Osobista Kartka z kalendarza

Z listu mojego starego kolegi, którego poznałem na początku mojego zamieszkania w Sztokholmie, po pewnej publikacji w Nowej Gazecie Polskiej, wiele lat temu:

Long time no see. Niedawno przez przypadek natrafiłem na wzmiankę o mojej ”współpracy ze służbami” i na zdjęcie, które mnie mocno rozbawiło. Wyglądam na nim jak facet, którego niedawno wypuszczono z oddziału dla umysłowo chorych i teraz cieszy się każdą chwilą wolności. O mało nie spadłem z krzesła. Ogólnie opis mojej sytuacji w Szwecji jest z grubsza zgodny ze stanem faktycznym. Co prawda przyjechałem do Sztokholmu nie z rodzicami, a z matką i jej drugim mężem, członkiem partii (mój biologiczny ojciec nigdy nie należał do partii i usilnie mnie namawiał, żebym został w Szwecji).

Po czterech latach placówki, matka i niby-ojczym wyjechali, a ja zostałem w Szwecji, żeby dokończyć studia. Ówczesny konsul, prawdopodobnie amator powieści detektywistycznych i szpiegowskich, wymyślił sobie, że mnie zwerbuje, używając do tego celu bardzo prostego i skutecznego sposobu – przetrzymywania paszportu. Przez kilka miesięcy namawiał mnie gorąco do współpracy obiecując, że już niedługo paszport zostanie przedłużony. Ja rżnąłem głupa, aż do czasu, kiedy paszport wydała mi przez pomyłkę zaprzyjaźniona sekretarka. Napisałem potem długi list, że od tej pory nie życzę sobie kontaktów z konsulatem. List zaniosła do konsula T., bo tak było bezpieczniej.

W międzyczasie myślałem o azylu politycznym, ale mój ojczym-aparatczyk zagroził mi, że jeśli to zrobię to mnie – cytuje: ”dopadnie na krańcu świata i się ze mną rozprawi”. Jak widzisz, nie było to wszystko takie proste. Sformułowanie ”przyznał się do współpracy” powinno brzmieć ”ujawnił, że został zmuszony do współpracy szantażem. Trwała ona kilka miesięcy i była pozorowana”.

Niestety ”dzięki” temu znalazłem się na liście Wildsteina. Nie ujawniłem żadnych polonijnych sekretów ani tajemnic, nikogo nie wydałem. Kiedy dzięki T. starałem się o pobyt stały, dopadła mnie szwedzka policja i wielokrotnie przesłuchiwała. Ostatecznie zostałem oczyszczony ze wszystkich zarzutów zawartych w anonimowym liście, wysłanym na policję prawdopodobnie przez konsula.

I to tyle. Smród pozostał. Zastanawiałem się, jak odzyskać dobre imię, ale do tego potrzebna mi była T., a jak wiesz od wielu lat nie była w pełni władz umysłowych. T. mi dużo pomogła, zwłaszcza w wygrzebaniu się z tego bagna i do końca życia będę jej za to wdzięczny.

A Lista Wildsteina? Cóż, nie mam na to wpływu. Jeżeli ktoś mnie zna, na pewno spyta, jak było naprawdę. Są tacy, którzy z wielką przyjemnością ogłaszają wszem i wobec, jaka to z tego Z. szuja, szpicel i agent KGB i jak to się sprytnie urządził w tej Ameryce. Gdyby ktoś miał tu w USA do mnie jakieś pretensje, to CIA i FBI raczej by mi nie dały zezwolenia na pracę dla rządu. Ale powiem Ci szczerze, że już mam dość tego wyjaśniania i kajania się. W 1978 roku miałem 23 lata, byłem głupim, zastraszonym szczeniakiem, bez paszportu, w obcym kraju, bez pozwolenia na pracę i środków do życia. A jednak mimo gróźb ojczyma i szantażu konsula jakoś przetrwałem i do końca się nie zeszmaciłem.

Zawsze będę pamiętał Z. jako jednego z najsympatyczniejszych ludzi, których poznałem w Sztokholmie. Szczerze mi go żal.

Tadeusz Nowakowski

Lämna ett svar