Z San Francisco do LA.

Większość etapów naszej podróży dookoła świata doczekało się już relacji. Była to podróż życia. Ale ogólną refleksją z owej wyprawy jest nadmiar wrażeń. Kolejne przeżycia sprawiały, że poprzednie bladły. Lepiej zwiedzać świat regionami.

Do opisania pozostał etap z Fiji przez Hawaje do San Francisco i Los Angeles. Nasz promocyjny bilet lotniczy dozwalał ograniczoną ilość lądowań. Wybraliśmy Fiji zamiast Hawajów rozumując, że na Hawaje łatwiej dotrzeć ze Szwecji. W drodze mijamy strefę zmiany czasu i po raz drugi mamy ten sam dzień. Na pokładzie, po lekkiej kolacji, próbujemy zasnąć. Wczesnym rankiem lądujemy w Honolulu na Hawajach, gdzie zmieniamy samolot. Nie wolno nam opuścić halu lotniska, ale lądując widzimy pasmo gór i Pearl Harbour, a przez okna odnajdujemy wzrokiem las wysokościowców wzdłuż słynnej plaży Waikiki.

Podczas krótkiego lotu z Honolulu do San Francisco dostajemy jeszcze jedno śniadanie i to z szampanem. Na lotnisku widzimy przez szybę parę uderzająco podobną do przyjaciół rodziny,  u których mamy się zatrzymać. Jesteśmy mile zdziwieni, bo nie umawialiśmy się, że po nas wyjadą. Dostrzegają nas i dają znaki po czym podchodzą i zagadują po polsku. Ale nazwisko się nie zgadza. Okazuje się, że to są nieznajomi Polacy, którzy wyjechali po zupełnie innych ludzi. Niewiarygodny zbieg okoliczności!

Z lotniska dzwonimy do naszych gospodarzy, tak jak to było umówione i mikrobusem dojeżdżamy do miejsca przeznaczenia. Okazało się ono 2-pokojowym apartamentem w pobliżu mostu Golden Gate i portowo-turystycznego centrum Fishermans Wharf. Mili gospodarze poczęstowali nas kolacją, ponieważ dzień nam się skrócił na skutek jazdy na wschód, i posłali na rozkładanej kanapie w salonie. Mieliśmy wyrzuty sumienia, że sprawiamy im kłopot, bo mieszkanko malutkie; 3-letni synek miał łóżeczko w ich sypialni. Chłopczyk, przyuczony widocznie do utrzymywania porządku, przeniósł nasze torby podróżne z korytarza w inne miejsce, aby nie blokowały przejścia. Przyznam się, że wolę zatrzymywać się w hotelach, ale mieszkając prywatnie poznaje się kraj bardziej od środka, nie tylko jako turysta.

Po wspólnym śniadaniu wyruszamy samotnie na zwiedzanie miasta zaskoczeni chłodem i wiatrem, szczególnie w pobliżu wody. Most rysuje się niewyraźnie we mgle. Po przeciwnej stronie wysepka z dawnym więzieniem Alcatraz. Wędrujemy wzdłuż portu. Przy przeładowni ryb zgromadziły się foki; szczekają śpiewnie prosząc o jedzenie. W jednym z barów przy nadbrzeżu kupujemy na własny użytek smakowite tacki z krewetkami i homarem. Potem obowiązkowa przejażdżka tramwajem ”cable car”, rodzajem kolejki linowej na szynach. Zabudowa niewysoka poza samym City, domy z charakterystycznymi przeszklonymi werandami. San Francisco ma ogromne różnice poziomów. Część ulic wspina się prawie pionowo, by później opaść stromo w dół. Jedna z ulic, Lombard st., cała wysadzana hortensjami, zaaranżowana jest na stromiźnie jak serpentyna. Zwiedzamy Chinatown. Małżonek nie daje mi czasu na żadne zakupy, a szkoda. Wieczorem obiad u naszych gospodarzy, my zapraszamy na drinki, oni na wino.

