Trzecia płeć

W kraju gdzie mieszkam, Szwecji, z lewa i prawa dobiegają głosy coraz żywiej rozwijającej się dyskusji, dotyczącej norm wynikających z gorsetu, jaki nałożyła na ludzi biologia, mianowicie dwupłciowości. Wspólnym punktem wyjścia owych debat wydaje się być przekonanie, że sprawą naczelną jest bezwzględna wolność w zakresie wyboru identyfikacji.

Większość dyskutantów uważa, że relatywizowanie dwupłciowości to błąd, że trzeba bezwzględnie zachować dotychczasowe definicje kobiety i mężczyzny, i że należy odrzucić projekty wprowadzenia w obieg ludzkiego bytu trzeciej płci.

To ostatnie – argumentują niektórzy – spowodowało by w sposób nieunikniony skasowanie obowiązujących norm, wprowadziłoby zamieszanie na wielu płaszczyznach, oraz doprowadziłoby do groteskowych sytuacji. Przykładowo, wszelkie ruchy wokół poprawy statusu kobiety utraciłyby sens. Jak poprawiać sytuację kobiet, gdy rozmazuje się dotychczas obowiązującą definicję płci? Trudno oczekiwać, aby uzyskano tu poparcia społeczne, czy zainteresowanie ze strony nauki.

Problem leży głębiej niż się początkowo wydawało, i pragmatyczne odniesienia daleko nie zaprowadzą, ponieważ praktycznie wszystkie drogi prowadzą nieuchronnie w jednym kierunku – do zasadniczej natury człowieka, do metafizyczności. Tu zaś, przed optującymi za trzecią formą człowieka, pojawia się nieoczekiwanie unia dwóch potężnych sił: obowiązującej normy i sakry.

Współczesna metafizyka stawia indywiduum w centrum. Każdy człowiek jest unikalny, a jego zadaniem i losem – urzeczywistnienie w obszarach swojej omnipotencji. Filozof Charles Taylor nazywa to etyką autentyczności, ale poeci ujmują sprawę prościej: idź za głosem serca. Taylor i poeta właściwie mówią to samo, jednocześnie ustalając poziom wartości: tak długo jak samorealizacja nie czyni nikomu krzywdy, prawo i ustawowe normy powinny powstrzymać się od ingerencji.

Innymi słowy – poszerzenie pola tradycyjnej dwupłciowości wymaga innej metafizyki, gdzie centralnym punktem odniesienia nie będzie płeć, a absolutna wolność indywiduum. Tu pojawia się zasadnicza przeszkoda, albowiem nie można mówić w pierwszym zdaniu, że człowiek winien być wolny w swych czynach i umyśle, a zaraz w drugim przyznać, że biologia, materialna rzeczywistość (innymi słowy płeć) stawia granice i należy poddać się biologicznemu porządkowi.

No dobrze, ale dlaczego należy mu się (biologicznemu porządkowi) koniecznie poddawać? Człowiek bez przerwy ingeruje we florę, faunę, prawa natury, nie uważając, że czyni coś nieetycznego. Dlaczego jego własne ciało miałoby być wyjątkiem?

Czy istnieje w dzisiejszym świecie jakaś alternatywa? Papieże i teolodzy mówią o naturalnym porządku, o strukturze, której człowiek, ot tak sobie, nie można odrzucić. Do tego porządku należą płeć i prokreacja, co nie tylko jest podstawową strukturą w odniesieniu tak do ludzi jak zwierząt, ale także zaznaczono ją wyraźnie w procesie tworzenia, o czym wspomina Stary Testament słowami, jako mężczyznę i kobietę ich stworzył.

W chrześcijańskiej metafizyce (być może w innych religiach również) jest coś specjalnego, co budzi nadzieję na wynegocjowanie wspólnej drogi. Chrześcijaństwo ustanawia porządek, ale dopuszcza też wyjątki. W procesie tworzenia istnieją obowiązujące szablony, ale także szczeliny.

Nie można zaprzeczyć, bowiem gołym okiem widać, że sprawy są skomplikowane i bardziej zagmatwane niż początkowo sądzono. Chociażby to, że są wśród nas ludzie, którzy decydują się na cierpienia związane z terapiami hormonalnymi czy operacjami genitaliów, nie dla żartu, czy zademonstrowania swoich wyzwolonych poglądów.

Powtórzmy, człowiek musi mieć niczym niekrępowaną wolność wyboru swojej identyfikacji. Jeśli ma ku temu wolę, może identyfikować się z szablonem, ale także akceptować wyjątki, bowiem egzystuje w świecie, któremu daleko do ideału. W świecie człowieka dwupłciowość jest normą, ale nie powinna być narzędziem dyktatu, jest wspaniałą siłą, ale nie może być tyranem.

Możliwe, że zatoczyliśmy koło i zbliżamy się do samych podstaw opowieści o bycie, który niekoniecznie odnosi same sukcesy, ale nigdy się nie poddaje – sagi o człowieku.

Na oddziałach porodowych szwedzkich szpitali, ale i na łamach codziennej prasy, coraz częściej spotyka się nową formę zaimka osobowego – hen. Jest to pochodna od han (on), i hon (ona).

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar