Cztery pory roku

Są ludzie zimowi i są ludzie letni. Małżonek i ja należymy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Zima może dla nas nie istnieć. Gdybym tęskniła za śniegiem, wystarczyłoby mi obejrzeć go na obrazku, a jeśli by to nie pomogło, mogłabym zimą wyjechać na tydzień w góry pod warunkiem, że będą tam geotermiczne źródła. Dawno temu, w Marrakeszu, zachwycił mnie widok ośnieżonych szczytów Atlasu obserwowanych z dystansu podczas kąpieli w podgrzewanym basenie.

Ale nie zawsze tak było. W dzieciństwie i młodości nie zastanawiałam się nad zimą. Była po prostu jedną z pór roku. Nie uprawiałam żadnych sportów zimowych, nie zasmakowałam w narciarstwie czy łyżwiarstwie. Zjeżdżałam tylko na sankach z górek w pobliskim parku, a podczas nielicznych zimowych wypadów do Zakopanego opalałam się na leżaku na Gubałówce. Przy wyborze Szwecji na miejsce zamieszkania, klimat był sprawą wtórną. Wprawdzie mieliśmy kiedyś plany, aby osiedlić się na francuskiej Riwierze, ale nawet tak ważna decyzja, jak wybór miejsca zamieszkania, jest często dziełem przypadku. Początkowo zimy w Szwecji były mroźne i śnieżne. Pierwsze przymrozki pojawiały się już we wrześniu, a śnieg mógł zaskoczyć jeszcze w maju.

W rok po przyjeździe do Szwecji postanowiliśmy wybrać się zimą do Austrii. „Będziecie jeździć na nartach?” – pytano w pracy. „Oczywiście”. Wydawało się nam, że narty należą do dobrego tonu, wyczuwaliśmy aprobatę, ale i lekką zawiść u pytających. Na miejscu wypożyczyliśmy narty i buty. Kiedy stanęłam na deskach zaczęłam natychmiast ześlizgiwać się w tył. Nie miałam pojęcia jak się zatrzymać i w końcu usiadłam na nartach co dało zamierzony effekt. Wtedy uświadomiłam sobie, że dużo sprawniej poruszam się na własnych nogach. Ćwiczyliśmy jazdy na oślej łączce. Po zjeździe w stylu rozpaczliwym pięłam się mozolnie w górę. Małżonek z dumą wjeżdżał wyciągiem, ale przestał się puszyć, kiedy dostrzegł napis „baby lift”. Z utęsknieniem patrzyłam na wieżę z zegarem. O pierwszej podawano lunch, a po lunchu już nie jeździliśmy na nartach. Ten pobyt był początkiem i końcem naszej kariery narciarskiej.

Mimo iż nie jestem entuzjastką zimy ogarnęły mnie kiedyś liryczne uczucia na widok pierwszego listopadowego śniegu.

               

                Białe motyle, leci ich tyle,

                śnieżnym kobiercem pokryły świat.

                Przystań na chwilę w motylim pyle

                co po raz pierwszy tej zimy spadł.

 

                Zwróć twarz ku górze, ku szarej chmurze,

                co słońce kryje, które tuż tuż.

                Gdy się wychyli w tej samej chwili

                białych motyli nie będzie już.

 

Kiedy staliśmy się dumnymi właścicielami pierwszego samochodu, zaczęły się problemy. Auto miało napęd na tylne koła i ślizgało się jadąc pod górę po śniegu. Najmniejsza zaspa była przeszkodą nie do pokonania. Nie mówiąc już o konieczności skrobania szyb ponieważ przez pierwsze lata nie mieliśmy garażu. Z następnymi samochodami z napędem na przednie koła nie było takich problemów. Ale pierwszy śnieg był, nieodmiennie, zaskoczeniem dla służb drogowych. Kilometrowe korki na drogach, ryzyko wypadku w drodze do pracy. Dojazd, który w normalnych warunkach zajmował mi pół godziny, mógł przeciągnąć się do dwóch godzin. Wszystko to sprawiło, że nie lubię zimy. Mimo, iż nie muszę już jeździć do pracy, niechęć pozostała.

