Z królestwa zaimków

Od jakiegoś czasu świat słowa wykazuje szczególnie żywe zainteresowanie zaimkami określającymi płeć. Okazuje się, że tradycyjne: on i ona, współczesnym sufrażystkom i „sufrażystom” już nie wystarcza.

Na marginesie tego, o czym chcę napisać, dodam, że nie jestem przeciwnikiem naturalnych zmian, jakie zachodzą w języku polskim, ale głośno protestuję przeciw amerykanizacji polszczyzny. To, co się dziś dzieje woła o pomstę do nieba. Te wszystkie hejty, diwidi, Dejwidy, halołyny, i tak dalej, toczą język jak rak.

Nietrudno zauważyć, że następuje – używając modnego ostatnimi czasy słowa – genderyzacja płci. Niema w tym moim zdaniem nic niepokojącego, a tym bardziej niebezpiecznego, co dosadnie i głośno podnosi kościół. Płci się, proszę księdza, nic nie stanie, da sobie radę!

W Szwecji załatwiono się z tym spokojnie, wprowadzając do publicznego obiegu zaimek hen. W języku szwedzkim on to han, ona to hon. Hen jest zaimkiem łączącym obie płcie w jedno. Jeśli idzie o Skandynawię żadna nowość. W języku fińskim istnieje od dawna pod postacią hän.

W szwedzkich szpitalach, szczególnie w położnictwie, hen już się przyjęło i jest powszechnie stosowane w odniesieniu do noworodków. Słyszy się, że w psychiatrii też z wolna zdobywa obywatelstwo. Lekarze, szczególnie młodsi wiekiem, zastępują chętnie słowo pacjent krótkim hen.

Literatura, co wynika niejako z definicji, należy do bardzo czułych instrumentów. Sejsmografy języka rejestrują wszelakie zmiany momentalnie. Oto parę przykładu wziętych z literatury szwedzkiej:

Sigrid Combuchen wywołała już dwa lata temu debatę, używając hen w swojej książce „Den umbärliga” (Zbyteczny). Autorka uważa hen za dobry i praktyczny pomysł, lepszy niż dotychczasowe określonej płci, czy on lub ona. – Nie używam hen, aby podkreślić płciową neutralność, mówi Combuchen. Piszę hen, bo tak wygodniej i wszystko mi jedno, czy ktoś uważa to za demonstrowanie mojego feminizmu.

Carin Gehardsen w książce „Tjokare än vatten” (Cięższe od wody) pozwala dwóm policjantom dyskutującym o badanej właśnie sprawie, nazywać nieznanego sprawcę hen.

Przykład z nieco innego pola, z terenu walki z nonsensem. Wśród pasażerów linii lotniczych podnoszą się głosy protestujące przeciw oznaczaniu płci pasażera w blankietach celnych i biletach lotniczych. Per Naroskin, z tytułu wykonywanej pracy spędzający wiele czasu w podróżach, w ramach protestu stawia z reguły krzyżyk w kwadraciku „kobieta”. – Co linie lotnicze mają do mojej płciowej przynależności czy identyfikacji? Pyta.

Czy to tylko językowy pragmatyzm? Można zapytać. Hen nie zdobyło jeszcze pełnego obywatelstwa w królestwie szwedzkich zaimków, ale nie zauważać obecności hen już się nie da. Wyznam, że hen używane w pewnych kontekstach ma moją aprobatę. Krótka i bogatsza w treść forma.

Ciekawe czy język polski stworzył już swój czasownik? Mamy „ono”, ale dotyczy tylko dzieci, „to” nie jest adekwatne, „osoba” już lepiej, ale jakoś niezręcznie.  Dobrze brzmiałoby „homo”, ale budzi niestety silne skojarzenia. Ciekawe jak to załatwią (może już załatwili?) polscy lingwiści.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar