JANUSZ KOREK: Polski instynkt samobójczy, czyli odwiążmy wreszcie ten korzeń od szyi…

”Musimy przetrwać ten ideologiczny huragan, tak jak przetrwaliśmy wiele innych. Przetrwać i dalej trwać, bo nasze korzenie są bardzo mocne. Nasze dzieje pokazały to nie raz. Ten korzeń jest ogromnie mocny i trwajmy przy nim, i trwajmy w nim, i chrońmy go […]” – Andrzej Duda.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich za nami. Czeka nas druga. Jej stawką będzie nie tylko poprawa warunków ekonomicznych Polaków, o czym przekonuje obecny prezydent, ale – co niemniej ważne – powstrzymanie niszczenia władzy sądowniczej (o czym prezydent Duda milczy). Nie wspomina o tym mimo, że dalsze zachwianie równowagi między władzą sądowniczą a rządzącymi politykami (do czego przyłożył swój długopis) grozi osunięciem się demokratycznej Rzeczypospolitej w otchłań woluntaryzmu Prezesa Kaczyńskiego i jego zauszników. Tylko to wystarczy by zerwać się z kanapy i biec na głosownie.

Zastanówmy się jednak nad inną, chyba ważniejszą stawką tych wyborów, jaką jest nasza przyszłość. Jak długo, przy samowładnie rządzącym Kaczyńskim i zdalnie sterowanym prezydencie, Polska będzie Polską? Pozostawienie tego duetu u sterów państwa oznacza, że kontynuowana będzie egoistyczna, izolacjonistyczna i etnocentryczna polityka oparta na zmurszałej doktrynie przedmurza (w wersji przedmurza wyspowego), oraz XIX wiecznych koncepcjach gospodarczych (przemysł ciężki, nacjonalizacja) a także na anachronicznych teoriach międzymorza i romantycznych utopiach narodu wybranego. Warto zatem zapytać: na ile Prezes i prezydent, którzy trwają przy takich zabytkach polskiej myśli politycznej, są zagrożeniem dla suwerenności państwa polskiego? Czy z powodu ich kurczowego trzymania się starych korzeni, znowu nie pójdziemy na dno, zalani płynącym wartko nurtem współczesności? To nie żarty. Pierwsze oznaki podtopienia są już widoczne.

Posiadamy aż za dużo przykładów na to, że byt Polski nie jest dany raz na zawsze i że sporą część dziejów Polacy przeżyli pod obcym panowaniem. Istnieje także wiele odpowiedzi, dlaczego mieszkający nad Wisłą nie potrafili zjednoczyć się wokół korzystnej dla swego kraju wizji rozwoju, nie zreformowali państwa, nie obronili go przed zaborami i nie wybili się na niepodległość o własnych siłach. Jednym z powodów był fakt, że kierowano się przestarzałymi, nieadekwatnymi koncepcjami i doktrynami, które formułowane były ze zbyt partykularnej, partyjnej bądź polonocentrycznej perspektywy nie biorącej pod uwagę ani dążeń sąsiadów ani trendów rozwojowych całej Europy ani polityki globalnej. Do tego należy dołożyć wiarę w odległe, egzotyczne sojusze, mesjanistyczne rojenia o wyjątkowym narodzie oraz zwykłe chciejstwo rządzących.

Bardzo cenimy symbolikę narodową, wychwalamy polską dumę, siłę (moralną) i godność oraz czcimy bohaterstwo Polaków, ale trzeba zdać sobie sprawę, że romantyczne powstania i heroiczne insurekcje kończyły się gorzkimi porażkami, wywłaszczeniami i wywózkami na Sybir, a ofiary Powstania Warszawskiego były nad wyraz realne i liczone w setkach tysięcy mieszkańców stolicy. Historia podpowiada, że powielanie tych samych reakcji, kurczowe trzymanie się takich samych koncepcji i rozwiązań, nie jest najlepszym sposobem na zmianę sytuacji. To powodowało, że także wysiłki polityczne, gospodarcze i kulturowe Polaków zmierzały w innym lub wprost przeciwnym kierunku niż europejskie i światowe prądy intelektualne, gospodarcze i polityczne. Norman Davies zauważył, że:

„podczas gdy wiek dziewiętnasty był wiekiem reform i ulepszeń dla Wielkiej Brytanii, wiekiem ekspansji dla Ameryki, wiekiem imperialnej potęgi dla Prus i Rosji i wiekiem narodowego wyzwolenia dla Niemców i Włochów, dla Polaków był epoką klęski, izolacji i  upokorzeń.“

Davies komentuje tutaj efekt wypadnięcia Polski z głównego nurtu przemian formującego każdą epokę. Można mówić, że Polska jest klasycznym przykładem znanego naukom politycznym mechanizmu, który nazywa się „rozwojem asynchronicznym”. Asynchronia to przeciwieństwo równoczesności, współbieżności, koincydencji, współżycia, współdecydowania, współpracy…

Wydawałoby się, że po takich doświadczeniach podstawowym obowiązkiem rządzących powinno być wystrzeganie się pułapek asynchronii i dbałość o dobro państwa i jego obywateli, a nie generowanie kryzysów gospodarczych (które czekają nas za zakrętem), ustawiczne wywoływanie konfliktów wewnętrznych w kraju i prowokowanie niepotrzebnych konfrontacji międzynarodowych, co notorycznie czynią rządzący obecnie Polską z Kaczyńskim i Dudą na czele. Znowu bez głębszych analiz i profesjonalnych ocen aktualnej sytuacji międzynarodowej, bez rzetelnego rozeznania rozkładu sił własnych, regionalnych i globalnych stawia się na propagandę i trwa przy takich np. mrzonkach, jak wizja Polski jako (atomowego?) przedmurza „Zachodu”, a Warszawy jako stolicy Międzymorza budowanego przeciw Niemcom i Zachodniej Europie.

Po 1989 roku wydawało się, że nadszedł nareszcie czas na synchronizowanie naszych losów z pokojowym rozwojem gospodarczym i kulturowym demokratycznych krajów tzw. Zachodu. Po raz pierwszy pojawiła się szansa, na którą czekaliśmy bardzo długo. Mur runął, otwarto granice i udzielono nam pomocy ekonomicznej. Zaproszono nas do współudziału w rozwiązywaniu najważniejszych wyzwań polityki europejskiej i problemów współczesnego świata, na co pozwoliło przystąpienie Polski paktu NATO, a wkrótce potem do Unii Europejskiej. W ramach NATO ważny był stabilny, oparty na strategicznym partnerstwie, sojusz z globalnym mocarstwem, z którym liczy się świat. Wszystko było zatem tak, jak wymarzyli, nie tylko „chorzy” na Polskę, ludzie jak np. Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak Jeziorański czy Jerzy Giedroyć, ale wszyscy myślący trzeźwo Polacy.

Komu to przeszkadzało? Dlaczego ekipa PiS-u nie gra na dwóch albo kilku nawet fortepianach, jak sugerował Giedroyć? Czy nie można być w NATO i w Unii Europejskiej bez zwodzenia i obrażania któregoś z partnerów? Chyba można, bo robi to wiele innych krajów. Kaczyński i Duda zastąpili skomplikowane instrumenty dyplomacji o szerokiej skali tonów i półtonów głośnikami, z których lecą nieprzemyślane solówki disco-polo skierowane albo w stronę założycieli Unii Europejskiej albo w stronę całej Unii albo intymne pościelówy w stronę Donalda Trumpa. Najgorsze jest to, że te solówki się wzajemnie wykluczają…  Ich hałaśliwy i buńczuczny albo słodki ton świadczy nie tylko o niepewności i nieobyciu rządzącej ekipy, ale także o chęci zagłuszenia własnego sumienia i rozsądku wyborców krajowych. Bowiem reszta świata dokładnie wie co się dzieje…

Koncepcje Prezesa Kaczyńskiego oraz innych wizjonerów polskiej prawicy narażają nas na zerwanie związków z bliższym i dalszym otoczeniem, ponieważ jest to myśl całkowicie polonocentryczna, nie biorąca pod uwagę ani rzeczywistych dążeń sąsiadów, nie widząca potrzeby uzgodnienia własnego losu z losem regionu, kontynentu czy świata (klimat). Brak (chęci?) zrozumienia europejskich procesów społeczno-politycznych prowadzi także do formułowania celów sprzecznych z celami i interesami Unii Europejskiej. To prowadzi do coraz głębszego wyobcowania Polski z wspólnoty europejskiej. Nie chodzi tylko o łamanie konstytucji i niszczenie demokracji przez notoryczne naruszanie jej standardów, ale także o przyjęcie celów politycznych bezpośrednio zagrażających jedności Unii Europejskiej, o podważanie jej legitymacji politycznej, lekceważenie jej przepisów i reform, poddawanie w wątpliwość jej możliwości decyzyjnej i wspólnych wizji rozwojowych.