Podczas zimowych spacerów nie podziwiam natury, wspominam tylko miejsca, bliskie latem memu sercu. Tu rosły konwalie, tam fiołki, a pod świerkiem zwykłam zbierać rydze. Czasem spacerowaliśmy po zamarzniętych akwenach, ale nie potrafiłam się odprężyć wsłuchując się w odgłosy pękającego lodu. Kiedyś podczas spaceru w mroźną, bezśnieżną zimę, położyłam się na przezroczystej tafli lodu i wyobrażałam sobie, że pływam. Kiedy temperatura spada poniżej zera, a nocne niebo jarzy się gwiazdami, ogarnia mnie egzystencjalny lęk, że pochłonie mnie bezkresny, arktyczny kosmos.

W Szwecji wiosna rodzi się w bólach. Nie wita nas ciepłym powiewem tylko wichurą, śniegiem z deszczem i chłodem. Kiedy słońce wychyli się na moment zza chmur dając złudne poczucie ciepła, mija ono przy pierwszym lodowatym podmuchu. Wiosny nie obchodzi kalendarz. 5 kwietnia 2006 roku napisałam następującą rymowankę:

               

                Morze nadal skute lodem.

                Wiatr przeszywa ciało chłodem.

                Niby kwiecień, ale zima

                Mroźnym chwytem wciąż nas trzyma.

                Ptak się z zimna w kulę puszy.

                Ja czapkę wciągam na uszy.

                W pogoni za złotym runem

                znalazłam się pod biegunem.

 

Pierwsze zwiastuny wiosny pojawiają się wedle jej zachcianek. Bazie na brzozie potrafią kwitnąć w grudniu, ale żółte kwiatki podbiału, pierwsze krokusy na południowej fasadzie domu, kiełki żonkili i tulipanów można zoczyć wtedy, kiedy wiośnie się spodoba, w marcu, kwietniu, a może dopiero w maju. Przebiśniegi pojawiają się wcześnie, pod warunkiem, że pokrywa śniegu nie jest gruba.  Dla mnie wiosna zaczyna się wtedy, kiedy polanki w lesie bielą się od zawilców, a listki na brzozach są wielkości mysich uszek. Podobno wtedy należy przycinać róże. Lubię kiedy gałązki jabłoni czy forsycji kwitną mi w wazonie. A później zbieram bezpańskie żonkile i tulipany w miejscach, gdzie pogrzebano kiedyś cebulki przy porządkowaniu ogródków. Ogrodowe porządki, mycie tarasu i mebli ogrodowych, nie mówiąc już o oknach, należą też do zajęć wiosennych i co roku wydają mi się coraz bardziej pracochłonne. Do tego dochodzi jeszcze kolektywne sprzątanie terenów wspólnoty osiedlowej. Można się od tego wykupić, ale istnieje ryzyko, że drwale, a takich jest kilku w osiedlu, wytną wtedy wokół domu wszystko co wyrosło ponad pół metra nad ziemię. Żwir, którym zimą posypują ścieżki piesze, uprząta firma. Ten żwir to wymysł szatana. Ostre kamyki podziurawiły mi podeszwy w wielu butach. Porowatych, plastikowych podeszew nie można uratować. Kiedyś buty miewały podeszwy ze skóry lub gumy. Dawały się zelować i służyły przez lata. Żyliśmy wtedy bardziej ekologicznie mimo iż nie prawiono nam moralnych kazań na ten temat.

Ale nic nie jest w stanie zmącić mi radości na widok pierwszej, delikatnej zieleni, która, niestety, tak szybko ciemnieje i przemienia się w ciemnozielony gąszcz. Jeśli aura pozwala chadzamy na długie leśne spacery. Uzależniłam się od nich. Łatwy dostęp do nietkniętej ręką ludzką natury jest dla mnie wystarczającym powodem, by mieszkać poza miastem. A kiedyś uważałam się za miejską istotę. Brakowało mi w Szwecji parków, gdzie w eleganckich pantofelkach można spacerować po suchych ścieżkach, usiąść na ławce z widokiem na staw z łabędziami, wysłuchać koncertu, a na zakończenie pójść do kawiarni na ciastko lub lody. W Szwecji na leśny spacer trzeba założyć grube buty, ubrać się ciepło, a o kawiarni można sobie tylko pomarzyć. Ale przystosowałam się. Teraz parki mnie nudzą, za to kocham las. Odprężają mnie leśne spacery, a myśli układają mi się często w wiersze. Czasem mijają nas entuzjaści biegu po zdrowie, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, boleściwym wyrazem twarzy i wtyczkami w uszach izolującymi od otoczenia. Nie słyszą śpiewu ptaków, nie dostrzegą wiewiórki na sośnie ani sarenki wśród drzew, nie zauważą, że mrowisko budzi się po zimie do życia. Ale może to jest ich lekarstwo na stress.

