Na marginesie

Nie każdy dowcip wychodzi. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Przypomniały mi się dwa przypadki z początków moich w Szwecji. W 1973 mieszkałem w miasteczku studenckim na Frascati.

Na ścianie mojej kawalerki powiesiłem, oprawione w ładne ramki, zdjęcie mojego ojca w mundurze majora Wehrmachtu i moje w czarnej peruce i łachmanach. Oba zdjęcia pochodziły ze sztuki Leona Kruczkowskiego: „Niemcy”. Ojciec grał wspomnianego majora, a ja dziecko żydowskie.

W tym czasie przyjaźniłem się z pewnym Słowakiem, którego nazwiska już nie pamiętam. On był wówczas szefem IRC w Sztokholmie, takiej amerykańskiej instytucji pomagającej uchodźcom zza żelaznej kurtyny, Skierował mnie do niego Jacek Kowalski pracujący wówczas w Immigrant Service. Ów Słowak był bardzo przyjazny. Powiedział mi, że jako dziennikarzowi przysługuje mi od IRC zakup maszyny do pisania (PC-tów wówczas nie było). Odpowiedziałem naiwnie, że nie potrzebuję, bo przywiozłem sobie z Polski. A to nic nie szkodzi – powiedział – to ty mi ją sprzedaj, a ja ci w imieniu IRC ci ją ofiaruję. I tak zrobiliśmy. Mojego starego Royala sprzedałem mu za 100 tamtych koron. Na dzisiejsze to około tysiąca. Przypominam, że wówczas najtańsza butelka wina (Beyaz – tureckie gronowe, półsłodkie) kosztowała 4,75 korony).

Więc trudno było z nim się nie zaprzyjaźnić. Mieszkał niedaleko, wpadał do mnie często i to nie z pustymi rękami. Raz przyszedł do mnie z jakąś młodą Finką. Wiedząc dokładnie co zdjęcia na mojej ścianie przedstawiają, wskazał na zdjęcie mojego ojca w  mundurze majora Wehrmachtu i powiedział: „To jego ojciec”. A na to Pani Finka powiedziała: „A mój chodził też w takim mundurze”. Zrobiło mi się głupio. Abstrahując już od tego, że jej ojciec prawdopodobnie nie chodził w mundurze Wehrmachtu, a Waffen SS, bo obcokrajowcy nie mogli służyć w Wehrmachcie, a tylko w zagranicznych dywizjach Waffen SS.

Drugi przypadek był jeszcze bardziej kretyński. 20 kwietnia 1978 byliśmy z Tomkiem Sionkowskim w miasteczku studenckim na Rinkeby u Piotra Sakowskiego.

W tym czasie bardzo lubiliśmy komiks Andrzeja Mleczki o zwierzątkach. Komiks ów zaczynał się tak: „Siedzieli u Niedźwiedzia, pili, jak co dzień”. Piotr by trochę niedźwiedziowaty i przyjął tę rolę.

Gdy nam zabrakło, poszliśmy do pobliskiego Pubu, w którym o tej porze przeważali młodzi Polacy, raczej nie studenci. Nie pamiętam już dziś, który z nas zawołał: „A wiecie panowie, że dziś jest 90. rocznica urodzin Hitlera?”. „Ach tak?!” – zakrzyknęli panowie. Odtańczyli jakiś dziki taniec i „hajlowali”. I znowu wyszło głupio. Na ile to wtedy był wygłup, a na ile ….?

W tym czasie działała w Szwecji organizacja neonazistowska Demokratisk Allians, która przymilała się do polskich uchodźców. Tak, jak dziś Sverigedemokraterna do Semper Polaków. Demokratisk Allians bazował na zbrodni katyńskiej i podbijał bębenka Polakom. Przypominało to wiersz Mariana Hemara „Do przyjaciół Mosleyowców”. Lord Mosley był zwolennikiem Hitlera w czasie wojny. Anglicy go internowali, po wojnie działał publicznie, raczej z niewielkim skutkiem. Hemar pisał. „Zastanawiam się po co i dla, jakiej korzyści, wciąż koło nas, ostatnio, mosleyowi faszyści? (…) Katyń im się spodobał, Katyń tak nam się chwali. Jak gdyby nam Katynia niemal gratulowali.” Hemar swój wiersz kończy brutalnie. „Nie macie kogo szkolić? Własne dzieci szkolcie. A od nas przyjaciele to się odfrywolcie”.

Takie same zdanie mieli polscy socjaldemokraci w Szwecji. Łukasz Winiarski i Michał Lisiński, gdy Demokratisk Allians w swoim organie wylewał krokodyle łzy nad ofiarami Katynia. Winiarski i Lisiński dawno już nie żyją, a brunatna idea ciągle żywa i swoim syrenim śpiewem zwabia polskich nadpatriotów.  

(LGG)

Lämna ett svar