TERESA URBAN: Bangkok

Bangkok był pierwszym etapem naszej podróży dookoła świata w 1988 r., o której już wcześniej, wyrywkowo pisałam w NGP.

W Bangkoku wylądowaliśmy około godz.10 tutejszego czasu po 9 godzinach lotu. Lotnisko  eleganckie i bardzo czyste. Po kontroli paszportowej lokalna hostessa pokierowała nasze kroki do rezerwacji taksówek, gdzie ulegliśmy namowie, aby zapłacić z góry za transport taksówką z lotniska do hotelu i z powrotem, jak również nabyć całodzienną wycieczkę do “pływającego targu” i “Ogrodu Róż”.

Po wyjściu z hali lotniska ogarnęła nas gorąca i wilgotna aura. Deszcz wisiał w powietrzu. Zawsze zastanawiam się, jak daleko trzeba jechać, aby być pewnym słońca. Klimatyzowaną taksówką udaliśmy się w drogę. Już na autostradzie, a jeszcze bardziej w samym mieście, ogromny ruch samochodowy. Po przeszło godzinie dojechaliśmy do hotelu Manhattan leżącego w dzielnicy hotelowej, spokojniejszej i z odrobiną zieleni. Hotel okazał się lepszy niż przypuszczaliśmy, nie najnowszy, ale dostatni, czysty, wszystko funkcjonowało bez zarzutu. Elegancka łazienka, ciepła i zimna woda w prysznicu, wygodne łóżka, kolorowy telewizor, lodówka-minibarek (oczywiście odpłatny i to sporo, jak zwykle, więc korzystamy z własnych zapasów), przestronna restauracja, basen kąpielowy, rozmaite butiki itp.

Po pobieżnym rozpakowaniu się ruszyliśmy na zwiedzanie. Zmiana czasu i krótki sen jakoś nam nie dokuczały. Bangkok robił wrażenie niezwykle rozciągniętego przestrzennie miasta; zabudowa niezbyt wysoka, tu i ówdzie nowoczesne eleganckie kompleksy hoteli czy banków, odległości ogromne, a ruch samochodowy – a właściwie bezruch (ciągle korki) – morderczy. Trudno było się dopytać, czy idziemy w prawidłowym kierunku, bo znajomość angielskiego u przeciętnego przechodnia znikoma, a mapkę rzadko kto rozumie. Pewien zapytany młodzieniec próbówał nam wmówić, że właśnie tego dnia wielki mnich ma urodziny i w związku z tym wszystkie świątynie są zamknięte, natomiast jest otwarta fabryka biżuterii, mająca akurat tego (i tylko tego) dnia okazyjnie niskie ceny. Typowy naganiacz za prowizją! Nie uwierzyliśmy i wkrótce odnaleźliśmy pierwszą, oczywiście otwartą, świątynie Wat Pho. Niezwykle misternie zdobione pagody, o formie nieco przypominającej zakopiańskie chaty, ale z charakterystycznymi zwieńczeniami dachów w kształcie rogów. W jednej z nich gigantyczny posąg spoczywającego Buddy, cały pozłacany, ale z marmurowymi, płaskimi jak stoły stopami, wykładanymi misterną mozaiką. W następnej pagodzie Budda szmaragdowy, w jeszcze innej całe galerie pozłacanych posągów. W bocznych zabudowaniach mieszczą się klasy szkolne (nie najgorsze miejsce na szkołę). Tu i ówdzie migają pomarańczowe szaty chłopców będących czasowo mnichami. Na dziedzińcach grupy dziewcząt w granatowo-białych, dziwnie znajomych mundurkach, ćwiczą lokalny taniec z bambusowymi pałeczkami. Może naprawdę wielki mnich miał tego dnia urodziny?

Na zakończenie pokrzepiliśmy się colą i wodą mineralną, aby uzupełnić stratę płynu, który z nas ściekał w tym upale. A czekało nas jeszcze wiele wrażeń, na które jednak trzeba było zapracować fizycznym wysiłkiem.

Następny obiekt to pałac królewski z przylegającą do niego świątynią Wat Phra Kaeo. Cały teren otoczony białym murem. Mozolnie wędrowaliśmy wzdłuż ścian czworoboku o około kilometrowej długości, aby odnaleźć wejście. Oczywiście, ukryło się perfidnie w najbardziej oddalonej ścianie. Wejścia pilnowali uzbrojeni strażnicy. Z dziedzińca, poprzez trawnik, widać kompleks świątyni, ukrytej jeszcze za wewnętrznym murem. Obraz dominuje wielka, złocista kopuła i szafirowo-zielone lub czerwonawo-złote dachy pagód.

