TOMASZ HOŁUJ – Artysta kompletny

Malarstwo Tomka Hołuja poznałem kilkanaście lat temu. Spotkaliśmy się po raz pierwszy na ówcześnie największych targach sztuki w Skandynawii – International Stockholm Art Fair w Sollentunie.

Ja – dowodziłem artystycznym stoiskiem Instytutu Polskiego, Tomek – wystawiał u któregoś ze swoich stałych galerzystów. Jako krytyk sztuki przechodziłem wówczas etap, na którym o pierwszeństwo w mojej prywatnej hierarchii ścierał się konstruktywizm z kubizmem, nie była to zatem dobra pora, by zachwycić się subtelnym, nieco magicznym realizmem, jakiemu hołdował wtedy Tomasz Hołuj. Nie wiem, czy udało mi się dość dyplomatycznie, jak przystało na radcę do spraw kultury Ambasady RP  – ukryć rozczarowanie tymi bajecznie kolorowymi, poetyckimi, ale zupełnie nie w mojej ówczesnej tonacji, obrazami. Cyrkowcy i ich konie, arlekiny, muzycy, tancerki, czarodzieje, jakieś bujne motywy roślinne, to wszystko nie była moja bajka. Była to naprawdę ładna bajka, ale w formie, która słabo do mnie przemawiała. I jakoś nie pasowało mi to malarstwo do obrazu Tomka, jaki wywoływała jego wcześniejsza kariera, ta muzyczna, czy to w trio Tomasza Stańki, czy to w słynnym zespole Osjan, w których grał na perkusji. W muzyce Osjana były, owszem światy barwne, magiczne, poetyckie, ale w wymiarach kosmiczno-mitycznych, niedające się sprowadzić do zwierzątek, klownów i pastelowego stafażu. Nie pasowały mi te obrazy także do innych pasji Tomka, o których wiedziałem, do buddyzmu, medytacji zen – japońskiej i chan- chińskiej.

I tak trwałem dobre kilka lat w przekonaniu, że Hołuj – jako malarz –  to taki kolorowy bajarz, dopóki nie udało mu się ściągnąć mnie do swojej pracowni. Okazuje się, że wiedział co robi. Tam zobaczyłem, iż te bajki, to tylko wierzchołek góry lodowej, że Tomek zmaga się na co dzień ze znacznie trudniejszymi wyzwaniami artystycznymi.

Są twórcy , których cała pracownia mieści się na jednej małej sztaludze a i to dyskretnie przykrytej flanelową szmatką. I właściwie takie atelier wystarczałoby do powstawania tych cyrkowych i muzycznych historii. Ale pracownia Hołuja to setki, tysiące zgoła przedmiotów, obrazów, rzeźb, płócien, desek, kartonów, puszek, tub, słoików, pędzli, ram, zdjęć, szkiców, jakiś kiczowatych landszaftów kupionych za grosze na pchlim targu oraz innych, trudnych czasem do zidentyfikowania kuriozów. A równocześnie nie brakuje w niej już wykończonych i albo też odłożonych na lepszy czas prac olejnych, pasteli, assamblaży, kolaży – setek świadectw nieustającej twórczej walki, potyczek, zwycięstw i porażek. Z tego chaosu wyłonił mi się – paradoksalnie – bardzo ostry obraz artysty kompletnego, który cały czas szuka, kreuje, który nawet jeśli robi coś na zamówienie to w przerwie, czy dokładniej: na marginesie zmagania się ze swoim opus magnum.  Gdybym miał podjąć próbę zdefiniowania czym ma być to dzieło życia, to powiedziałbym: wyrażenie, przedstawienie siebie, swojego ja, w obliczu uniwersum poprzez język sztuki. A zna tę sztukę, jej historię oraz dokonania wybornie i dlatego stawia sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

Na wystawę w galerii Mitteleuropa w 2007 r. Tomek napisał takie swoje dość przewrotne credo:

„Wszystkie dzieci są nasze…
Cała historia sztuki jest Twoja…
Możesz podpisać się pod każdym obrazem czy rzeźbą…”

Hołuj czasem rzeczywiście cytuje malarską klasykę, by wyruszyć od niej w kierunku własnych poszukiwań. Ale to tylko punkt wyjścia, iskierka inspiracji, albo powód do artystycznego dialogu. Choć w dzisiejszych czasach inflacji obrazów wszelkiego typu oraz równocześnie rosnącej ignorancji estetycznej i historycznej wśród szerokiej publiczności, nie zawsze ta rozmowa jest oczywista. Jak pisze znany historyk sztuki prof. Maria Poprzęcka: „W masowym, globalizującym się świecie obrazów medialnych sztuka się roztapia”.

Posłużę się tu przykładem pracy z ostatniej wystawy, w której zacytował słynny szwedzki obraz Gustafa Cederströma znany jako ”Karl den XII:s likfärd”. Tylko kilku z setek widzów kojarzyło to malowidło i rozumiało, że chodzi o cytat, o parafrazę. Faktycznie, tak jak ujął to w swoim manifeście, Tomek mógłby z powodzeniem podpisać to dzieło swoim nazwiskiem i niemal nikt by zaprotestował… W tym paradoksie kryje się wielki temat odpowiedzialności artysty, powagi jego pracy – zjawisk trudnych dziś do przecenienia.  Nie mamy podobnych problemów w pracowni Hołuja, gdzie na każdym metrze kwadratowym pulsuje autentyczna sztuka.

Oczywiście normalni widzowie, przeciętni kibice jego dorobku, goście galerii, widzą tylko to, co akurat chce im pokazać. Zaprasza ich nie do swojej artystycznej kuchni, lecz na salony, na dopracowane w każdym calu ekspozycje.

To, co Hołuj pokazał nam w ostatnich dwóch latach w Ulfsunda Slott oraz w Mitteleuropie – na gościnnych występach w Head Office Stokholm AB, to były dwie jego największe wystawy malarstwa od wielu lat. Wcześniej jego obrazy – i to przeważnie te starsze –  raczej można było oglądać na aukcjach niż na ścianach galerii. Uprawnione wydawało się więc pytanie: w jakiej artystycznej formie jest dziś twórca, czy nadal potrafi zaskoczyć i zachwycić?

W trakcie obu tych ekspozycji Hołuj pokazał nam w sumie kilkadziesiąt zupełnie nowych prac. Dowodzą one, że jest w dużej, ba, w znakomitej formie! Pozwalają one też bez wahania mówić o początku nowego rozdziału w jego twórczości. A także stanowią mocny powód do wyróżnienia go nagrodą Poloniki.

Bądźmy szczerzy, nie każdy twórca, który jest w wieku naszego laureata, jest w stanie, czy też chce poszerzać pole swego działania, poszukiwać nowych rozwiązań, tak formalnych jak i myślowych, tematycznych, ideowych. Hołujowi nie tylko się chce, to jest po prostu sens jego codziennego twórczego życia.

Recenzując wystawę w Ulfsunda Slott napisałem w „Nowej Gazecie Polskiej”:

„Kiedy niedługo przed wernisażem Tomek powiedział mi, że „maluje dziewczynki”, zastanawiałem się, czy nagle nie postanowił pójść pod prąd obowiązujących dziś reguł poprawności politycznej i obyczajowej, ale już motyw zaprezentowany na zaproszeniu wyjaśniał: dziewczynki tak, ale w ujęciu leżącym gdzieś na skrzyżowaniu malarskich pomysłów takich gigantów sztuki jak Caspar David Friedrich i Edward Hopper. Pokazywane postaci dziewczynek, ale także i chłopców, są enigmatyczne, ujmowane najczęściej od tyłu, jakby wpatrzone w jakiś punkt, ale – w przeciwieństwie do przywołanego tu Friedricha – nie bardzo wiemy czemu się przyglądają. To intryguje, podobnie jak użyta technika powielania kilku figur, montowania ich w zmieniających się grupach, konfiguracjach i sensach. To wyraźne odwołanie do pop-artu, który zafascynował Hołuja już przed czterdziestu laty. Analogicznie, jak poszukiwanie inspiracji w fotografii. Ale jest to pop-art „szlachetny”, nie z szablonu, tylko starannie malowany olejem. Czyli Hołuj jest własny, odrębny, nawet, gdy na innym z obrazów cytuje niekwestionowaną ikonę tego stylu: Andy Warhola i jego „Puszkę Zupy Campbellsa”. Bo miesza tę zupę z zupełnie zaskakującymi ingrediencjami. Pop-artowe powtarzanki przechodzą w malarstwo gestu bliskie ekspresjonistycznej abstrakcji albo w kolaż. Niewinne dziewczynki stają się nagle dorosłymi, pełnymi erotyzmu kobietami, mali chłopcy – defilującymi w karnym szyku SS-manami, nieokreślone sytuacje przyoblekają się w fabułę. Choć i ona bywa niejednoznaczna, dyskursywna, zagadkowa. Hołuj potrafi wciągnąć widzów do swoich narracji, gier, fascynacji. To autentyczna siła jego malarstwa”.

Wybaczcie Państwo ten długi autocytat, ale właściwie dlaczego nie miałem przywołać tu pisanych na gorąco wrażeń, z pewnością trafniejszych i mocniejszych niż okolicznościowe, okrągłe przemówienia przygotowane specjalnie na świąteczne okazje. Tym bardziej,  że z wystawy, którą organizowałem ostatnio we własnej galerii, nie bardzo wypadało mi pisać recenzję.

Zresztą musiałbym powtórzyć w niej większość sformułowanych wcześniej komplementów i pochwał. Ale też dodać, że kierunek, w którym zaczął iść na ekspozycji w Ulfsunda Slott prowadzi go do prawdziwych artystycznych sukcesów.

Co było łaskawe zauważyć jury Nagrody Polonika i za co jestem jurorom bardzo wdzięczny. Nie tylko jako galerzysta Tomasza Hołuja, ale po prostu jako fan jego twórczości.

Piotr Cegielski

Jako postscriptum muszę to dodać, iż Hołuj nie jest, jak mogło wynikać z mojej laudacji, jakimś twórczym samotnikiem, artystą zamkniętym w czterech ścianach swojej pracowni. Jest też wnikliwym uczestnikiem, obserwatorem i komentatorem życia kulturalnego. Na przykład kilka lat temu silnie zaangażował się w ratowanie Instytutu Polskiego w Sztokholmie, był jednym z liderów ruchu protestu przeciwko pasji zniszczenia jaka ogarnęła panią dyrektor Tubylewicz. A to, że bój ten nie zakończył się happy-endem, to już zupełnie inna sprawa…

Laudacja z okazji przyznania Tomaszowi Hołujowi Nagrody Artystycznej Polonii Szwedzkiej, POLONIKI 2014
Foto. Archiwum

 

Lämna ett svar