Nie tylko o królikach

Nie mogę podać precyzyjnie „gdzie” są te króliki, bo stanowiło by to zagrożenie dla Nich. Esej ten spowodowała wypowiedź pewnego dziennikarza w Radiu Polskim.

Dziennikarz ów w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku przebywał jako student na saksach w Szwecji i bardzo się wzruszył opieką jaką Szwedzi otaczają dzikie króliki. Chodziło o unikalne, spotykane tylko w Skandynawii miniaturowe króliczki skalne. Bardzo sympatyczne czarnulki. Jako dobro narodowe powinny być pod ścisłą ochroną, ale obecnie nie są. Jeśli chodzi o czas, o którym mówił wspomniany dziennikarz, to wszystko się zgadza. Ja też pamiętam czarne od tych królików trawniki na Górze Królowej Krystyny (Kristineberg), gdzie mieszkała pani Zofia Pogonowska, którą często wraz z Ewą Trzcińską żeśmy odwiedzali. W tym czasie miałem redakcję w Stora Mossen, a Andrzej Szmilichowski arendował restaurację w Stadshagen – oba budynki dzieliła niewielka odległość, więc często po dyżurze (prowadziliśmy wtedy w redakcji „Jedności” dyżury porad i pomocy dla nowych uchodźców z Polski) odwiedzałem lokal pana Andrzeja, potem on też często zapraszał mnie na kolację. Nim znaleźliśmy się w gościnnym domu uroczej Pani Krystyny – żony Andrzeja, to przechodziliśmy przez łąkę czarną od tych królików. Tak wtedy było.

Na początku lat osiemdziesiątych Szwecja przechodziła niewielką recesję i władze szukały oszczędności, szczególnie w wydatkach socjalnych. Odbiło to się i na mojej skromnej osobie. Od połowy lat siedemdziesiątych miałem przyznaną tzw. pracę archiwalną. Tu wyjaśnienie. W latach pięćdziesiątych na sześćdziesiąte Szwecja przechodziła komputeryzację, co uczyniło zbędnymi duża część urzędników niższego szczebla. Szwecja jeszcze wtedy była bardzo bogata i humanitarna. Więc zredukowanych urzędników nie wyrzucała „na bruk”, tylko zaproponowała by przeszli na specjalną rentę w wysokości ich dotychczasowych zarobków. “Niech zostaną w domu, zajmą się swoimi zainteresowaniami, niech podróżują po Świecie”, w tym czasie wycieczki zagraniczne były bardzo tanie.

Te propozycje obraziły ludzi: „Jak to? Już nie jesteśmy potrzebni, jesteśmy zbędni? Mamy żyć z łaski Państwa?” Ludzie wpadali w depresję. Wtedy wymyślono dla tych ludzi pracę fikcyjną, którą nazwano archiwalną. Ludzie ci przychodzili do pracy jak dawniej i czuli się potrzebni. Anegdota głosi, że zlecano im dość dziwne czynności, np jeden z pracowników archiwalnych miał ułożyć akta alfabetycznie. Potem oddawano ten operat drugiemu, który miał je z powrotem ułożyć w kolejności datowania. Nie wiem, czy rzeczywiście tak było, ale bym się nie zdziwił, gdyby była to prawda.

Pracowników archiwalnych upychano na wyższych uczelniach, w bibliotekach oraz organizacjach społecznych, w tym  imigranckich. Ci ostatni mieli przechlapane. Bowiem różni ważni Prezesi tych organizacji uważali ich za swoją własność, którą mogą orać do woli. Owych pracowników naturalnie opłacało państwo szwedzkie, a nie te organizacje. Taką niewdzięczną pracę w Radzie Uchodźstwa Polskiego dostał zasłużony bardzo dla polskiej społeczności w Szwecji, redaktor Norbert Żaba. Gdy znudziło się mu traktowanie go jak niewolnika przez prezesa RUP, załatwił sobie przeniesienie do biblioteki Politechniki Sztokholmskiej. I tam miał do emerytury rajskie życie, ponieważ nie znał się na terminologii

technicznej, więc w tej specjalistycznej bibliotece robił niezły bałagan. W związku z tym Kierownik biblioteki prosił go, by raczej ograniczał swoją działalność i na przykład chodził na spacery, z czego pan Norbert korzystał. Okolica tam była ładna. Wiem, bo go tam odwiedzałem. Chodziliśmy na te spacery razem.

Pan Norbert pokazał mi kiedyś norkę, gdzie mieszkała zaprzyjaźniona z Nim łasiczka. Oddawał jej część swego śniadania i dziwił się, dlaczego ta łasiczka zjada z kanapki szynkę, wylizuje masło, a bułkę zostawia ptakom.

Ale wróćmy do tytułowych Królików. Otóż taką pracę archiwalną miałem i ja – najpierw w Polskim Związku byłych Więźniów Politycznych, a potem w Kongresie Polaków. I mnie też dotknęła redukcja. Do Kongresu przyszła komisja sprawdzić moją pracę – ówczesny Prezes Kongresu Roman Koba nie mógł się mnie nachwalić. Czym wyświadczył mi „niedźwiedzią przysługę”. Jeśli on jest taki dobry i zaradny to może pracować na wolnym rynku – powiedzieli i cofnęli mi „dożywotnią” pracę archiwalną. I stąd króliki.

Byłem zmuszony zarejestrować się w specjalnym oddziale pośrednictwa „dla ludzi trudno umieszczanych na rynku pracy”. Po drodze do tej instytucji musiałem przechodzić przez pewne wzgórze, gdzie spotkałem czarnego królika, który najwyraźniej coś ode mnie chciał. „Dobrze – powiedziałem – jak przyjdę następnym razem przyniosę ci marchewkę”. Tak i zrobiłem – królik był na miejscu. Rzuciłem marchewkę i wtedy z krzaków wybiegły jeszcze dwa inne i zaczęły walczyć o tę marchewkę. Od tego czasu wiedziałem, że trzeba przynosić znacznie więcej marchewek. W tym czasie na wzgórzu żyło 15 królików różnej maści i dwie morskie świnki.

Przy okazji: ta polska nazwa tych stworzeń jest bez sensu. Z morzem nie mają nic wspólnego. Są to bowiem skarlałe króliki pochodzące ze szwajcarskiej prowincji Morges. Tam wszystko karleje, dowodem tego założony w siedzibie Paderewskiego w Morges-Front skupiający przeciwników sanacji z generałem Władysławem Sikorskim na czele. Opinię tę zawdzięczam śp. panu Zygmuntowi Gabryjończykowi, który miał niewątpliwą ansę w stosunku do Sikorskiego, która ja też podzielam.

A więc morskie świnki. Skąd one tam się wzięły? To proste. Dobrzy rodzice kupują, najczęściej, pod choinkę, swoim pociechom małe króliczki lub morskie świnki. Dzieci o nie dbają i rozpieszczają. W parę miesięcy zwierzątka dorastają, mężnieją i przychodzi czas wakacji. Co z nimi zrobić? Proste – w lecie dadzą sobie radę… więc wypuszcza się je „na wolność” w pierwszym lepszym parku.

Dobrzy Szwedzi, do czasu, tolerowali wyżej wspomniane skalne króliki. I nawet dokarmiali je zimą. Na wzgórze, gdzie mieszkają moje króliki, przywozili kopy sprasowanego siana. Ale dawno już tego nie robią. Uznali, że króliki niszczą im parki i ogrody botaniczne. Rzecz w tym, że króliki budują sobie norki pod ziemią i jeśli jakaś roślinka zapuści korzenie do ich norek, to one traktują to, jak mannę z nieba i naturalnie podgryzają. Co czasem powoduje uschnięcie bardzo wartościowej roślinki. Uznano je za szkodniki. Przestano dokarmiać, a nawet zasypywano im wyjścia z norek.

Co do mojego stadka, to przez 40 lat naszej znajomości, przewinęło się multum pokoleń. Mimo znanej rozrodczości królików przez długie lata utrzymywała się mniej więcej stała liczba kilkunastu osobników. Obecnie mieszkają tam tylko trzy, i to mieszańce królików ze świnkami morskimi, co potwierdza teorie ich króliczego pochodzenia. Od normalnych królików różnią się tylko płaskimi ogonkami.

Tak to się wszystko w Szwecji degeneruje.

Ludomir Garczyński Gąssowski

Lämna ett svar