Niestety, koncepcje i działania rządzącej obecnie Polską ekipy uruchomiły już procesy wekslujące Polskę na drogę rozwoju asynchronicznego. Jeśli się nie opamiętamy i zgodzimy na kontynuowanie tej polityki, dojdzie prawdopodobnie do załamania gospodarczego i osłabienia Polski, co w najgorszym wypadku (w momencie nowych zawirowań międzynarodowych) oznaczać może kolejną utratę niepodległości. Dlaczego się o tym nie dyskutuje? Dlaczego nie próbuje się wypracować koncepcji rozwoju i rozwiązań polityki zagranicznej, na którą przynajmniej w 80 procentach zgadzałaby się większość polskich partii i opcji ideologicznych, aby nie dochodziło po każdych wyborach do drastycznych zmian kierunków, gwałtownych zwrotów i konfrontacji? Może udałoby się dojść do porozumienia by porzucić koncepcję przedmurza w dzisiejszej, PiS-owskiej wersji, czyli pancernego muru chroniącego Polskę i Europę Zachodnią przed Rosją i narodami zza wschodniej granicy? Może udałoby się uzgodnić bardziej elastyczną koncepcję POMOSTU między Unią Europejską a jej wschodnimi sąsiadami, miejsca na którym dochodziłoby do korzystnych spotkań i transakcji między narodami całej Europy. Polska jako część Unii mogłaby w końcu sensownie wykorzystać swoje położenie geopolityczne pośrednicząc w tym z korzyścią dla siebie i kontynentu.

Doktryna przedmurza i koncepcja międzymorza oparte są na myśleniu geopolitycznym, aczkolwiek nawet teoria geopolityki przyłożona do dzisiejszej sytuacji mówi zupełnie co innego, niż to przy czym upierają się rządzący. Jasne, że geograficzne usytuowanie Polski się nie zmieniło, leżymy nadal nad Wisłą, nadal między Niemcami a Rosją, czyli między dwoma „młyńskimi kamieniami”, jak pisał jeden z najwybitniejszych polskich publicystów politycznych Juliusz Mieroszewski. Kamieniami, które mieliły państwo polskie poprzez dzieje. Trzeba jednak wreszcie dopuścić do siebie myśl, że przynajmniej jeden z dwóch potężnych naszych sąsiadów nie chce, nie zamierza i nie ma warunków ani możliwości, aby zmielić Polskę na mąkę. Wielowiekowe agresywne sąsiedztwo Niemiec to dzisiaj historia, którą straszą w złej wierze politycy PiS-u, aby manipulować nami według swojego widzi mi się (jak kiedyś dziadkiem z Wermachtu). Niemcy od połowy ubiegłego wieku posiadają w pełni demokratyczne państwo kierujące się na arenie międzynarodowej humanitarną, proklimatyczną i pokojową polityką. W 1951 roku zostały wpisane w koncyliacyjne instytucje Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem w sposób kompromisowy pomagały w rozwijaniu i wzmacnianiu Unii Europejskiej, do której my także zostaliśmy przyjęci na zasadach politycznego partnerstwa. Giedroyc od lat 50-tych postulował silną, sfederowaną i  zjednoczoną Europę, w której Niemcy zostałyby włączone a zarazem zneutralizowane przez demokratyczne instytucje federacyjne. Opcja europejska jest tym bardziej aktualna dzisiaj, albowiem w dzisiejszej Unii są także byłe państwa satelickie, a nawet niektóre byłe republiki ZSRR.

Polonocentryzm, tradycjonalizm i egoizm narodowy nie pozwalają Kaczyńskiemu i Dudzie dojrzeć zalet i możliwości Unii Europejskiej, czyli dać szansy geopolitycznemu tworowi, który mógłby stać się ścisłą wspólnotą narodów europejskich, samodzielną potęgą światową, której częścią bylibyśmy wreszcie także i my. To dopiero zmieniłoby nasze przeklęte położenie geopolityczne z bycia POMIĘDZY, na bycie WEWNĄTRZ, jako integralna część Europy. Ten, kto zatem odwraca się od Unii albo odrzuca ją jako wspólnotę, a na pewno ten, kto grozi, że z niej wystąpi, oddaje Polskę (nawet, gdy zrobi to nieświadomie) w łapy nieskrępowanego żadnymi umowami ani traktatami imperializmu rosyjskiego i na pewno działa wbrew polskiej racji stanu.  Nie służą jej też próby zamienienia Polski w tratwę bujającą w otchłani międzymorskiej. Dzisiejsza Polska zamiast umacniać Unię, kolebie się między Rosją, Turcją a Węgrami odpływając od Francji i Niemiec oraz całej wspólnoty europejskiej. Dryfuje bez bezpiecznych kół ratunkowych dla obywateli zanurzając się coraz bardziej wraz ze spadkiem notowań wyborczych prezydenta Trumpa i jego szansami na kolejną elekcję… Na dodatek, za zakrętem tych wyborów, czai się „repolonizacja mediów”, czyli kolejne przejęcie i podporządkowanie jednej partii wszystkich mediów publicznych w kraju. To doprowadzi do wzrastającej izolacji Polski na arenie międzynarodowej, rosnącej ksenofobi oraz zamknie Polskę przed Innym, przed Innowacją, przed Otwartością i przed Rozwojem. Zamiast „wyspy wolności” może powstać osamotniona twierdza albo/oraz Alcatraz dla myślących inaczej niż Prezes Kaczyński (wierzcie mi – Andrzej Duda podpisze).

Tak więc odwiążmy wreszcie od szyi ten ciężki korzeń, rozbijmy skamienieliny myślowe, porzućmy głazy kompleksów z epoki nieszczęść i zbudujmy wreszcie statek, który przetrwa sztormy i burze. W którym będziemy bezpiecznie, wygodnie i zasobnie płynąć zgodnie ze współczesnym nurtem historii. Jeśli się nie opamiętamy, to przyszli politolodzy i psychologowie społeczni będę mówić (na wzór instynktu samozachowawczego) o polskim instynkcie samobójczym, który niewzruszony na argumenty i doświadczenia historii trwa od wieków zakorzeniony w polskiej mentalności politycznej.

Janusz Korek

En reaktion på ”JANUSZ KOREK: Polski instynkt samobójczy, czyli odwiążmy wreszcie ten korzeń od szyi…

  1. Drogi Januszu!
    Wspaniały tekst. Bardzo dziękuję. Wydaje mi się, że wiersz Brylla mógłby być dla niego ilustracją.
    Serdecznie pozdrawiam,
    Ania Adamiec

    Ernest Bryll, Lekcja polskiego – Słowacki

    Zbyt wielu szło pod wodę. Tych z pierwszych okrętów,
    co skrzydłem zagarniały każdy wiatr, i z łódek
    walących rytmy wiosłem, posklejanych w domu,
    jak wiejski cieśla zdarzył – aby tylko tonąć
    umiały i z bulgotem zejść w pobojowisko
    między padlinę wraków. Tam co dzień nurkują
    nauczyciele – skrobać szkielety – by wszystko,
    jak wierzą, o ojczyźnie dobyć za perłę.
    A ona
    – ojczyzna nasza – także przez cieślę sklecona,
    niezdarna w swych granicach jak niezwrotny korab,
    kołysząca się nazbyt i jak zawsze chora
    czeka tych, co potrafią płynąć, zabić – nie mdlejących
    w progu sypialni carskiej.
    – Choćby jak Anglicy,
    co tyle zabijali, a my zawsze dzicy
    naprzeciw nich, bo zwierząt nie kochamy
    Cieśla,
    co się jak nasz kołodziej okrutnie napocił,
    nim wyrzezał ten korab i do kupy sknocił,
    nie ma serca dla zwierząt. To źle. Psa szczekanie
    dla obcych uszu bystrzej goni niźli bulgotanie tonących…
    (Sztuka stosowana 1966)
    . . . . . . . . .

Lämna ett svar