ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Wierzę w Boga

Znajdujemy się zawsze w okresie opuszczania ostatniej fazy. To wymuszają właściwości czasu. Określając swoje miejsce w wymiarze życia przyznajemy jednocześnie, że jesteśmy formowani przez ślad, który już przestał istnieć. Dopiero śmierć umożliwia dogonienie siebie, bowiem ustają ciągłe zmiany. Pisze filozof Bernard Stiegler.

Wiele sygnałów wskazuje, że świat znalazł się w fazie, która jest doświadczeniem prowadzącym ku nieuchronnym i być może ostatecznym zmianom. Pozostaje nam mieć nadzieję, że może nie wszystko ulegnie unicestwieniu, może przed nami „tylko” upadek?

Jesteśmy istotami uzależnionymi od techniki. Dziś już w tak szerokim zakresie uzależnieni, że bez techniki nie potrafilibyśmy funkcjonować, w ogóle żyć. Znaleźliśmy się w sytuacji kuli śnieżnej, nowa technika z chwilą wprowadzenia zacieśnia uzależnienia, jednocześnie spełniając rolę antidotum na poprzednią i tworząc miejsce kolejnym technicznym novum.

Współistnienie z techniką wymaga nowej „techniki” opieki i nadziei, że to co nas zatruwa, uda się terapeutycznie przekształcić w to, co nas uleczy. Opieka oznacza w tym przypadku wiedzę, refleksyjne myślenie i nadzieję, że szaleństwo ugnie się a marzenia pozostaną przy życiu.

Wiedza żywi się i czerpie siły z przeświadczenia, że ideał nie istnieje, tak jak nie istnieje idealny człowiek. Zawsze coś umyka rozumowi lub jest wadliwie rozeznane i trzeba poprawiać, uzupełniać.

Stiegler, wielu innych badaczy ludzkich społeczeństw i nie tylko oni, nawołując do czujności przestrzegają i przypominają, że najwyższy czas zdać sobie sprawę, iż znajdujemy się w fazie wielkiego ryzyka, ponieważ poddaliśmy się, dobrowolnie, procesowi samoogłupiania. Podnosimy krzyk, protestujemy, poszukujemy winnych, a wszystko po to by ukryć ból, narastające obawy, strach.

Dotychczas istniał wyraźny podział na „ja” i „my”. Jesteśmy nierozerwalnie związani, ale ów podział istnieje i miejmy nadzieję, że tak pozostanie. Niestety piracki napad na indywidualną suwerenność, dokonany przez dygitalizację życia, idzie w kierunku zamazania granicy: ja – my. To zaś prowadzi ku zredukowania pozycji człowieka do łatwo wymienialnego konsumenta.

„Rozwój”, którym zachłystuje się tak wielu, pozbawia nas przyrodzonej duchowej orientacji, co staje się tym niebezpieczniejsze, że działa coraz szybciej i efektywniej, pozwalając dziwacznym głupotom zajmować miejsce spokojnych i długofalowych badań naukowych. Przykładem lawina nowych leków i idąca zawsze razem perfidna informacja o odpowiedzialności kupującego lek, za ewentualne zdrowotne komplikacje. Nad tym, skandalicznym moim zdaniem i kryminalnym procederem, świat przeszedł do porządku dziennego.

Być wiernym przeszłości i przodkom, oznacza być krytycznym. Należy badać granice i je przekraczać, otwierać nowe perspektywy, ale rozwoju (właściwie rozumianego) nie zapewni przesunięcie środka ciężkości na technikę i odsunięcie na mało istotne peryferie matki wszelkich nauk, humaniory.

Może kraczę, może przykładam ucho nie tam gdzie należy, może z gruntu się mylę, co daj boże. Ale głęboko wierzę, że tak długo, jak istnieje czas, będą istniały opieka i troska. Cztery wielkie księgi człowieczeństwa, Upaniszady, Talmud, Biblia, Koran, mówią jednym głosem – Ten kto ratuje jednego człowieka, ten ratuje świat.

Tylko głupiec lub zły człowiek nie podpisałby się pod tymi słowami. Pomimo, że jestem człowiekiem wierzącym inaczej niż nakazują religie, powtarzam razem z nimi – Wierzę w Boga. Wierzę w Niego bo uważam, że tylko cud może ludzkość uratować.

Andrzej Szmilichowski

Bild av Jeff Jacobs från Pixabay

Lämna ett svar