Wenecja Josifa Brodskiego

Wenecja: miasto – raj. A przynajmniej jego przedsionek. Odrealnione swym blaskiem i harmonią, konfundującą siermiężną rzeczywistość. Miasto–frustracja, oszałamiające przybysza pięknem nadmiernym. Miasto-szkatułka, decorum mistrzowskie, miasto-szklana kula, w którą można się wpatrywać bez końca, skoro jest nieprzemijającym sprawozdaniem z formy doskonałej. Wenecja: Miasto nad miastami.

Wenecja: miasto-potęga. Zbudowane na drewnianych palach, rozłożone na 118 wysepkach wśród ciasnej laguny, spięte niezliczoną ilością mostków. Jako republika Serenissima sięgało wielkiego świata swym handlem i wpływami, zagarniało kolejne wybrzeża. Puszyło się bogactwem i powodzeniem, nasycało się kolejno tym, co bizantyjskie, gotyckie, renesansowe, barokowe. Przez długie wieki miasto zaborcze,

(zanim przepadły jego wpływy i dostało się pod władanie Austriaków ), mające basen Morza Śródziemnego u swych stóp. Kupieckie, chciwe i uwodzicielskie, będące azylem dla bogaczy i prześladowanych twórców, praktykujące demokratyczne formy rządów, kiedy wokół kwitł autorytaryzm.

Wenecja: stolica sztuki. Biennale, festiwale, wystawy. Karnawał, strojne maski, pikantne zabawy. Wenecja: wyspa dekadencji. Choć zapadająca się, pełna liszajów i odoru kanałów, wciąż zadufana w sobie, nurzająca się w frykasach i nadmiarze rozkoszy.

 Wenecja wyczarowana słowami Josifa Brodskiego. Hymn na cześć  rajskiego piękna. Miasto luster, z których najważniejszym jest woda.

„Zaczynało mi się wydawać, ze to miasto niejako włamuje się w centralne pole mojego widzenia, wyostrza się tak, ze staje już prawie na krawędzi trójwymiarowości. Było czarno-białe, jak przystało czemuś, co wyłania się z literatury albo z zimy, arystokratyczne, mrocznawe, chłodne, o przyćmionych światłach, z pobrzękiwaniami Vivaldiego i Cherubiniego w tle, z udrapowanymi w stylu Belliniego/Tiepola/Tycjana kobiecymi ciałami  zamiast obłoków. I ślubowałem sobie samemu, że  jeśli kiedykolwiek uda mi się wydostać z mojego imperium, jeśli ten węgorz kiedykolwiek wyśliźnie się z Bałtyku- pierwszą rzeczą jaką uczynię, będzie wybranie się do Wenecji, gdzie wynajmę pokój na parterze jakiego palazzo, tak aby w okno bryzgały mi fale wzbierające po przepływaniu lodzi, napiszę parę elegii, gasząc w trakcie pisania papierosy o wilgotną kamienną posadzkę, będę kaszlał, pił, a gdy zabraknie pieniędzy, zamiast wsiąść do pociągu, sprawię sobie małego browninga i strzelę sobie w łeb, nie będąc w stanie umrzeć w Wenecji z przyczyn naturalnych”

Cytat ten ( jak i następne) pochodzi z opowieści Brodskiego o mieście wybranym, zawartej w niewielkiej, acz pełnej kunsztownego słowa i subtelnego humoru książeczce: ”Znak Wodny”  (Wyd. Znak, Kraków, przeł. Stanisław Barańczak).

Po wyjeździe z Petersburga, a właściwie z Leningradu, po opuszczeniu znienawidzonego imperium, pracując już jako wykładowca w USA, kupuje pewnego dnia bilet lotniczy Detroit-Mediolan-Detroit, by znaleźć się w okolicy  Bożego Narodzenia w Tym Mieście. W następstwie tego wyjazdu, z  dwoma wyjątkami spowodowanymi przez atak serca, rok po roku, przez 17 lat, wyłania się, z ciężkimi książkami i maszyną do pisania, w czas chłodnego grudnia w Mieście – Raju. Acz raj, jak sam wyznaje, jest dla niego nie tyle kwestią wiecznego szczęścia, co zjawiskiem czysto wizualnym i aktualnym.