W sobotę nasi gospodarze nie pracują. Po późnym śniadaniu zabierają nas do parku narodowego Muir Woods z gigantycznymi sekwojami (redwood). To największe drzewa na świecie. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w punkcie widokowym po drugiej stronie Golden Gate i przy silnym wietrze podziwiamy widok na miasto: most na pierwszym planie, morze z masą żaglówek, w dali sylwetka City. Niemal tak pięknie jak w Sydney. Ten widok pozostanie nam pod powiekami jako San Francisco. Po powrocie i drobnej przekąsce gospodarz zabiera nas na krótki objazd po mieście. Poza kłopotem ma w tym pewną satysfakcję, ponieważ zagaduje nas przed każdym wzniesieniem, po czym nieprzygotowanych zwozi na łeb i szyję po stromych ulicach. Po powrocie okazuje się, że jesteśmy wszyscy zaproszeni do przyjaciół domu na kolację. Będą ryby. Powinnam się przebrać w wyjściową sukienkę, ale brak czasu aby ją uprasować.

Jedziemy dość długo przez miasto, które jest miastem w sensie europejskim, tzn. ma domy mieszkalne ze sklepami na parterze i ludźmi chodzącymi po trotuarach. Wchodzimy do małego piętrowego domku, jednego z wielu. Wnętrze jak w renesansowym pałacu czy muzeum – posadzka w mozaikę, masa obrazów, część oparta o ściany. Okazuje się, że gospodyni jest restauratorką obrazów, a jej mąż, prawnik, prowadzi interes. Dom umeblowany antykami, piękny kominek z cegły, nowoczesna kuchnia i łazienka ze szlachetnych materiałów: marmur, płyty kamienne, ceramika. Nie ma laminatów, czy plastikowych tapet. A przecież był to w sumie przeciętny dom. Wyposażenie szwedzkich domów zionie przy tym tandetą i prymitywem. Pijemy białe wino. W kuchni przyjaciółka domu szykuje sałatki po czym gotowe porcje stawia przy każdym nakryciu. Gości jest wielu. Na tarasiku pan domu grilluje ryby i mięso. Były to najlepsze ryby jakie jadłam w życiu. Z tych znanych tylko łosoś, reszta to jakieś tropikalne warianty. Do tego ostry sos wasabi z japońskiej musztardy w proszku. Muszę kupić taką musztardę, coś wspaniałego!

Wracamy do domu wraz z naszymi gospodarzami. Mam chandrę. Dlaczego musimy mieszkać w zimnej, niechętnej, zaściankowej Skandynawii a nie w Kalifornii z jej, mimo wszystko, łagodnym klimatem, rozmachem, internacjonalnym charakterem, możliwym do osiągnięcia luksusem mieszkaniowym, tanim i pysznym jedzeniem. Z naszymi zawodami na pewno dalibyśmy sobie radę. Ale już za późno na zmiany, ile razy można wyrywać się z korzeniami? Może żyjemy w społecznie sprawiedliwszym, a w każdym razie, bardziej wyrównanym kraju, ale czegoś nam brak: przyjaznego klimatu, możliwości życia na co dzień lepiej niż przęciętność, wzniesienia się ponad poziom wody kaczego bajorka. Nie jest to bynajmniej zawiść o dobra materialne, tylko chęć odetchnięcia głębiej, tęsknota za prawem do decydowania o własnym losie. W Szwecji od tego jest władza. Pocieszam się, że są kraje, gdzie jest jeszcze gorzej, tylko co to za pociecha.

Małżonek nie przejął się moimi egzystencjalnymi problemami i ogląda wraz z gospodarzami na video sprośny film “Pink Lagoon”. Ja zasypiam sfrustrowana, że wybraliśmy zły model życia, nie oglądając zachwalanej sceny ”z wiatrakiem”, gdzie czarnoskóry, szczodrze obdarzony przez naturę bohater, kręci młynka swym rozrośniętym ponad przeciętność organem.

Gospodarz budzi nas o świcie. Jedziemy na lotnisko, gdzie czeka wcześniej zarezerwowany samochód, którym mamy podróżować wzdłuż wybrzeża Kalifornii. W powietrzu czuć zapach spalenizny, a w koło unosi się sadza. Na północ od San Francisco płoną lasy. Mam nadzieje, że mama nie usłyszy o tym w wiadomościach i nie zacznie się niepokoić.  Na szczęście jedziemy na południe. Dostajemy elegancki Chevrolet Beretta. Kosztuje nas dużo więcej niż przypuszczaliśmy, bo musimy dopłacić prawie drugie tyle, aby móc oddać samochód w Los Angeles. Ale żyje się tylko raz, a w każdym razie, raz się jedzie dookoła świata. Lekko spięta prowadzę automatik po stromych ulicach. Po śniadaniu i serdecznym pożegnaniu ruszamy w dalszą drogę.

Jedziemy na południe wzdłuż wybrzeża. Małżonek doskonale odnajduje drogi z mapy, ja odpowiadam za prowadzenie naszej Chevrolety. Pierwszy przystanek w wypoczynkowej miejscowości Monterey. Molo, kioski z pamiątkami, bary z seefood. Jemy koktail krabowo-krewetkowy.  Na pontonach opalają się foki. Te również proszą o jedzenie. Jedziemy dalej krętymi drogami. Piękne skaliste wybrzeże, widoki przypominają krajobrazy śródziemnomorskie. Zatrzymujemy się w Carmel, następnej miejscowości wypoczynkowej. Zwiedzamy hiszpańską misję ze średniowieczną kaplicą i domem noclegowym. Dalsza droga prowadzi przez malowniczy Big Sur. Zaczynają pojawiać się chmury, ale na wysokości poziomu wody, co jest niezwykłe. Palczaste kaktusiki  w różnych odcieniach czerwieni i brązu, porastające mijane zbocza tworzą barwny gobelin. Tu i tam rosną bujne kępy traw z białymi kiściami kwiatów. Po pewnym czasie chmury wspinają się aż na drogę i chwilami jedziemy we mgle. Okolica bezludna, najpierw parki narodowe, później pastwiska, widoki na góry, dopóki mgliste chmury nie spowiły wszystkiego. Zapada mrok, znajdujemy motel, ale bez restauracji. Jedziemy stamtąd we mgle ponad 15 km, aby coś zjeść. Zdzierają z nas w restauracji, ale nie mamy wyboru. Jesteśmy w każdym razie w pobliżu następnej atrakcji, zamku-muzeum potentata czasopism Hearst`a.

Bez śniadania wyruszamy w stronę zamku. Jest w dalszym ciągu mgliście i chłodno; zaczynam już wątpić we wspaniały klimat Kalifornii. Wykupujemy bilety w kasie i posilamy się w pobliskim barku. Autokar zabiera nas w góry. Wznosimy się ponad mgliste chmury i zamek pojawia się na szczycie na tle błękitnego nieba. Hearst Castle to prawdziwe muzeum sztuki będące jednak prywatną rezydencją. Milioner gromadził przez całe życie rozmaite arcydzieła i skarby, by wkomponować je w swoje dzieło. Zamek posiada kilka gościnnych domków: Casa del Sole, Casa del Mare; każdy z nich to mały pałacyk. Casa Grande, ozdobiona orientalnym fryzem, przypomina katedrę Notre Dame. Właściciel zwykł zapraszać znane osobistości świata filmu i literatury. ”Wielki Gatsby” Fitzgeralda Scotta tam został częściowo napisany. Zapraszani byli w nagrodę również chłopcy, którzy sprzedali największą ilość gazet. W sali jadalnej, umeblowanej starymi sprzętami z hiszpańskiego klasztoru, królują na stole srebrne świeczniki z Mexico City na równi ze słoikiem musztardy i butelką ketchupu, aby mali roznosiciele gazet nie czuli się obco. Zamek jest obecnie własnością stanu, darowaną przez Hearst`a testamentem, utrzymywaną z dochodu, jaki przynoszą turyści.

Czeka nas dalsza droga, do LA. Nazwy na drogowskazach budzą romantyczne wspomnienia: Santa Barbara, Malibu, Santa Monica, Venice. To miejsca zamieszkania gwiazd filmowych, nazwy znane z filmów i magazynów. Santa Barbara posiada imponującą promenadę wysadzaną palmami i gigantyczną plażę. Malibu to pasmo luksusowych willi wzdłuż morza, których nie sposób zobaczyć z drogi, bo kryją się za murami. Santa Monica jest mieszaniną luksusu, tanich moteli i mola. Zatrzymujemy się na noc w jego pobliżu. Po drodze robimy jedzeniowe zakupy: sushi, białe wino i tropikalne owoce. W pobliskiej etiopskiej restauracji prosimy o otwarcie wina, ponieważ ani my, ani właściciel motelu nie posiadamy korkociągu. Barman informuje nas, że rząd Polski ustąpił. Nie mamy odwagi uwierzyć. Skąpe telewizyjne  wiadomości potwierdzają odejście premiera i ministrów. Nie wiemy co to oznacza. Tu w Kalifornii wiadomości są głównie lokalne, cały nasz świat wydaje się daleki i niegodny uwagi. Dominującą wiadomością jest huragan Gilbert, który zniszczył Cancun znany nam ze styczniowej podróży. Oby tylko mama nie pokręciła wszystkiego myśląc, że jesteśmy w Meksyku.

Rano mgliście, zimno i deszczowo. Nie spodziewaliśmy się tego po Kalifornii. Wyruszamy  na przechadzkę po molo, aby zjeść śniadanie w jedynym otwartym meksykańskim barze. Zamawiamy smażone jajka, grzanki i kawę. Po chwili wchodzi do baru wychudzony  człowiek o wyglądzie latynosa. Drży z chłodu, może spędził noc w pobliskim parku. Zamawia kawę i sypie do niej cukier, łyżeczka po łyżeczce. Wygląda na to, że będą to jego jedyne kalorie tego dnia. Siada przy stole, pije kawę małymi łykami i dalej drży. Nasze śniadaniowe jajka powoli stają nam w gardle. Postanawiamy zaprosić tego człowieka na śniadanie. Małżonek podchodzi i pyta, czy by coś zjadł. ”Yes, sir” pada odpowiedź. Kupujemy mu jajka na szynce i frytki. Zastanawiamy się, co to jest sumienie. Dochodzimy do wniosku, że jest to  dyskomfort psychiczny, który zmusza nas do pewnych postępków, abyśmy znów poczuli się dobrze. Nic w tym chwalebnego, czysty egoizm.

Jedziemy dalej, do Hollywood, aby zwiedzić filmowe studio Universal. Docieramy tam w południe i dostajemy bilet na objazdową kolejkę dopiero na godz.14. W międzyczasie wędrujemy między różnymi pawilonami i oglądamy pokazy tresowanych zwierząt, które występują w filmach, tricki filmowe kaskaderów stosowane m.in. w serialu ”Miami Vice”, walki ze smokiem i strzelaninę cowboyów. Trochę to infantylne, ale Amerykanie zaśmiewają się do łez. Kolejka obwozi nas po rozmaitych studiach. Pokazują nam, jak się nagrywa wojny gwiezdne, podróże miedzyplanetarne, pewne sceny z ”IT” przy współpracy ochotników z publiczności. Przejeżdżamy przez płonący Nowy York z ryczącym King Kongiem, przez walący się most, przez miasto zalewane powodzią. Nad brzegiem sztucznego morza atakuje nas rekin z filmu ”Szczęki”. A wśród tłumu przechadza się Frankenstein i straszy emerytów. Późnym popołudniem docieramy do Bulwaru Zachodzącego Słońca i Bulwaru Hollywood, aby już o zmroku obejrzeć odciski dłoni i stóp sławnych aktorów na płytach chodnika przed Chińskim Teatrem.

Pod wieczór dojeżdżamy do naszych gospodarzy w LA, a właściwie już dobrze poza  miastem, w połowie drogi do San Diego. Podziwiamy samych siebie, że odnajdujemy  wszystkie punkty docelowe w tym wielkim świecie i to o zmroku. Ale Małżonek pięknie prowadzi z mapek! Dostajemy drinka i obiad w eleganckim parterowym domku. Nie miałabym nic na przeciw, aby był nasz. Śpimy w gościnnym pokoju na rozkładanej kanapie i mamy do dyspozycji własną luksusową łazienkę.

Rano, po własnoręcznie przyrządzonym śniadaniu (gospodarze w pracy) wyruszamy jeszcze dalej na południe, do San Diego. Mijamy Corona del Mar, Laguna Beach i inne miejscowości wypoczynkowe o romantycznych nazwach. Kąpiemy się na plaży w La Jolla, woda zimna, pacyfikowa. Bierzemy próbkę piasku do kolekcji. Docieramy w końcu do San Diego. Ze wzgórza Point Loma rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Jedziemy na stare miasto, które ku naszemu zdziwieniu składa się z parterowych domków, głównie z pamiątkami i restauracjami, rozlokowanymi wokół parku. Wzmacniamy się kanapką w restauracji. Podają nam bogaty koktail krabowo-krewetkowy, zapieczony na grzance, z ryżem i pomidorami. Małżonek, który miał wątpliwość, czy nasyci się jedną kanapką, wzdycha z przejedzenia. Amerykańskie kanapki maja ”king size”.

Jedziemy jeszcze dalej do Tijuana w Meksyku. Po raz drugi będziemy w tym roku w Meksyku. Zupełna perwersja! Przekroczenie granicy nie stanowi problemu. Za przejściem zaczynają się stragany z turystyczną tandetą. Wjeżdżamy do centrum. Ruch samochodowy  “swobodniejszy” niż w USA. Miasto robi hiszpańskie wrażenie, czujemy się na wakacjach. Mam nareszcie 15 min na zakupy! Nabywam kilka barwnych, glinianych  papużek na pamiątkę i upominki a także butelkę likieru kawowego Kahlua, aby robić smakowite drinki: Black Russian (Kahlua z wódką) lub White Russian (z dodatkiem mleka). Dużo później Tijuana stała się niebezpieczna. Pożyczonym autom nie wolno było wjeżdżać, zaparkowane wozy kradziono, właścicieli napadano i grabiono a pechowcy tracili życie.

Nadszedł ostatni dzień podróży. Tak się rozjeździliśmy, że nabraliśmy do tego smaku i moglibyśmy być w podróży jeszcze drugie tyle. Tylko Małżonka torebka na piersiach dziwnie zmalała, zostało w niej zaledwie parę banknotów (na szczęście 100-dolarowych!).

Na pożegnanie jedziemy do LA aby zobaczyć Down Town. Zwiedzamy hotel Buonaventure, w którego filii mieszkaliśmy kiedyś w Montrealu. Windą jadącą po zewnętrznej fasadzie wjeżdżamy na widokowy taras obrotowej restauracji. Hotel znany jest ze swej ciekawej architektury, kilku gigantycznych, metalowych cylindrów połączonych galerią handlową. W Down Town robimy małe ręcznikowe zakupy, po czym jedziemy do Beverly Hills, aby podziwiać, tym razem przy świetle dziennym, rezydencje gwiazd filmowych. Zwiedzamy również ekskluzywną uliczkę handlową, Rodeo Drive z luksusowymi butikami wiodących domów mody, gdzie nawet apaszki Hermesa czy Gucci kosztują majątek. Jedziemy raz jeszcze na Hollywood Boulevard, aby za dnia zobaczyć odciski dłoni. Po drodze widać ogromny napis ”Hollywood” na zboczu wzgórza. Wstępujemy również do baru w sławnym hotelu Beverly Hills, co podobno jest obowiązkiem każdego szanującego się turysty. Uczucia nie da się opisać. Zabieramy firmowe zapałki na pamiątkę.

Zaczyna być późno. Jedziemy w stronę lotniska. Małżonek prowadzi z mapy przez niekończące się miasto. Ogarnia nas stress, czy zdążymy na samolot o godz 17. A przecież musimy zdążyć. Dość długo zabiera nam odnalezienie firmy, gdzie mamy oddać pożyczony samochód. Jest godz. 16:25 gdy startuje mikrobus, który podrzuca nas z wypożyczalni na lotnisko. Zdążamy w ostatniej chwili. Nadając bagaż czujemy nieprzyjemny zapach. To nasza muszla z Fiji. Musiały być na niej resztki mięsa. Oby wentylacja w samolocie dobrze działała. O godz.16:45 wsiadamy do samolotu linii Finnair, który ma nas wieźć do Helsinek. Odlot jest punktualny co do minuty. Ręce drżą mi z nerwów po tym przyśpieszonym finiszu.

Lot z LA do Finlandii trwa około 10 godzin. Samolot prawie pusty, możemy się wygodnie rozciągnąć, każdy na trzech siedzeniach. Podróż dobiega końca. Z okna widzimy szczyty Rocky Mountains, a później, już nad ranem, lody i fiordy Grenlandii. Jeszcze szybka przesiadka w Helsinkach, ostatnie zakupy w strefie bezcłowej i lądujemy na Arlandzie. Wracamy taksówką do domu, a na zakończenie prosimy kierowcę, aby nam zrobił zdjęcie przed drzwiami. Było to ostatnie zdjęcie i nie wyszło. To jedyna rzecz, która się nie udała w tej podróży.

Teresa Urban

Lämna ett svar