W maju zaczynamy z utęsknieniem wyczekiwać lata. Lato zaczyna się dla nas w dniu pierwszej kąpieli w jeziorze. Osobisty rekord to druga połowa maja, ale zazwyczaj jest to możliwe dopiero na Midsommar. Musi być albo ciepło w powietrzu, albo w wodzie, a najchętniej i tu i tu. Bliskość jeziora jest dla mnie jedną z definicji szczęścia. Dzień bez kąpieli jest dniem straconym. Kiedyś wypływaliśmy daleko, na środek jeziora, czasem dopływaliśmy nawet na drugi brzeg, ale obecnie nie prowokujemy losu trzymając się w pobliżu pomostów. Kiedy jeszcze byliśmy aktywni zawodowo spotykaliśmy się codziennie po pracy nad jeziorem spłukując w nim zmęczenie dnia i spędzaliśmy tam całe weekendy. Pogoda była wtedy bardziej przewidywalna. Czerwiec, czasem i lipiec, miały długie bezchmurne okresy, zdarzało się, że jeszcze o dziewiątej wieczorem wiele osób zażywało kąpieli. Obecnie nie ma bezchmurnych dni. Po wygwieżdżonej nocy i porannym błękicie nieodmiennie nadciągają chmury. Lepiej popływać i wrócić do domu, niż chandryczyć się z pogodą: chmurami, deszczem, burzą czy gradobiciem.

Lato oferuje i inne przyjemności – zbieranie malin i poziomek. Jagody obrzydzono mam perspektywą groźnych pasożytów roznoszonych rzekomo przez lisy. W pobliżu mamy trzy zdziczałe czereśnie, które dojrzewają niejednocześnie i wystarczają na całe lato. Niestety, można je zbierać tylko z najniższych gałęzi. Resztą delektują się ptaki. Przy domu rosną zdziczałe krzewy porzeczek i agrestu. Mamy także śliwę, ale nie sprawdzam się jako ogrodniczka. W zeszłym roku nie kwitła i nie wydała owoców, a rok wcześniej mieliśmy klęskę urodzaju, trzy śliwki, z tego dwie robaczywe.

Lato ma się ku końcowi kiedy uporamy się ze wszystkimi owocami. Sierpień to jeszcze lato, ale dni są krótsze i zmrok zapada wcześniej, a białe noce są już tylko wspomnieniem. Czuje się przedsmak jesieni. Wtedy pojawiają się grzyby. Podczas ostatniej, przedemerytalnej dekady, pracowałam w laboratorium leżącym na terenie dawnego lasu. Zostawiono trochę drzew i tam rosły dorodne prawdziwki, kozaki i morze maślaków. Nie miałam konkurencji. Dla Szwedów grzyby to wyłącznie kurki, a kurek tam nie było. Codziennie niosłam do domu karton pełen grzybów i czyściłam je do północy, co było dużo mniej zabawne niż ich zbieranie. Obecnie zbieram nieliczne grzyby, rosnące wzdłuż leśnej drogi. Nie zapuszczam się wgłąb lasu ze względu na kleszcze.

Jesień jest wspaniałą kolorystką i trudno oprzeć się urokowi żółknących i czerwieniejących koron drzew. Ale jest w niej coś deprymującego, co budzi egzystencjalny lęk i świadomość przemijania. (…)

Nie sposób ignorować jesieni i uniknąć melancholii, ale przedłużam sobie lato wyjazdami nad ciepłe morza i steruję myśli w kierunku wiosny, jak to wynika z mego życiowego credo, które tu cytuję.

               

                Mgła spowiła mosty miasta.

                Czas ciemności znowu nastał.

                Szare niebo, morze szare,

                kilka srok i wróbli parę.

                I spacer zimowym lasem

                szary się wydaje czasem.

                                                                               

                Gdy jasności czas nastaje,

                kiedy ziemia pachnie majem,

                gdy wybucha pierwsza zieleń,

                kiedy w lesie przemknie jeleń,

                kiedy zając trawę skubie,

               oto co najbardziej lubię.

Wspaniałe jest cykliczne odradzanie się natury. Kiedy jesienią wkopuję cebulki hiacyntów wiem, że plantuję przyszłoroczną wiosnę.

Teresa Urban

Lämna ett svar