Wybrana pora wizyt nieprzypadkowa. Brodski preferuje zimę, unika upałów, woni potu pod pachami przechodniów, odzianych w szorty stad turystów, „zwłaszcza tych rżących po niemiecku”, całej tej anatomii ludzkiej „co daleko ustępuje anatomii kolumn, pilastrów i posagów” i  ruchliwości która narzuca się brutalnie „stabilności marmurów”. Niesmak wynika z niezawodnego poczucia estetyki. Pisze w „Znaku Wodnym”:

„To właśnie miejscowe widoki i perspektywy są za to odpowiedzialne, ponieważ w tym mieście człowiek jest bardziej sylwetką niż kimś o swoich własnych niepowtarzalnych rysach a sylwetkę można ulepszać. To również wszystkie te marmurowe koronki, intarsje, kapitele, gzymsy, reliefy, karnisze i nisze ( z lokatorami lub bez), święci, penitenci, dziewice, anielice, cheruby, kariatydy, frontony, balkony z balustradami, jak rząd uniesionych na wysokość piętra dorodnych łydek, i wreszcie gotyckie czy mauretańskie okna- to one wpajają w nas próżność.

(…) W tych okolicznościach, kobiety i mężczyźni dostają małpiego rozumu, czują, że miasto rzuca im wyzwanie. Zawstydzeni usterkami w swej powierzchowności, zawzięcie rzucają się na zakupy(…). Futra, zamsze, jedwabie, płótna, wełny, wykwintne szaliki, krawaty, „różnobarwne sukienki, pantofelki-lakierki, zamszowe kozaki, stają się obiektami pożądania (…) biorącego się z chęci dorównania pięknu, które otacza, które zmusza niejako do uczestnictwa w tej grze, nakazującej mierzyć się z wizualną wyższością tego  miasta”.

Brodski dodaje zaraz: „Po powrocie do domu, ludziska gapią się ze zdumieniem na swoje zakupy, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że w swych rodzinnych stronach nie znajdą miejsca, gdzie w tych nabytkach można by paradować, nie wywołując wśród tubylców skandalu”.

Wenecja Josifa Brodskiego: świątynia zimowego światła wyostrzającego ostrość obrazu:

„ O poranku światło to napiera na nasze szyby, podważa nam powieki, jakby otwierało muszle, i kiedy już tego dokona, ciągnie nas ze sobą na dwór: biegnie, trącając długimi promieniami – jak rozpędzony uczniak, przejeżdżający patykiem po żelaznych prętach ogrodzenia parku czy ogrodu-struny arkad, kolumnad, kominów z czerwonej cegły, świętych, lwów. „Odmaluj to! Odmaluj!”.-nawołuje, albo biorąc nas pomyłkowo za jakiegoś Canaletta, Carpaccia czy Guardiego, albo dlatego, że nie ufa zdolności naszej siatkówki do zatrzymania i naszego mózgu do wchłonięcia tego, co ono, światło, nam udostępnia” (s.63).

„O zachodzie słońca wszystkie miasta wyglądają prześlicznie, ale niektóre bardziej niż inne. Płaskorzeźby nabierają prężności, kolumny okrągleją, kapitelom zakręcają się pukle, gzymsy stają się bardziej zdecydowane, wieżyczki dobitniejsze, nisze głębsze, apostołowie obrastają w fałdy szat, anioły – w górnolotność. W uliczkach zapada ciemność, lecz trwa jeszcze światło dzienne dla Fondamente i dla tego  gigantycznego płynnego lustra, gdzie motorówki, vaporetti, gondole, pontony i barki ” niby rozrzucone stare półbuty” z zapałem tratują barokowe i gotyckie fasady, nie oszczędzając tez odbić nas samych albo przepływanych obłoków.” Odmaluj to”, szepcze zimowe światło…” (s.64)

W swojej „relacji” z Wenecji, Brodski raz po raz skupia się na wizyjności i widzialności miasta, na doświadczeniu oka. Wręcz nazywa je: Miastem Oka.

„ Oko w tym mieście nabiera autonomii przypominającej autonomię łzy. Jedyną różnicą jest to, że oko nie oddziela się od ciała, lecz całkowicie je sobie podporządkowuje. Po jakimś czasie- w trzecim, czwartym dniu pobytu- ciało zaczyna traktować samo siebie jako zaledwie środek transportu dla oka, jako coś w rodzaju łodzi podwodnej dla jego to wybałuszającego się, to mrużącego peryskopu.”( s.38)

Brodski nie epatuje erudycją, nie oferuje czytelnikowi katalogu dzieł sztuki, nawet jak na standardy włoskie, zgęszczonych w tym mieście w sposób niebywały. Nie okłada nas erudycją świadczącą o znajomości stylów ni nazw przynależnych kolejnym znakom formy bryły, rzeźby, fresku, obrazu. Pozwala oku na karnawałową balangę, błądzącemu, rzecz jasna, jako że, poddając się orgii wizualnej, nie sposób nie zagubić się