Po przekroczeniu ostatniego muru oszołomienie i zachwyt tym nagromadzeniem orientalnego bogactwa. Tysiąc i jedna noc, albo i jeszcze więcej! Tyle różnorodnych stylów, ozdób, budowli, posągów, roślin i ołtarzyków zgromadzonych w takiej ilości na stosunkowo niewielkiej przestrzeni nie widzieliśmy jeszcze nigdzie. Budowle nie były stare, podobno sprzed około 200 lat, ale niedawno odrestaurowane do perfekcji z każdym kamyczkiem, błyskotką i świecidełkiem na swoim miejscu. Całe ściany pagód wykładane drobnymi błyszczącymi kamyczkami lub barwnymi lustereczkami. Złocista kopuła okazała się złotą mozaiką. Dachy misternie rzeźbionych stożkowatych świątyń wspierają rzędy bajecznie kolorowych straszaków-maszkaronów na ugiętych, rozstawionych nogach ze wzniesionymi ramionami. Turyści robią sobie zdjęcia naśladując ich pozycję. Na tarasach stoją metalowe, pozłacane postacie koguto-mężczyzn i ogoniastych kobiet. Orgia formy, koloru i orientalnego przepychu! Trudno powiedzieć, czy jest to naprawdę ładne, bo europejski zmysł estetyczny woli chyba spokój i harmonię, ale robi to niesłychane wrażenie. Tylko gdzieś w podświadomości powraca wspomnienie szmirowatych domków-kościółków z kolorowych lusterek, które eksponowano przed warszawskimi cmentarzami na Wszystkich Świętych. Jeszcze rzut oka na pałac królewski, ale cały jego przepych wydaje się ubogi w porównaniu ze świątynią.

W drodze z pałacu pokrzepiamy się piwem i poprzez targ z egzotycznymi owocami docieramy nad rzekę. Tam wzdłuż brzegów ubogie, drewniane zabudowania z pomostami schodzącymi ku brunatnej, gliniastej wodzie, w której dzieciaki zażywają kąpieli. Do pomostu z desek co chwilę podpływają wysmukłe, hałaśliwe łodzie motorowe. Przejeżdżamy na drugą stronę, aby zobaczyć, już tylko z zewnątrz, jeszcze jedną świątynię Wat Arun, wysoką, bardziej dostojną, bo jednolitą w stylu i kolorycie, aczkolwiek z podobnymi maszkaronami wspierającymi poszczególne piętra.

W drodze powrotnej spadł nagle obfity deszcz. Przemoczeni postanowiliśmy wracać do hotelu. Kierowcy napotkanych taksówek nie wyrażali wielkiego entuzjazmu, twierdzili, że nie wiedzą, gdzie leży nasz hotel. Czy to prawda, nie wiadomo, ale był on na pewno odległy o kilkanaście kilometrów. W końcu udało się nam namówić trzykołową rikszę motorową, pod warunkiem, że najpierw damy się zawieźć do fabryki biżuterii bez obowiązku kupowania czegokolwiek. Obejrzeliśmy więc szlifowanie drogich kamieni, gdzie pracowały dzieci, rzekomo w czasie wakacji. Później zaprowadzono nas do eleganckiego sklepu, gdzie podziwialiśmy tajlandzkie rubiny i szmaragdy po podobno okazyjnych cenach. Hostessa wpadła w zły humor, gdy uświadomiła sobie, że nie namówi nas na żaden zakup. Stojąc w niezliczonych korkach i jadąc niebezpiecznie naszą trzykołową odkrytą taksówką dojechaliśmy w końcu do hotelu o zmierzchu.

Po przebraniu się z mokrego ubrania, prysznicu i hotelowej kolacji wyszliśmy na przechadzkę wzdłuż głównej ulicy pełnej sklepików i straganów; bawełniane koszulki z fałszywymi metkami znanych firm, kopie zegarków Cartier, Rolex i Gucci, jedwabne krawaty za grosze i masa innej, mniej lub bardziej ciekawej, turystycznej tandety. Położyliśmy się wcześnie, bo zamówiliśmy budzenie na godz. 6 na następny ranek, aby już o 7 być gotowym na wycieczkę, którą kupiliśmy na lotnisku.

Spało się nam wygodnie na szerokich łóżkach. Bufetowe śniadanie smaczne: grzanki, jajeczka, soczki, talerzyk tropikalnych owoców. Punktualnie o godzinie 7 czekamy w recepcji na przyjazd wycieczkowego autokaru. O 7:30 każemy dzwonić do biura podróży, aby dowiedzieć się o przyczynie opóźnienia. Po zwymyślaniu organizator wycieczki wyznał, że wysłany mikrobus miał wypadek (nic dziwnego w takim ruchu) i wobec tego zostanie przysłana taksówka z szoferem, która będzie do naszej dyspozycji przez cały dzień.

Opóźnieni wyruszyliśmy w 80-cio kilometrową drogę do “pływającego targu” Damnoen Saduak. Dużo czasu zajęło wydostanie z zatłoczonego miasta. W drodze mijaliśmy hodowle krewetek i homarów. Zatrzymaliśmy się na krótko przy fabryce cukru z palm, aby w końcu dotrzeć do kanału, gdzie długa dziobata łódź motorowa wzięła tylko nas na pokład. Jechaliśmy wzdłuż kanału; dość długa przejażdżka, kanał rozszerzył się, wzdłuż brzegów pojawiły się nędzne domki na palach; coraz więcej domków, które w końcu utworzyły wzdłuż kanału ciągłą linię. Mieszkańcy albo wylegiwali się na pomostach, albo odbywali rozmaite zabiegi higieniczne, kanał był ich łazienką. Na wodzie zaczęły pojawiać się mniejsze, wysmukłe drewniane łodzie wiosłowane przez kobiety w wiklinowych kapeluszach, łodzi przybywało, na każdej z nich jakieś towary, głównie jarzyny i owoce. W końcu nasza łódź dobiła do pomostu, gdzie oczekiwał nas szofer taksówki z zapewnieniem, że możemy tu pozostać tak długo, jak mamy na to ochotę.

Kanał wypełniały łodzie, te z kuchenkami na pokładzie spełniały rolę pływających restauracji. Część pomostów mieściła turystyczne kramy, część stanowiła autentyczne domostwa. Domy wzniesiono na palach, na pomostach wisiały hamaki i stały proste meble. Małe dzieci raczkowały po pomostach (ciekawe ile z nich spadało do wody?), niemowlęta bujano w wiszących kołyskach. Oglądaliśmy to wszystko z fascynacją. W międzyczasie Leszek zrobił mi zdjęcie z wężem pytonem na szyi. Podobno był to baby-pyton.

Następnie ruszamy w stronę Rose Garden, miejsca wypoczynku dla mieszkańców Bangkoku. Po drodze stajemy na farmie węży, aby obejrzeć brutalny i wulgarny “snake show”, walkę człowieka z wężem, zagryzanie kobry przez mungo (mangustę) i pobieranie jadu węży. Wychodząc głaszczemy małego orangutanka na ramieniu mijanej Tajlandki.

Zwiedzanie ogrodu róż zaczęło się od eleganckiego lunchu, który wchodził w cenę wycieczki. Trzy różne chińskie, mięsno-jarzynowe dania, zupka i tropikalne owoce wycinane w artystyczne wzorki, a po obiedzie show dla turystów w specjalnym pawilonie. Na powitanie rozdano wszystkim chłodzone, perfumowane ręczniczki dla odświeżenia. Na pokaz złożyły się tańce dziewcząt eksponujących ruchy dłoni przybrane złotymi przedłużaczami paznokci, boks tajlandzki, walka kogutów, ceremonia ślubna i inne. Na zakończenie pobawiliśmy się jeszcze z małym słonikiem, poczym pojechaliśmy obejrzeć jeszcze jedną świątynię. Zwiedzający kupowali cieniutkie płatki złota i oblepiali nimi posąg Buddy. Część płatków odpadała w skutek powiewu, tak że wychodząc ze świątyni, którą zwiedza się boso, mieliśmy stopy ozdobione złotymi listkami. Zabrałam jeden płatek na pamiątkę. Mam nadzieję, że nie ściągnęłam na siebie gniewu Buddy.

Wracając dwie godziny zajęło przedostanie się przez zatłoczone ulice Bangkoku. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek odwiedzimy to miasto, postaramy się o hotel przy rzece, jedynej przejezdnej trasie komunikacyjnej. Po powrocie do hotelu prysznic, zmiana ubrania, no i w drogę na miasto, ale już na piechotę. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie zjedzenia kolacji w mijanym See Food Center. Olbrzymia sala, wzdłuż ścian stoiska oferujące na lodzie świeże morskie przysmaki: ryby, kraby, homary, krewetki. Trochę dalej wina, świeże jarzyny, owoce i pieczywo. W centralnej części sali eleganckie stoliki. System był taki, że kupowało się to, na co się miało apetyt, płaciło w kasie i oddawało kelnerowi do przyrządzenia w kuchni. Wybraliśmy sobie gustowną langustę i kazaliśmy upiec. Czekając zagryzaliśmy czosnkowym pieczywem. Langusta przybyła po chwili płonąca, oblana chyba koniakiem, bardzo smakowita i wytworna. Wracając do hotelu zbłądziliśmy jeszcze za namową Małżonka w jedną z bocznych uliczek pełną roznegliżowanych panienek, klubów “rozpusty” i barów.

W dniu wyjazdu czas pozwolił tylko na małe zakupy. Nabyliśmy koszulkę i dwa krawaty dla Leszka, a dla mnie nic, mimo iż było masę atrakcyjnych damskich ciuszków, imitacji znanych domów mody, a przed odlotem do Singapore zdążyliśmy jeszcze wykąpać się w hotelowym basenie.

Teresa Urban

 

Lämna ett svar