JANUSZ KOREK: Kiedy gaśnie światło, czyli antyjęzyk IV Rzeczypospolitej

Język rządzącej dzisiaj w Polsce ekipy, to język polityków którzy za wszelką cenę, niezwłocznie i bez względu na konsekwencje, chcą wykorzystać fakt, że stali się władni. Z niewiadomego powodu uznali, że wszystko mogą i wszystko im wolno. Mimo, że ekipa ta przejęła rządy w oparciu o głosy zaledwie 19-tu procent uprawnionych do głosowania wyborców, wykorzystuje je do realizacji wyłącznie własnej agendy narzucając partykularne interesy swojej partii oraz kontrowersyjne cele polityczne jej Prezesa wszystkim Polakom.

Oprócz realizowania obietnic wyborczych i zapowiadanych wcześniej reform (co czyni każdy rząd po dojściu do władzy), ekipa PiS-owska podejmuje działania legislacyjne sprzeczne z praktyką prawną i wbrew konstytucji (za co w przyszłości grozi tym politykom Trybunał Stanu). Wydaje epokowe decyzje państwowe (m.in. Międzymorze) i forsuje radykalne zmiany ustrojowe bez społecznych konsultacji. Rządzący starają się błyskawicznie wprowadzić jak najwięcej korzystnych dla siebie rozwiązań instytucjonalnych nie tylko wbrew konstytucji, ale także wbrew traktatom unijnym, wbrew zasadom społecznego consensusu a nawet wbrew poczuciu przyzwoitości. Używając często mętnego i podejrzanego etycznie języka starają się zapewnić sobie maksymalną władzę na jak najdłuższy czas (z czym się nie kryją), zgodnie z Orwellowską zasadą, że monopol władzy zapewnia długie rządy…

Obserwując scenę polityczną w Polsce odnieść można wrażenie, jakby rządzącym nie przyszła w ogóle do głowy myśl o społecznym dialogu i podjęciu szerszej, publicznej dyskusji na temat wprowadzanych czy postulowanych reform. Stąd nota bene charakterystyczna atmosfera “zamachu”, nocnego “puczu” jaka od początku przejęcia rządów przez PiS towarzyszy jego działaniom. Z oficjalnych komunikatów dowiedzieć się można jedynie o decyzjach już podjętych w zamkniętym gronie Komitetu Politycznego na Nowogrodzkiej. Nawet jeśli dochodzi do wymiany zdań na forum publicznym, przedstawiciele czy zausznicy władzy uczestniczą w niej nie po to, żeby przeanalizować wagę swoich argumentów i skonfrontować je z innymi. Ani nie dlatego aby ustalić protokół rozbieżności, lecz głównie po to, żeby przy pomocy wcześniej ustalonego arsenału środków perswazji przeforsować swoje zdanie i przy okazji zniszczyć retorycznie adwersarza. Stąd ataki ad personam, wymijające odpowiedzi, riposty nie na temat, złośliwe komentarze, docinki czy zwykłe obelgi[1]. Nierzadko także infantylne kłamstwa[2] czy niewybredne inwektywy[3] stanowią powtarzające się elementy języka IV Rzeczypospolitej. Na wątpliwości słuchaczy czy pytania dziennikarzy, rządzący dają do zrozumienia – czy to niewyszukanymi kpinami, nieporadnymi próbami zmiany tematu czy językiem ciała  – że z góry wykluczają możliwość sensownej dyskusji. A wobec zdziwionych taką postawą pytających przybierają pozę: “i co z tego…   co nam zrobicie…?” – sygnalizując tym samym pogardę dla samej idei dialogu (albo/i stosując się do zakazu wypowiedzi otrzymanego z Nowogrodzkiej?).

Temu wszystkiemu towarzyszy górnolotny, moralistyczno-patriotyczny ton i nieustanne apelowanie do emocji Polaków, co podgrzewa przy okazji ksenofobię i narodowe traumy (np. antyniemiecki kompleks Kaczyńskiego). Mimo to nadawca języka władzy jest w pełni świadomy tego, co mówi, po co mówi i co robi tak właśnie mówiąc. Szczyci się nawet własnym – podważającym normy i zwyczaj – użyciem języka i rośnie we własnych oczach wygłaszając ostre, często prowokacyjne czy po prostu chamskie wypowiedzi. Wśród rządzących koleżanek i kolegów oraz twardego jądra wyborców, takie językowe czy retoryczne ekscesy odbierane są jako oznaki siły i determinacji. Poczytywane są za dowody wielkiego sprytu i przebiegłości, stając się silnym spoiwem rządzącej wspólnoty.

Tego typu praktyki językowe są przez rządzących stosowane nie tylko z myślą o kraju i polskich odbiorcach. Także na zewnątrz dyskursy rządzących emanują arogancją i cynizmem[4]. Tutaj za przykład służyć mogą wypowiedzi i sygnały jakie rząd Pis-u wysyła do Unii Europejskiej i Brukseli w sprawie systematycznej dewastacji sądownictwa i łamania praworządności (czego początkiem spacyfikowanie Trybunału Konstytucyjnego). Licząc na wsparcie Wiktora Orbana rządzący grają z nieukrywaną satysfakcją Brukseli na nosie pewni swojej bezkarności…

Symptomatyczna jest wypowiedź byłego Ministra Spraw Zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, który na zarzuty Komisji Europejskiej o nieprzestrzeganiu przez rządzących konstytucji stwierdził: “odpowiemy własną narracją”… Minister nie ukrywał nawet, że nie chodzi o racje, argumenty i ustalenie stanu faktycznego, ale o wymyślenie lepszej “narracji”. Nie istotne jest zatem zweryfikowanie twierdzeń i ustalenie jak się rzeczy mają. Ważne jest wymyślenie jak najbardziej spójnej i przekonywującej, “sprytnej” opowieści, która pomoże wystrychnąć na dudka sojusznika-przeciwnika, byle tylko “wyszło na nasze”.[5] Przykłady można mnożyć w nieskończoność, co świadczy nie tylko o braku skrupułów i przeświadczeniu o własnej bezkarności rządzącej ekipy, ale – co z tym związane – o determinacji i gotowości użycia wszystkich środków (nie tylko językowych), aby za wszelką cenę utrzymać się u władzy. Bowiem drastyczne przekraczanie zwyczajowych konwencji i wspólnych reguł języka niesie z sobą ryzyko, że rządy tego, kto tak robi nie skończą się szybko… muszą trwać na tyle długo, by zagwarantować bezkarność tak się wypowiadającym.

U źródeł wielu wypowiedzi reprezentantów władzy i jej zwolenników odnaleźć można mechanizmy podobne do tych, zgodnie z którymi wyłaniają się wypowiedzi języka dyskryminacji. Za jedną z najważniejszych funkcji tego języka uznaje się dążenie do spowodowanie ”zwarcia” po którym – jak pisał Sartre[6] – ”gaśnie światło”. W ten sposób znikają w mrokach (zostają unieszkodliwione) inne, konkurencyjne sposoby mówienia i myślenia. Użytkownik takiego języka stara się być “nieprzenikniony zarówno wobec doświadczenia, jak i wobec rozumowania” i dlatego z góry, jeszcze przed rozmową, przed dyskusją, postanawia nie odpowiadać na argumenty, które nie są mu na rękę i które mogłyby zachwiać czy podważyć jego własne racje. W przeciwieństwie do uczestnika zwykłej debaty starającego się stosować zasady racjonalnej rozmowy, język dyskryminacji powołuje się albo na więzy krwi (”polska krew” Kaczyńskiego) albo inne ”wyższe cele” (np. wyższość ”naszyzmu”) a nie na możliwe do skontrolowania fakty. Dezorientowanie dyskutanta a także celowa dezinformacja nie pozwala mu – a przede wszystkim świadkom debaty – na wyciągnięcie logicznych wniosków z prowadzonej rozmowy. Nie chodzi tu bowiem o wyrażenie i wymianę  poglądów, ale o taki sposób użycia języka, który uniemożliwia ich wyartykułowanie i porównanie. Dlatego neguje się obowiązujące zasady dyskusji stawiając tego, który używa tego typu języka ponad regułami interpersonalnej komunikacji. Wypowiedziami kierują wtedy nie tyle argumenty i logika, ale instynkty, uprzedzenia i odczucia.  Im bardziej tego typu język bazuje na głębokich pokładach obrzydzenia czy nienawiści, na czystej antypatii, instynktownym uczuciu wrogości czy zakorzenionych stereotypach, tym bardziej ma władzę nad swoim użytkownikiem i odbiorcą. Wtedy też sięga się po najbrutalniejsze porównania i inwektywy albo dochodzi do symbolicznych egzekucji, jak wieszanie na szubienicach portretów przeciwników politycznych czy palenie kukły Żyda.

Mimo tego, co trzeba powtórzyć, nie należy uważać, że tego typu użycie języka jest irracjonalne.  Jest ono – jak mówi Sartre – ”antyracjonalne”. To jest antyjęzyk. Dyskutanci, którzy zamierzają racjonalnymi argumentami wejść w polemikę z użytkownikami antyjęzyka wdają się w grę, którą ci ostatni przewidzieli i mają ją świetnie opanowaną albowiem:

“Wiedzą […] doskonale, że słuszność [ich – JK] racji jest co najmniej wątpliwa […], ale ich to właśnie bawi. Ich przeciwnik, i owszem, on ma obowiązek dobierania właściwych słów i argumentów, bo on wierzy w słowa; oni nie, oni mają   p r a w o  bawić się słowami. Zresztą oni nawet lubią bawić się w ten sposób, bo podając idiotyczne argumenty deprecjonują tym samym powagę swoich przeciwników; nieuczciwość intelektualną uprawiają z rozkoszą, bo nie chodzi im przecie o przekonanie przeciwnika […], lecz o zdezorientowanie go i onieśmielenie. Jeśli przyciskacie ich do muru, zamykają się natychmiast i oświadczają dumnie, że już minął czas potyczek słownych; nie dlatego by bali się, że ktoś ich przekona: boją się tylko ośmieszenia czy też wrażenia, jakie ich zakłopotanie wywrzeć będzie mogło ewentualnie na kimś trzecim, kogo chcą pozyskać dla swej wiary.”[7]

Antyracjonalność nie wyklucza, że tego typu język może być skuteczny. Zdaniem Sartre’a użytkownik antyjęzyka doskonale rozpracował ”liberalnego demokratę” i właśnie w oparciu o to rozpoznanie wybrał właśnie taką strategię i przystąpił do bezwzględnego natarcia. Dlatego każdy, kto wierzy w społeczeństwo otwarte, wolność słowa oraz zasady demokracji liberalnej, podejmując z nim dyskusję, znajduje się na z góry przegranej pozycji (mimo, że wybranej przez siebie samego).

Norman Davies, znakomity znawca Polski i jej historii (także najnowszej), już w 2010 roku zauważył, że nad Wisłą:

”Źródeł awantur trzeba szukać w jednej formacji (jeśli nie u jednego człowieka) […] Formacja ta rzuca najboleśniejsze zarzuty na przeciwników i równocześnie narzeka, że ona sama jest ofiarą ’brutalnego ataku’. Tego typu postawa przypomina mi zachowanie gościa, który idąc ulicą kopnie kogoś niewinnego w kolano, a potem protestuje, że kopnięty niemoralnie klnie.”

Janusz Korek

[1] Np. określenie protestów KOD-u: „kwiczeniem świń odrywanych od koryta” przez wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego.
[2] Np. stwierdzenie premier Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim, że Polska przyjęła „milion uchodźców z Ukrainy”. W istocie Polska przyjęła ich wtedy nie więcej niż 200-tu bo pracujące w Polsce setki tysięcy Ukraińców to gastarbeiterzy, którzy utrzymują się sami płacą poza tym podatki powiększając polski dochód narodowy.
[3] Np. wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, który posłów opozycji nazwał z mównicy sejmowej „mordercami brata” i „kanaliami”. Członkowie klubu parlamentarnego PiS przyjęli te zarzuty i obelgi stojącymi owacjami.
[4] Jak pisałem wcześniej, dyskursy rządzących dzisiejszą Polską w dużej części wywodzą się z PRL-u i zasadzają się na doświadczeniach indoktrynowanego przez pół wieku „niewolnika demoludu”, który wyzwolił się spod władzy sowieckiego kolonizatora i pragnie zająć w jego miejsce pozycję Pana. Patrz: http://postcolonial-europe.eu/sv/studies/188-2018-04-28-15-55-12
[5] Czytelnikom w Szwecji warto przypomnieć wypowiedź J. Kaczyńskiego straszącego Polaków przed przyjmowaniem uchodźców. Według prezesa PiS-u w Szwecji istnieją: ”54 strefy, gdzie obowiązuje szariat i nie ma żadnej kontroli państwa; [Szwedzi boją się] wywieszania flagi szwedzkiej na szkołach […] bo na tej fladze jest krzyż.” Czy można się dziwić, że wypowiedź Kaczyńskiego spotkała się z ostrym dementi strony szwedzkiej?
[6] Jean-Paul Sartre, Rozważania o kwestii żydowskiej, [przekład: Jerzy Lisowski] Łódź 1992 r.
[7] Jean-Paul Sartre, Ibid., s. 22
Foto: Robert Pastryk, Pixabay

Lämna ett svar