„w pokręconych zaułkach in pasażach, mamiących nas pozorną możliwością przeniknięcia nich wzrokiem, dotarcia do ich wymykającego się końca, którym jest zwykle nabrzeże i woda, toteż nie można nazwać ich ślepymi uliczkami.” (s.38-39)

Nie wciągając nas w atlas sztuki ni w bedeker wenecki, nie zaglądając w życie codzienne miasta, ni, poza sporadycznymi przypadkami, w jego interiory, Brodski skupia uwagę na zdolnościach  faworyzowanego oka i zewnętrzności piękna doświadczanego w boskiej dawce.

„… Zupełnie się nie przejmując bezużytecznością (takich) danych, oko systematycznie je zbiera. W gruncie rzeczy im bardziej dane są bezużyteczne, tym ostrzej oko ogniskuje się na przedmiocie. Pytanie: Dlaczego? Odpowiedź: Ponieważ jest wyjątkiem od reguły. Właśnie te aspekty piękna- jego umiejscowienie i jego wyjątkowość -powodują, że oko z takim zapamiętaniem wędruje czy też, żeby użyć wyrażenia lepiej oddającego ducha agresywnej pokory, szlaja się po różnych obiektach. Albowiem piękno jest tam, gdzie spocznie oko. Poczucie estetyczne jest bliźniaczym bratem naszego instynktu samozachowawczego i można na nim polegać bardziej niż na etyce.” (s.85)

Po kilku następnych zdaniach następuje  wyznanie:

„W obrębie całego świata właśnie to miasto jest ukochaną osobą oka”. (s.86).

Przy końcu swej opowieści, datowanej listopadem 1989 uzupełnia:

„Gładząc wodę, miasto poprawia wygląd czasu, upiększa przyszłość. Na tym polega jego rola we wszechświecie. Miasto jest bowiem statyczne, podczas gdy my jesteśmy w  ruchu. Dowodem – łza. My bowiem znikamy, a piękno pozostaje. My bowiem zmierzamy w przyszłość, podczas gdy piękno jest wieczną teraźniejszością. Łza jest próbą pozostania w miejscu, z tyłu, złączenia się z miastem w całość. To jednak nie jest zgodne z regułami. Łza to spojrzenie wstecz, hołd, który przyszłość składa przeszłości. Albo też jest to wynik odejmowania tego co większe, od tego, co mniejsze: piękna od człowieka. To samo z miłością: nasza miłość jest też większa niż my sami.” (s.105)

Wenecja turystów. Ogromne statki wycieczkowe, wpompowujące masy turystów codziennie do miasta i zabierające ich stamtąd na nocleg i posiłki do siebie, pogrążyły Wenecję całkowicie. Jedynymi beneficjentami tej sytuacji są sklepy z pamiątkami.

Przyjezdni zadeptują miasto fizycznie ale i zadeptują jego strukturę symboliczną, uwłaszczając je na swój wzór rozrywkowo–turystyczny. A i tak niewielu wie, że tłocząc się uliczkami centrum, nie zauważa całych połaci miasta przez turystów nieodwiedzanych. O paradoksie, w Wenecji nadal można szwendać się niemal wyłącznie pośród Wenecjan, tylko trzeba wiedzieć gdzie. Zgadza się, z dala od jej widokówkowych fragmentów. Ale i tam jest cudnie.

Wenecja Wenecjan. Od lat murszeje, zatapia się, mimo stawiania na lagunie kosztownych zapór. Nie nadaje się do mieszkania, mimo wytwornych palazzi należących do możnych obywateli świata. Młodzi umykają, dzieci się tam nie rodzą, to co nadciąga, to katastrofa budowlana i ekologiczna. Życie tam coraz trudniejsze. Mieszkańcy nie zgadzają się na to, by kolejne kamienice zamieniane były w hotele i pensjonaty, a sklepy z podstawowymi artykułami – w punkty sprzedaży pamiątek.

Miasto skrajnie zmęczone. Jego tkanka psychiczna i fizyczna rujnowana od nadmiaru odwiedzin. W latach 70. minionego wieku w Wenecji mieszkało 100 tysięcy ludzi, obecnie – niemal o połowę mniej. Jako symbol świetności, nie znający sobie równych w świecie, jest Wenecja dziś miastem startym na proch. Nie tylko miliardami spojrzeń i fotek ale i milionami odcisków butów, oddechów, dotknięć palcami.

Stała się własnością świata a przestała być własnością Wenecjan.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar