kim jest. I wie, że wymaga to odpowiedzi nie tylko kulturowej ale i bardzo osobistej. Kim zatem jestem ja: Zygmunt (Sigmund) Barczyk. Jestem przede wszystkim, jak każdy, unikalną osobą. Moje indywidualne wybory, zauroczenia, doświadczenia i przeżycia, rożnej są proweniencji i nie da się ich zaszufladkować: etnicznie, narodowo, religijnie, ideowo. Co nie znaczy, że pewne wpływy nie były, i nie są nadal, silniejsze niż inne. Jestem zatem intencjonalnie „niezależną i samorządną osobą”, która podlega zewnętrznym ciśnieniom formującym tożsamość. Jakim ciśnieniom ? Można to wyliczyć.

Jestem długoletnim mieszkańcem wielkiego miasta (najdłużej Sztokholmu). Wielkomiejskość, jak niegdyś narodowość, dużo znaczy w świadomym wyborze swojego ja. Jestem zatem mieszczuchem i to poniekąd globalnym, w mieście metropolitalnym. Zarazem jestem etnicznym Ślązakiem, i to po mieczu i kądzieli. Wychowanym zostałem w kulturze polskiej, ale i czuję transgraniczne klimaty regionu, mojej małej ojczyzny. Szykowany też byłem, bez większych sukcesów, na porządnego polskiego katolika. To, co formatuje mnie z racji miejsca urodzenia, zamieszkania i pochodzenia, to nie wszystko. Są jeszcze moje indywidualne predyspozycje i ograniczenia, inspiracje i uprzedzenia, zmieniające z biegiem czasu myślenie i odczuwanie. I dopiero w kontekście tak rozumianej mojej „światowości” widzę moją osobistą greckość. Jest mi ona inspiracją, źródłem przeżyć, sprawia, że moje czucie i rozumienie siebie i świata też się zmieniają.

Każdy z nas może korzystać z krynicy mądrości, radości i rozkoszy życia, szukać i znajdować je poza strefą mu przynależną etnicznie, narodowo, obyczajowo, rodzinnie. I nie chodzi o to by usuwać to, co siedzi głęboko, bo nabyte od dziecka, formowane w młodości. I tak się tego nie da zrobić. Można jednak swoje ja formować wedle własnych suwerennych wyborów, jak i wskutek nieoczekiwanych stymulacji. Które będą mu nawigacją w świecie obfitującym w złudy, fałszywe tropy ale i piękne możliwości.

Mnie akurat przydarzyło się, że chce mi się żeglować po Morzu Egejskim i po Adriatyku. Czynię to na jawie, czynię to w marzeniach.

I bardziej jest to autokreacja niż rekreacja.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar